09.07.2026, 14:45 ✶
Do stu diabłów z tymi czystokrwistymi dziewuchami! Na zaczepne komentarze Ceolsige Woody zaśmiał się grzmiąco z głębi potężnej piersi.
— Pani Burke, pani mnie tak nie kokietuje. Ja jestem za stary dziad dla pani. — Pogroził jej paluchem.
Za to sprzęcior, jaki wyciągnęła — fiu, fiu, mucha nie siada. Woody z zaciekawieniem sobie okiem łypnął na jej zestawik magicznych narzędzi. Taki to by mu się przydał. A co! Już widział w głowie, ile to on by tym porobił. Byłoby to w rzeczywistości zupełnie niewiele, lecz w swojej wyobraźni mógł być Wielkim Majstrem, fachowcem od wszystkiego. W jednej chwili wybuchło w nim tysiąc pomysłów domorosłej inżynierii, gdzie by to sobie Tarpaulin tymi narzędzia pogmerał, poskręcał, podłubał.
Cokolwiek jednak byłby w stanie osiągnąć swoimi grabiastymi łapami, do panny Burke to by się nie umywało. Jak ją obserwował przy pracy, to od razu widział, że inna jakość. Panna ze śrubokrętem — i to jeszcze umiejąca go użyć — to od razu miło popatrzeć. Tak się Burke przy tych mechanizmach zgrabnie uwijała, że by można pomyśleć, że z wihajstrem w ręku urodzona. Taka złota rączka, to nic nie może pójść nie tak… a tu nagle coś zgrzytnęło. Czarodziej dostrzegł w ruchach kobiety niewielką zmianę, dostrzegł ją również na twarzy pannicy. Ale co z tego? Gdzie by sobie ona z czymś takim nie poradziła? Nie rozczarował się: Ceo wróciła do pracy, to i Woody się zrelaksował ze swoim piwkiem wsparty o blat, całkowicie oddany obserwowaniu mistrzyni.
A tu zgrzyt — temat wybuchł!
— Cholera jasna!
Stary na hejnał wychylił resztki piwska, opróżnił kufel i ciężkim szkłem rypnął jednego z mechanicznych pająków, chcąc go rozkwasić o blat stołu. Nic z tego. Ceolsige zdecydowanie lepiej radziła sobie z kreaturami, zachowując zimną krew i precyzję we władaniu szpikulcem, toteż Tarp prędko odsunął się, robiąc jej miejsce.
Pełzające skarpety go zaszokowały, choć może nie powinny. Złowił na czubek różdżki jedną z wełnianych glizd, coby ją sobie obejrzeć na wysokości oczu, lecz długo się ta dżdżownica nie wiła. Chwila-moment i zaraz oklapła.
— Wiwat! — Woody z uznaniem dla pracy Ceolsige zamachał nadzianą na różdżkę skarpetką niczym chorągwią triumfującej armii. Tak oto kufer był do jego dyspozycji. — Ślicznie dziękuję. — Woody Tarpaulin skłonił się pani majster. — To będzie na fakturę.
Odłożył różdżkę i z nabożną czcią otworzył wieko — oto moment, na który wszyscy czekali.
— Pani Burke, pani mnie tak nie kokietuje. Ja jestem za stary dziad dla pani. — Pogroził jej paluchem.
Za to sprzęcior, jaki wyciągnęła — fiu, fiu, mucha nie siada. Woody z zaciekawieniem sobie okiem łypnął na jej zestawik magicznych narzędzi. Taki to by mu się przydał. A co! Już widział w głowie, ile to on by tym porobił. Byłoby to w rzeczywistości zupełnie niewiele, lecz w swojej wyobraźni mógł być Wielkim Majstrem, fachowcem od wszystkiego. W jednej chwili wybuchło w nim tysiąc pomysłów domorosłej inżynierii, gdzie by to sobie Tarpaulin tymi narzędzia pogmerał, poskręcał, podłubał.
Cokolwiek jednak byłby w stanie osiągnąć swoimi grabiastymi łapami, do panny Burke to by się nie umywało. Jak ją obserwował przy pracy, to od razu widział, że inna jakość. Panna ze śrubokrętem — i to jeszcze umiejąca go użyć — to od razu miło popatrzeć. Tak się Burke przy tych mechanizmach zgrabnie uwijała, że by można pomyśleć, że z wihajstrem w ręku urodzona. Taka złota rączka, to nic nie może pójść nie tak… a tu nagle coś zgrzytnęło. Czarodziej dostrzegł w ruchach kobiety niewielką zmianę, dostrzegł ją również na twarzy pannicy. Ale co z tego? Gdzie by sobie ona z czymś takim nie poradziła? Nie rozczarował się: Ceo wróciła do pracy, to i Woody się zrelaksował ze swoim piwkiem wsparty o blat, całkowicie oddany obserwowaniu mistrzyni.
A tu zgrzyt — temat wybuchł!
— Cholera jasna!
Stary na hejnał wychylił resztki piwska, opróżnił kufel i ciężkim szkłem rypnął jednego z mechanicznych pająków, chcąc go rozkwasić o blat stołu. Nic z tego. Ceolsige zdecydowanie lepiej radziła sobie z kreaturami, zachowując zimną krew i precyzję we władaniu szpikulcem, toteż Tarp prędko odsunął się, robiąc jej miejsce.
Pełzające skarpety go zaszokowały, choć może nie powinny. Złowił na czubek różdżki jedną z wełnianych glizd, coby ją sobie obejrzeć na wysokości oczu, lecz długo się ta dżdżownica nie wiła. Chwila-moment i zaraz oklapła.
— Wiwat! — Woody z uznaniem dla pracy Ceolsige zamachał nadzianą na różdżkę skarpetką niczym chorągwią triumfującej armii. Tak oto kufer był do jego dyspozycji. — Ślicznie dziękuję. — Woody Tarpaulin skłonił się pani majster. — To będzie na fakturę.
Odłożył różdżkę i z nabożną czcią otworzył wieko — oto moment, na który wszyscy czekali.
piw0 to moje paliwo