Sauriel wzdrygnął się na widok Szeptuchy. I nie chodzi o to, że gardził tą kobietą, czy że brzydził się jej jak co poniektórzy. Nawet jeśli jesteś człowiekiem, którego mają za nieszczęście, to spotkanie tej, która naprawdę je zwiastuje na swojej drodze dołożyło zimnego, ciężkiego kamienia do tego zalegającego już w jego żołądku. Zwłaszcza, że zwróciła się prosto do niego. Do niego i do Victorii. Nie potrzebował przepowiedni by wiedzieć, że to życie będzie jeszcze bardziej zjebane, niż już było. Ale słysząc ją poczuł tylko mocniejszą osowiałość. Coś pociągnęło go w dół. To nie był gwałtowny spadek. Mimo to opadał.
Nie sądził, żeby ta wspinaczka była jakimkolwiek wyzwaniem, więc się tylko uśmiechnął pod nosem na jej słowa i machnął ręką na zasadzie "tak, tak, dzięęki". I nie była. To taka mała zabawa, nic nie znacząca, przynajmniej dla niego. Ale miła. Jego i Victorii, z którą ich wspólne, małe zwycięstwa podzielili. Musiał tylko się upewnić, że lilia, którą miał włożoną za ucho, nie wypadnie podczas tej zabawy. Spod kaptura zresztą i tak jej nie było prawie widać.
Czego też nie sądził to to, że kiedy z kocią gracją opadł na ziemię, to jego postrzeganie rzeczywistości się... zmieni. Tak jakby nie wystarczyła tamta dziwaczna herbata, która dawała mu kopa przez całą wycieczkę do zoo. Co to było? Nie wiedział. Coś kompletnie gryzącego się z jego samopoczuciem, szarpiącego i tworzącego bardzo nieprzyjemną mieszankę wszystkiego. A kiedy zazwyczaj zderzają się sprzeczności, powstaje irytacja. Ale to jeszcze nie teraz. Jeszcze nie teraz... Skierował swoje kroki ku Victorii po dziwnej chwili absolutnego zastoju. Jakby ktoś rzucił na nich zaklęcie. Przez jego ciało przepłynęło poczucie posesywności - nie dziwne, nie obce. Znane. Czysto zwierzęce, kiedy bestia mlasnęła, a on prawie że z nią, mając ochotę naznaczyć Victorię kłami i zająć nią swój czas, umysł. Dzień. Z drugiej strony było przedziwne uczucie ukojenia, które sprawiło, że nawet się uśmiechnął weselej. I jeszcze trzecia strona. Ta, która nakazywała się niedługo pozbierać i iść walczyć za nie swoją sprawę.
Zatrzymał się parę kroków od Victorii, napięty.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.