Choć jej powierzchowna nieobecność pozostawała delikatnie rozpraszająca, momentami wręcz wytrącając go z tropu, nie przeszkadzała mu na tyle, by zamierzał w jakikolwiek szczególny sposób ją komentować. Dopóki komunikacja nie zawodziła, a odpowiedzi Larisy pozostawały rzeczowe i wystarczająco przytomne, jej osobliwy marazm można było uznać za nic więcej jak osobliwość charakteru. Zresztą komentowanie go byłoby zwyczajnie nie na miejscu. Do głowy nie przyszłoby mu natomiast, że ta senna nieobecność mogła być czymś więcej niż cechą samej kobiety, wypadkową obecności czarodziejskiej legendy. Tego rodzaju możliwości nie brał nawet pod uwagę. Na ten moment sposób bycia Larisy zwyczajnie dopełniał pewien stereotyp, który zdążył sobie wyrobić o ludziach takich jak Gregorovitchowie. Imigranci, nazwisko brzmiące gdzieś ze wschodnich rubieży Europy, stara rodzinna profesja, osobliwy zakład. Wszystko to układało się w obraz, który może nie był szczególnie sprawiedliwy, ale za to zaskakująco dobrze pasował do jego wyobrażenia o tym, czego należało się po nich spodziewać.
- Gdyby było to coś banalnegp, nie przyszedłbym tutaj. Powiedział bez cienia wahania, jakby sama obecność jego pakunku na ladzie stanowiła wystarczające uzasadnienie dla tych słów. Nie zamierzał udawać, że jego wymagania są skromne, ani tym bardziej przepraszać za to, że oczekuje od rzemieślnika czegoś więcej niż zwyczajnego kawałka odzieży. Louvain nie przychodził do Gregorovitchów po coś, co można było wykonać w pierwszej lepszej pracowni. Jeżeli ktokolwiek miał nadać buchorożcowej skórze formę, której potrzebował, nie widział powodu, by szukać dalej. To nie była wyłącznie kwestia przesadnej wiary w ich umiejętności, lecz chłodnej kalkulacji. Inni zadawaliby niewygodne pytania.
Kiedy uznał, że ustalenia zostały wyczerpane, Louvain pozwolił sobie na krótkie, niemal ceremonialne skinienie głową. Nie było w nim uniżonej wdzięczności ani ulgi. Zostawił materiał i oczekiwania, a reszta należała już do Gregorovitchów. - Dziękuję. Będę wyczekiwał listu. Ton jego głosu był chłodny i spokojny, pozbawiony najmniejszego śladu wahania. Brzmiało to bardziej jak zamknięcie ustaleń niż prośba o przysługę. Nie zamierzał wracać tu bez potrzeby, skoro wszystko, co należało powiedzieć, zostało już powiedziane. List pozwalał zachować odpowiedni dystans, a przede wszystkim pozostawiał sprawę w rękach tych, którym właśnie ją powierzył. Nie oglądając się za siebie dłużej, niż wymagała tego zwykła kurtuazja, odwrócił się i ruszył ku wyjściu.