23.06.2026, 21:29 ✶
Przyrównanie Peregrinusa Trelawneya do ostatniej szarej komórki było dramatycznym niedoszacowaniem. Żyły w nim miliardy szarych komórek. Był potężną maszyną stworzoną do tego, żeby myśleć — neurony tu przewodzą impulsy, aż iskry lecą.
Z kolei należało przyznać Lyssie rację, gdy wnioskowała o tym, że Peregrin nie ma zbyt wielkiego pojęcia o byciu romantycznie z kobietami. Jego doświadczenie randkowania przedstawiało się raczej skąpo i odkąd panienka Dolohov przybyła na wiosnę do Praw Czasu, rzeczywiście nie miała wielu okazji do oglądania go idącego pod rękę z ładną dziewczyną — był zbyt zajęty obracaniem jej ojca.
Niechodzenie na randki nie oznaczało, że nie umiał poprowadzić podstawowej, uprzejmej konwersacji. Mógł być człowiekiem stroniącym od tłocznych imprez, ale miał znajomych. Aidan nie dotarł przecież nawet do terytorium, na którym romantyczne kompetencje byłyby konieczne.
Gdy zaś wróż zobaczył ten dziwny uśmiech u Lyssy, od razu wiedział, że nadchodzi coś strasznego. Usłyszawszy jej relację, na chwilę zbaraniał. Zniknął z jego twarzy wystudiowany wyraz uprzejmości, rozproszył się bezpieczny, sztywny dystans, który Peregrinus kładł zwykle między sobą a nastoletnią czarownicą.
— Co? — Zaśmiał się niezręcznie, patrząc z niedowierzaniem na trzymającą go wciąż w swoich szponach dziewczynę. — Wybacz, Lysso. Czy ja dobrze rozumiem? Facet zabrał cię na randkę, żeby opowiadać o swoich… — odwrócił nieco głowę, aby nie parsknąć jej śmiechem prosto w twarz — dolegliwościach trawiennych sprzed lat?
Peregrinus nie żył w bańce. Jego znajomi też miewali dziwne tematy. W zupełności spodziewał się po takiej Millie Moody, że mu wypali bezpardonowo z jakimś tekstem o obrzydliwym potencjale. Ile to razy podawali między sobą dwuznaczne żarty? Musiał od niej trochę podłapać takiego niewybrednego humoru i przynajmniej go tolerować, ale była to poufałość wynikająca ze stażu ich znajomości.
Trelawney nie był pewien, czego się spodziewał po spotkaniach elitarnej młodzieży, bo elitą, jaką znał, był prezentujący nienaganną klasę Vakel Dolohov. Na pewno więc nie przewidywał takiego obrotu wypadków. Zaczynanie znajomości od tematów fekalnych byłoby przecież ryzykowne i w jego kręgach.
— To dziwaczne. — Uśmiechnął się do Lyssy jakoś bardziej porozumiewawczo niż zwykle. Jak do przyjaciółki, nie do nastolatki, która mu przychodziła znów truć dupę, ale musiał być dla niej uprzejmy. Może to był klucz do porozumienia? Może nie potrzebował układać scenariusza, tylko spojrzeć na Dolohóvnę tak, jak patrzył na swoje koleżanki? — Nie spotykaj się z nim więcej. Poza tym żenującym doborem tematów i miejsc nie potraktował cię źle? — Miał nadzieję, że posłali Lyssę tylko (i aż) do niedojrzałego gówniarza, nie do chama czy zboczeńca.
Z kolei należało przyznać Lyssie rację, gdy wnioskowała o tym, że Peregrin nie ma zbyt wielkiego pojęcia o byciu romantycznie z kobietami. Jego doświadczenie randkowania przedstawiało się raczej skąpo i odkąd panienka Dolohov przybyła na wiosnę do Praw Czasu, rzeczywiście nie miała wielu okazji do oglądania go idącego pod rękę z ładną dziewczyną — był zbyt zajęty obracaniem jej ojca.
Niechodzenie na randki nie oznaczało, że nie umiał poprowadzić podstawowej, uprzejmej konwersacji. Mógł być człowiekiem stroniącym od tłocznych imprez, ale miał znajomych. Aidan nie dotarł przecież nawet do terytorium, na którym romantyczne kompetencje byłyby konieczne.
Gdy zaś wróż zobaczył ten dziwny uśmiech u Lyssy, od razu wiedział, że nadchodzi coś strasznego. Usłyszawszy jej relację, na chwilę zbaraniał. Zniknął z jego twarzy wystudiowany wyraz uprzejmości, rozproszył się bezpieczny, sztywny dystans, który Peregrinus kładł zwykle między sobą a nastoletnią czarownicą.
— Co? — Zaśmiał się niezręcznie, patrząc z niedowierzaniem na trzymającą go wciąż w swoich szponach dziewczynę. — Wybacz, Lysso. Czy ja dobrze rozumiem? Facet zabrał cię na randkę, żeby opowiadać o swoich… — odwrócił nieco głowę, aby nie parsknąć jej śmiechem prosto w twarz — dolegliwościach trawiennych sprzed lat?
Peregrinus nie żył w bańce. Jego znajomi też miewali dziwne tematy. W zupełności spodziewał się po takiej Millie Moody, że mu wypali bezpardonowo z jakimś tekstem o obrzydliwym potencjale. Ile to razy podawali między sobą dwuznaczne żarty? Musiał od niej trochę podłapać takiego niewybrednego humoru i przynajmniej go tolerować, ale była to poufałość wynikająca ze stażu ich znajomości.
Trelawney nie był pewien, czego się spodziewał po spotkaniach elitarnej młodzieży, bo elitą, jaką znał, był prezentujący nienaganną klasę Vakel Dolohov. Na pewno więc nie przewidywał takiego obrotu wypadków. Zaczynanie znajomości od tematów fekalnych byłoby przecież ryzykowne i w jego kręgach.
— To dziwaczne. — Uśmiechnął się do Lyssy jakoś bardziej porozumiewawczo niż zwykle. Jak do przyjaciółki, nie do nastolatki, która mu przychodziła znów truć dupę, ale musiał być dla niej uprzejmy. Może to był klucz do porozumienia? Może nie potrzebował układać scenariusza, tylko spojrzeć na Dolohóvnę tak, jak patrzył na swoje koleżanki? — Nie spotykaj się z nim więcej. Poza tym żenującym doborem tematów i miejsc nie potraktował cię źle? — Miał nadzieję, że posłali Lyssę tylko (i aż) do niedojrzałego gówniarza, nie do chama czy zboczeńca.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie