Przyjął jej dłoń z nienaganną uprzejmością, jednak uwaga już dawno uciekła mu gdzieś poza sam moment przywitania. Już kilka chwil po przekroczenia progu sklepu obserwował Larisę z narastającą, trudną do jednoznacznego określenia ciekawością. Raczej rodzaj ostrożnego niepokoju, który pojawia się, gdy człowiek dostrzega drobny szczegół niepasujący do reszty obrazu. Jej spojrzenie przypominało mu taflę jeziora skrytą pod poranną mgłą. Nie było w nim niechęci, ale nie było też obecności. Patrzyła na niego, a jednocześnie zdawała się patrzeć obok niego. Podobnie było z ruchami. Każdy gest wykonywała odrobinę później, niż należałoby się spodziewać. Zbyt powoli. Niezdrowo powoli. Jakby pomiędzy myślą, a działaniem istniała niewidzialna odległość, którą musiała za każdym razem pokonywać. Przez krótką chwilę przyszło mu nawet do głowy, że być może trafił na wyjątkowo niefortunny moment. Może pani Gregorovitch się raczyła się alkoholem. Może zażyła któryś z eliksirów, które pozostawiają umysł kilka kroków za rzeczywistością. Byłoby to zresztą najprostsze wyjaśnienie. Tłumaczyłoby przeciągłe ruchy, zamyślenie oraz tę osobliwą obojętność, która nie ograniczała się wyłącznie do twarzy, lecz zdawała się obejmować całą jej postać. A jednak coś mu nie pasowało. Nie brzmiała na odrzuconą. Nie było w niej rozchwiania ani utraty kontroli. Pod powierzchnią tej senności kryło się coś bardzo osobliwego. Coś, co sprawiało wrażenie, jakby każda jej myśl odbywała podróż przez bardzo gęstą mgłę, zanim dotarła do celu.
Kiedy powtórzyła nazwisko jego ojca, obserwował ją uważnie. Nie liczył na zachwyt, choć mógłby być dokładnie tak próżny. Nazwisko oraz imię ojca miało tutaj spełniać funkcję praktyczną. Stanowiło skrót. Elegancki sposób poinformowania rzemieślnika, że klient nie przychodzi oglądać półek i targować się o cenę. Że nie będzie konieczne prowadzenie niezręcznych rozmów o kosztach materiałów ani tłumaczenie, dlaczego wykonanie czegoś wyjątkowego wymaga odpowiednio wysokiej zapłaty. A jednak nie dostrzegł nawet najdrobniejszego poruszenia. Nie lekceważenia. Nie podziwu. Właściwie niczego. Jakby nazwisko prześlizgnęło się po jej myślach i zniknęło gdzieś bez śladu. Louvain pozwolił sobie na krótkie skinienie głową. Przez moment milczał, po czym uniósł różdżkę i lekko stuknął jej końcem o wewnętrzną stronę marynarki. Materiał szaty zafalował subtelnie pod wpływem magii, a zaklęcie zmniejszająco-zwiększające zostało rozwiązane jednym wprawnym ruchem. Chwilę później wsunął dłoń do pozornie zbyt wąskiej kieszeni i wyciągnął z niej pokaźnych rozmiarów papierową paczkę. Pakunek spoczął na ladzie z głuchym szelestem, starannie owinięty i zabezpieczony przed wilgocią oraz przypadkowymi uszkodzeniami. - Chciałbym zamówić długi płaszcz. - Jego głos pozostał spokojny i rzeczowy. - Z tego materiału. Zależy mi, aby zachował możliwie wiele z właściwości stworzenia, z którego został ściągnięty. Czy byłoby to wykonalne? Celowo nie wymówił nazwy stworzenia, z którego pochodził materiał. Być może był to drobny test. A może zwykła próba, podszyta konsumencką ciekawością. Jeśli Gregorovitchowie rzeczywiście cieszyli się renomą, którą przypisywało im środowisko, rozpoznanie egzotycznego materiału po samym fragmencie skóry nie powinno stanowić większego problemu. Chciał zobaczyć, czy fachowe oko dostrzeże to, czego przeciętny laik nigdy by nie zauważył. Nie od razu uznał temat za wyczerpany. Jego spojrzenie na moment oderwało się od pakunku i powędrowało ku jednej z lampad zawieszonych pod sufitem, jakby dopiero teraz przypomniał sobie o drugiej sprawie, która sprowadziła go do pracowni Gregorovitchów. - Oprócz tego potrzebuję szaty stagnacji. Funkcjonalnej, takiej, która dobrze sprawdzi się podczas obrzędów Samhain. Mówił o obrzędzie równie rzeczowo, jak wcześniej o płaszczu. Jak człowiek przygotowujący się na coś, co uważał za nieuniknione, i który nie zamierzał pozostawiać powodzenia wyłącznie w rękach losu.