Senność rozlewająca się po jej twarzy nie przypominała zwyczajnego znużenia. Niepokoiła go, ale w sposób, który odczytywał jako obietnicę, nie ostrzeżenie. Nie ujmując nic tej mirażowej damie, dziwactwo, niezależnie od tego, czy było jedynie osobliwą manierą, czy wyrastało z jej wnętrza, z jego doświadczenia niemal zawsze prowadziło we właściwym kierunku. Ludzie wyłamujący się ze schematów rzadko bywają przeciętni. Pod twardą skorupą zwykle kryły się talenty równie niezwykłe, co trudne do zrozumienia. Właściwości, które można było wykształcić ciężką pracą lub odziedziczyć wraz z nazwiskiem. Louvain zdążył przekonać się o tym więcej niż raz i miał szczerą nadzieję, że tym razem intuicja również go nie zawiedzie. Były jednak chwile, krótkie i ulotne jak drgnienie płomienia świecy, kiedy ich spojrzenia się spotykały, a jego ogarniało osobliwe wrażenie, że kobieta wcale nie patrzy na niego. Jakby wzrok, choć spoczywał na jego twarzy, prześlizgiwał się obok, zatrzymując się na kimś, kogo nie był w stanie dostrzec. Być może była to jedynie zbyt śmiała nadinterpretacja jej ospałej, nieobecnej postawy. Płatająca figle wyobraźnia przyzwyczajona do doszukiwania się drugiego dna. A jednak przez jedno, krótkie mgnienie nie potrafił oprzeć się przeczuciu, że w tej rozmowie uczestniczy jeszcze ktoś. Milczący, niewidzialny obserwator, którego obecność zdradzały jedynie drobne pęknięcia w zachowaniu właścicielki zakładu. Właściwie… kto mógł wiedzieć, jakie tajemnice ukrywały się między ścianami sklepu Gregorovitchów?
Dopiero kiedy centymetr spoczął na blacie obok niewielkiego notesu, stuknął raz końcem różdżki o papier zabezpieczający. Na drewnianym blacie rozwinęła się płachta surowej, starannie wyprawionej skóry. Materiał odsłonił się powoli, ciężki, ciemny, połyskujący w świetle pracowni subtelnym, niemal oleistym refleksem. Nie podsunął go jednak bliżej ani nie wyjaśnił jego pochodzenia. Ułożył skórę na ladzie z taką pewnością, jakby nie wymagała żadnego komentarza, po czym przeniósł spojrzenie z powrotem na Larisę, z cieniem ledwie dostrzegalnego uśmiechu. - Wolałbym, żeby odzież była w obszernym fasonie. Krój uniwersalny. Płaszcz powinien pozostać w formie odzieży wierzchniej, abym mógł korzystać z jego właściwości. Było to wyjaśnienie chłodne, techniczne i całkowicie zgodne z prawdą. Skóra miała zachować swoje walory niezależnie od fasonu, lecz okrycie wierzchnie pozwalało wykorzystać je bez konieczności rezygnowania z pozostałych elementów garderoby. W rzeczywistości kierowała nim znacznie bardziej przyziemna ostrożność. Nie zamierzał pozwolić, by pani Gregorovitch zbliżyła się do niego na tyle, by mogła wyczuć chłód zalegający pod garniturem. Trupia temperatura nie należała do cech, które można było zbyć niewinnym uśmiechem czy zręcznym kłamstwem.