30.06.2026, 20:29 ✶
Będzie rzygał. Jego gardło przypomniało sobie Lekkie Popołudnie. Tagliolini alla Sirena — makaron długi i wiotki jak macki potwora, obrzydliwy morski posmak małża, kwaśna emulsja cytrusowa, jakby rzyg sam w sobie nie był kwaśny.
Połknął go.
Oblepiała go ropa, ciało. Ciała. Tkanki.
Panika, obrzydzenie. Zniknął potwór, zniknęła popychająca go do działania adrenalina. Został zdecydowanie za szybki oddech kogoś, kto zaraz miał dostać ataku paniki.
Znowu duch. Znowu ktoś chwytał go za głowę. Znowu ktoś krzyczał. Znowu ktoś krzyczał. Tracił zmysły. Wszystko nie mogło być prawdą.
Ledwo zarejestrował, że łańcuch pękł. Czy on go pomógł rozbroić? Gdyby zapytali go teraz choćby, nie potrafiłby powtórzyć ani słowa z tego, jak pokierował Ceolsige.
Przed oczami migały mu wizje tego, co mogło być. Przez chwilę potwór znów był całością na ołtarzu. Znów leciała macka, a on leżał w letargu. Czasy i wersje przyszłości migotały mu przed oczami.
Czy kamienie były prawdziwe? Czy to podłoga dudniła od uderzeń, czy to w jego głowie dudniło?
Dobra Matko, zapach ropy i gnijącego ciała tak drażnił żołądek. Peregrinus brzydził się w tamtej chwili samego siebie.
Czy słyszał, że kogoś uratowali? Słyszał pokrzykiwanie: liberta, liberta. Świat dudnił, rwał się gniewem. Tutti!
Połknął własne wymioty, ale wciąż czuł, jak paliły gardło. Było mu niedobrze.
Ceolsige wydała prosty rozkaz: na nogi, do wyjścia!
Tyle potrafił zrozumieć. Wstał, rozprostowując zesztywniałe po zaklęciu mrożącym kończyny. Szedł za nią, ale miał potem nie pamiętać, że szedł. Jego ciało szło, świadomość maszerowała wygaszona gdzieś obok. Wyłączyła się z nadmiaru wrażeń. Próbowała sama siebie chronić.
Peregrinus Trelawney wychodził za Burke z jaskini, nie przyjmując jeszcze, że to koniec.
// Derealizacja I
Połknął go.
Oblepiała go ropa, ciało. Ciała. Tkanki.
Panika, obrzydzenie. Zniknął potwór, zniknęła popychająca go do działania adrenalina. Został zdecydowanie za szybki oddech kogoś, kto zaraz miał dostać ataku paniki.
Znowu duch. Znowu ktoś chwytał go za głowę. Znowu ktoś krzyczał. Znowu ktoś krzyczał. Tracił zmysły. Wszystko nie mogło być prawdą.
Ledwo zarejestrował, że łańcuch pękł. Czy on go pomógł rozbroić? Gdyby zapytali go teraz choćby, nie potrafiłby powtórzyć ani słowa z tego, jak pokierował Ceolsige.
Przed oczami migały mu wizje tego, co mogło być. Przez chwilę potwór znów był całością na ołtarzu. Znów leciała macka, a on leżał w letargu. Czasy i wersje przyszłości migotały mu przed oczami.
Czy kamienie były prawdziwe? Czy to podłoga dudniła od uderzeń, czy to w jego głowie dudniło?
Dobra Matko, zapach ropy i gnijącego ciała tak drażnił żołądek. Peregrinus brzydził się w tamtej chwili samego siebie.
Czy słyszał, że kogoś uratowali? Słyszał pokrzykiwanie: liberta, liberta. Świat dudnił, rwał się gniewem. Tutti!
Połknął własne wymioty, ale wciąż czuł, jak paliły gardło. Było mu niedobrze.
Ceolsige wydała prosty rozkaz: na nogi, do wyjścia!
Tyle potrafił zrozumieć. Wstał, rozprostowując zesztywniałe po zaklęciu mrożącym kończyny. Szedł za nią, ale miał potem nie pamiętać, że szedł. Jego ciało szło, świadomość maszerowała wygaszona gdzieś obok. Wyłączyła się z nadmiaru wrażeń. Próbowała sama siebie chronić.
Peregrinus Trelawney wychodził za Burke z jaskini, nie przyjmując jeszcze, że to koniec.
// Derealizacja I
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie