Oczywiście, że wolał ją bliższą upadkowi. W tych chwilach, gdy rozpacz rozlewała się na jej twarzy falami, i naturalnie, Ambrosia wydawała mu się niemal prawdziwsza niż wtedy, gdy próbowała jeszcze udawać przed światem, że potrafi być szczęśliwa. Udowodniała, że niektórzy rodzili się po to żeby wylać na ten świat ocean łez. Smutek pasował do niej zbyt dobrze, by traktować by go jak coś zbędnego. Jednocześnie był konsekwencją. Usprawiedliwionym następstwem wszystkich źle obranych dróg, wszystkich decyzji, które podejmowała z uporem człowieka przekonanego, że miłość usprawiedliwia każde upokorzenie. Louvain był wręcz przekonany, że na to zasługiwała. Za własną naiwność. Za ślepotę. Za to, po której stronie postanowiła stanąć. Nawet jeśli czasem, w tych krótkich momentach własnego szczytowego egoizmu, czuł gniew na myśl o tym, komu oddawała swoje światło, wystarczało kilka sekund, by przypomniał sobie, kim właściwie była. Kobietą nieodpowiednią. Podrzędną. Naznaczoną wszystkim, czym gardził jego świat. Krwią. Pochodzeniem. Koneksjami. Całym tym brudem Nokturnu, który ciągnął się za nią nawet wtedy, gdy ubierał ją w najdroższe materiały i kamienie warte więcej niż życie większości ludzi mieszkających na tej ulicy. I może właśnie dlatego nigdy nie pozwalał sobie myśleć o niej w sposób naprawdę niebezpieczny. Nie mógł jej kochać. Mógł ją jedynie posiadać. Tak jak posiada się coś pięknego i jednocześnie niewłaściwego. Coś, czego nie stawia się obok własnego nazwiska. Jedynie zamyka za drzwiami miejsc takich jak Ataraxia, gdzie nikt nie będzie zadawał pytań. Jeśli chciał zachować resztki własnego sumienia nieubrudzonego jej stanem, musiał pamiętać o tej różnicy. O tym, że Ambrosia nigdy nie mogła należeć do niego inaczej niż w ukryciu. Jak przedmiot. Jak sekret. Jak grzech, do którego wraca się tylko pod osłoną nocy.
Karty nigdy go szczególnie nie interesowały. Fascynowali go ludzie siedzący naprzeciw nich. Sposób, w jaki desperacko próbowali odnaleźć w kilku symbolah potwierdzenie tego, w co już wcześniej zdecydowali się wierzyć. Ambrosia nie była pod tym względem wyjątkiem. Nie odwrócił od niej spojrzenia nawet wtedy, gdy śmiech wyrwał się z jej ust gwałtowniej, niż sama chyba planowała. I wtedy z całkowitą jasnością dotarło do niego, że to wystarczało. Nie potrzebował jej prawdziwego szczęścia. Nigdy go nie potrzebował. Jej wnętrze było zbyt splątane, zbyt zatrute własnymi iluzjami, by miało jeszcze jakiekolwiek znaczenie. Wiedział o tym lepiej niż ktokolwiek inny, bo sam od lat przykładał rękę, lub pięść, do tego rozkładu. Powoli, cierpliwie, warstwa po warstwie zatruwał jej umysł własną obecnością, własnym okrucieństwem, własną potrzebą pozostawania w jej życiu jak cierń, którego nie sposób usunąć bez rozrywania skóry. Nie miał nawet już nawet potrzeby oddzielania tego, co było karą, od tego, co było przywiązaniem. Wszystko wymieszało się dawno temu w coś znacznie bardziej intymnego i znacznie bardziej wynaturzonego. Ambrosia mogła zachowywać swoje prawdziwe światło dla innych ludzi. Dla tych, których kochała czysto, naiwnie, całym sercem. Nie budziło to w nim zazdrości tak wielkiej, jakiej powinno. Bo Louvain nigdy nie był zainteresowany jej duszą. Dusze były zawodne. Pękały zbyt łatwo. Za to piękno. Piękno było fascynujące w każdej formie. Karmił się nią na obu krańcach tego samego spektrum. W chwilach, kiedy może i tylko, ale wyglądała niemal szczęśliwie, rozświetlona czymś przypominającym życie. I wtedy, gdy sam odbierał jej to wszystko okruch po okruchu, obserwując, jak ból znowu osiada na jej twarzy z tą właściwą jej wersją dumy. - Jeszcze się przekonasz, Ambrosio. Wygroził się jej, zniesmaczony. Kącik jego ust drgnął ledwie zauważalnie, ale w spojrzeniu nie było nawet śladu rozbawienia.- Niezależnie od tego, jaka będzie prawda… ty i tak wyjdziesz z tego najbardziej zniszczona.