11.05.2026, 21:00 ✶
Garrick Ollivander był człowiekiem wzbudzającym szacunek. Gdy Tarpaulin na takiego człowieka natrafiał — zdolnego mistrza, o nieposzlakowanej opinii i gentlemańskiej manierze — umiał ten zasłużony szacunek okazać. Nie urodził się przecież na Nokturnie, a mimo że przesiąkł nim i zasymilował się gładko, pamiętał, czym jest dobre wychowanie.
— Zdziwinie by było, gdyby się bez reglamentacji obyło w takie okoliczności w takiej branży. Jakoś to trzeba u was, ludzi rzemiosła, zorganizować. Ja wierzę, że sobie dacie radę, tak rozsądnie. Będę się za fachowcami rozglądał. Popytam tu i tam — zapewnił, bo jeśli pałętali się gdzieś luzem stolarze i snycerze, to u takiego Ollivandera więcej by dobrego wskórali niż solo. — Tamtędy, proszę. — Wskazał kierunek.
Poszli obaj zgodnie z preferencją Garricka prosto na dół, gdzie się gnieździli ludzie. Choć konkretniejszym byłoby powiedzieć, że zdążyli wstąpić ledwo na schody piwniczne. Tam mroki rejwachowego podziemia rozpraszały zaklęte świetliki, świece usunięto. I byłby człowiek myślał, że starczy to, aby wszystkich straumatyzowanych pożarami nie retraumatyzować. A jednak: może to cień jaki na kamiennej ścianie zatańczył w niebezpieczny sposób?
Niezależnie od tego, jak było: Woody zdębiał, stanął na półpiętrze. Torba pościeli wypadła mu z ręki. Drżącymi palcyma sięgnął po różdżkę. Coś pękło w chłopie, coś straszliwego. Stali jeszcze za winklem, we dwóch tylko, bez trzecich ludzi w zasięgu wzroku.
Zrobiło mu się gorąco… Nie, nie gorąco — piekło go. To był żar tamtej nocy, gdy przeklęto go w dymie. Pierw go zaćmiło, później: wzrok zajęło jaskrawe światło. Niby Woody w serce ognia wkroczył i dał się pokąsać płomienistym językom, które wnet rozeszły się po ciele. Zajęły dłonie, zajęły ubranie, i szły, szły po nim, szły dokoła, z głębi i do głębi Rejwachu. Woody szarpnął się, spróbował płomienie strzepnąć z siebie chaotycznym ruchem ręki.
Z zewnątrz wyglądało to co najmniej dziwnie. Woody Tarpaulin zatrzymał się na tym podeście w połowie zejścia i jął rozglądać się szaleńczo, Bogini wie za czym — już wtedy Garrick mógł zorientować się, że coś złego zaczęło się z gospodarzem dziać. Gdy ten zaczął trzepać rękoma, wcale żadnego płomienia z nich nie zganiał — ognia nie było. Do czasu przynajmniej, aż jego własna magia w tych obłąkańczych ruchach nie zaczęła splatać się w płomień.
// kształtowanie ognia wycelowanego w upuszczoną torbę z pościelą
— Zdziwinie by było, gdyby się bez reglamentacji obyło w takie okoliczności w takiej branży. Jakoś to trzeba u was, ludzi rzemiosła, zorganizować. Ja wierzę, że sobie dacie radę, tak rozsądnie. Będę się za fachowcami rozglądał. Popytam tu i tam — zapewnił, bo jeśli pałętali się gdzieś luzem stolarze i snycerze, to u takiego Ollivandera więcej by dobrego wskórali niż solo. — Tamtędy, proszę. — Wskazał kierunek.
Poszli obaj zgodnie z preferencją Garricka prosto na dół, gdzie się gnieździli ludzie. Choć konkretniejszym byłoby powiedzieć, że zdążyli wstąpić ledwo na schody piwniczne. Tam mroki rejwachowego podziemia rozpraszały zaklęte świetliki, świece usunięto. I byłby człowiek myślał, że starczy to, aby wszystkich straumatyzowanych pożarami nie retraumatyzować. A jednak: może to cień jaki na kamiennej ścianie zatańczył w niebezpieczny sposób?
Niezależnie od tego, jak było: Woody zdębiał, stanął na półpiętrze. Torba pościeli wypadła mu z ręki. Drżącymi palcyma sięgnął po różdżkę. Coś pękło w chłopie, coś straszliwego. Stali jeszcze za winklem, we dwóch tylko, bez trzecich ludzi w zasięgu wzroku.
Zrobiło mu się gorąco… Nie, nie gorąco — piekło go. To był żar tamtej nocy, gdy przeklęto go w dymie. Pierw go zaćmiło, później: wzrok zajęło jaskrawe światło. Niby Woody w serce ognia wkroczył i dał się pokąsać płomienistym językom, które wnet rozeszły się po ciele. Zajęły dłonie, zajęły ubranie, i szły, szły po nim, szły dokoła, z głębi i do głębi Rejwachu. Woody szarpnął się, spróbował płomienie strzepnąć z siebie chaotycznym ruchem ręki.
Z zewnątrz wyglądało to co najmniej dziwnie. Woody Tarpaulin zatrzymał się na tym podeście w połowie zejścia i jął rozglądać się szaleńczo, Bogini wie za czym — już wtedy Garrick mógł zorientować się, że coś złego zaczęło się z gospodarzem dziać. Gdy ten zaczął trzepać rękoma, wcale żadnego płomienia z nich nie zganiał — ognia nie było. Do czasu przynajmniej, aż jego własna magia w tych obłąkańczych ruchach nie zaczęła splatać się w płomień.
// kształtowanie ognia wycelowanego w upuszczoną torbę z pościelą
Rzut N 1d100 - 61
Sukces!
Sukces!
piw0 to moje paliwo