25.08.2026, 09:23 ✶
Cieszył się, że tym razem umiejętności magiczne go nie zawiodły. Bardzo nie chciał mieć na sumieniu swojego asystenta. Owszem, ten umarłby w szczytnym celu ratowania biednego, tonącego pieska, ale doprawdy lepiej, że ten przeżył. I zwierzak, i Adrian bezpiecznie dotarli na ląd. Robert oczywiście nie wątpił w mężczyznę, ale wiedział też, że prądy rzeczne bywały zdradliwe. Szczególnie na tym cholernym moście. Jaki zwyrodnialec mógłby rzucić na to miejsce akurat taką klątwę? Takie psiaki przecież nie były niczemu winne, nie zasługiwały na taki los. Sędziego przeszedł dreszcz na myśl, ile zwierząt nie zostało uratowanych. Czy ich kości spoczywały na dnie rzeki?
Norwid i psiak uwinęli się w wodzie i z sukcesem dopłynęli na ląd. Crouch odetchnął z ulgą. Asystent krzyknął do Roberta, który natychmiast ruszył truchtem w ich stronę – w butach, ale jeszcze bez płaszcza. Przez adrenalinę zrobiło mu się cieplej, a porządna szata mogła się przydać psu i Adrianowi bardziej niż sędziemu. Obaj przesiąkli wodą do suchej nitki. Musieli kompletnie przemarznąć, a jak zejdzie z nich adrenalina… mogli nawet zasłabnąć. Czy coś. Robert nie znał się specjalnie na medycynie, ale nawet on wiedział, że wychłodzenie ciała było raczej nienaturalnym jego stanem.
Kiedy tylko dotarł do Adriana, otoczył go swoim płaszczem jak ręcznikiem. Był to markowy ciuch z zeszłorocznej kolekcji jesiennej domu mody Rosierów. Drogi, ale i porządny, odpowiednio zaklęty, bowiem dopasowywał się do temperatury ciała noszącego. Gdy Robertowi było ciepło, służył raczej jako stylowy dodatek, a przy chłodniejszych powiewach skutecznie ogrzewał. Tym samym Adrianowi mógł posłużyć jako coś w rodzaju koca termicznego.
Crouch poklepał asystenta po ramieniu i spojrzał na psa, którego ten trzymał w ramionach.
– Świetna robota – rzekł z uśmiechem. – Adrianie, to chyba oczywiste, że możesz wrócić do domu. Ach nie, czekaj. Wydaję ci służbowe polecenie, żebyś zajął się tam tym maluchem. Na bogów, dobrze, że żyjecie. I że my byliśmy w pobliżu. – Wyciągnął rękę i pogłaskał pieska po mokrej sierści. Dość szybko jednak cofnął rękę, bo woda w rzece jednak najczystsza nie była. – Trzeba będzie sprowadzić tu klątwołamaczy. Co to ma znaczyć, że pies ni stąd, ni zowąd skacze w objęcia śmierci? To wygląda jak zabawa jakiegoś chuja ze zrytą banią, który nienawidzi wszystkiego, co dobre – przeklął, burząc trochę wizerunek dostojnego sędziego. Wiedział jednak, że Adrian zna i to jego oblicze. Ile razy to klął na prawicę w Wizengamocie?
Norwid i psiak uwinęli się w wodzie i z sukcesem dopłynęli na ląd. Crouch odetchnął z ulgą. Asystent krzyknął do Roberta, który natychmiast ruszył truchtem w ich stronę – w butach, ale jeszcze bez płaszcza. Przez adrenalinę zrobiło mu się cieplej, a porządna szata mogła się przydać psu i Adrianowi bardziej niż sędziemu. Obaj przesiąkli wodą do suchej nitki. Musieli kompletnie przemarznąć, a jak zejdzie z nich adrenalina… mogli nawet zasłabnąć. Czy coś. Robert nie znał się specjalnie na medycynie, ale nawet on wiedział, że wychłodzenie ciała było raczej nienaturalnym jego stanem.
Kiedy tylko dotarł do Adriana, otoczył go swoim płaszczem jak ręcznikiem. Był to markowy ciuch z zeszłorocznej kolekcji jesiennej domu mody Rosierów. Drogi, ale i porządny, odpowiednio zaklęty, bowiem dopasowywał się do temperatury ciała noszącego. Gdy Robertowi było ciepło, służył raczej jako stylowy dodatek, a przy chłodniejszych powiewach skutecznie ogrzewał. Tym samym Adrianowi mógł posłużyć jako coś w rodzaju koca termicznego.
Crouch poklepał asystenta po ramieniu i spojrzał na psa, którego ten trzymał w ramionach.
– Świetna robota – rzekł z uśmiechem. – Adrianie, to chyba oczywiste, że możesz wrócić do domu. Ach nie, czekaj. Wydaję ci służbowe polecenie, żebyś zajął się tam tym maluchem. Na bogów, dobrze, że żyjecie. I że my byliśmy w pobliżu. – Wyciągnął rękę i pogłaskał pieska po mokrej sierści. Dość szybko jednak cofnął rękę, bo woda w rzece jednak najczystsza nie była. – Trzeba będzie sprowadzić tu klątwołamaczy. Co to ma znaczyć, że pies ni stąd, ni zowąd skacze w objęcia śmierci? To wygląda jak zabawa jakiegoś chuja ze zrytą banią, który nienawidzi wszystkiego, co dobre – przeklął, burząc trochę wizerunek dostojnego sędziego. Wiedział jednak, że Adrian zna i to jego oblicze. Ile razy to klął na prawicę w Wizengamocie?
Vox populi
Królami świata rządzi dziś strach
Bo gubią się we własnych sidłach i grach
W walce o to, by wciąż zajmować sam szczyt
Budują mur, by ukryć ból swój i wstyd.
Królami świata rządzi dziś strach
Bo gubią się we własnych sidłach i grach
W walce o to, by wciąż zajmować sam szczyt
Budują mur, by ukryć ból swój i wstyd.