02.10.2026, 10:00 ✶
Uśmiechnął się słabo.
– Myślę, że nikt do końca nie wie, jak zapewnić dzieciakom lepszą przyszłość. W tym właśnie tkwi haczyk. Staramy się sprawić, by świat był lepszy, ale do końca nie wiemy, jakie skutki to finalnie przyniesie. Taka jest chyba kolej rzeczy. Musimy działać, to oczywiste, ale… myślę, że nawet jasnowidzowie nie przewidzą wszystkiego – odparł. Odkrył, że mimo takiej różnicy w doświadczeniu, rozmawiało mu się z Gustave'em bardzo swobodnie. Może dlatego, że Robert nie był żadnym podlotkiem, którego łatwo było sprowadzić do parteru. Znał swoją wartość, wiedział, że był dobry w tym, co robił. Dlatego raczej cenił mądrość wampira, ale nie czuł się nią przytłoczony.
Następne słowa Gustave'a sprawiły, że policzki Roberta przykryły się lekkim rumieńcem. Dobra, komplementy były miłe. Bardzo miłe. Crouch zawsze chłonął je z wielką przyjemnością, szczególnie ze strony osób, którymi był zainteresowany. Już od czasu nocnego przypadkowego spotkania z Gabrielem Montbelem, nie miał oporów przed przyznaniem się do własnego zainteresowania mężczyznami. To z kolei było… uwalniające. Nie wiązały się z tym żadne kompleksy typu „Och nie, Matka mnie zaraz ukarze”. Zresztą Robert zawsze wyznawał religię na swój własny sposób, co oznaczało, że ołtarze odwiedzał raczej od święta. Nie wydawało mu się, żeby wielki porządek natury został zmącony przez mężczyzn uprawiających ze sobą seks. W innym wypadku, miałoby to naprawdę niebotyczną kosmiczną moc, co byłoby dość zabawne.
– Musi pan w takim razie nadrobić zaległości. Może, gdy znajdziemy się już na miejscu w Lozannie? – uśmiechnął się zawadiacko. – Wad natomiast mam całkiem sporo. Jedną z nich jest to, że zbyt łatwo daję się oczarować pięknym osobom. Że mimo rozsądkowi i wszelkiemu profesjonalizmowi, patrzę na taką osobę i widzę nie tylko wybitnego znawcę, lecz również piękno, które bym mógł celebrować, aż zabrakłoby mi sił. Moją wadą jest to, że bardzo bym chciał pójść z panem na kolację, sam na sam. Niekoniecznie jedynie jako współpracownicy.
Kokieteria I
– Myślę, że nikt do końca nie wie, jak zapewnić dzieciakom lepszą przyszłość. W tym właśnie tkwi haczyk. Staramy się sprawić, by świat był lepszy, ale do końca nie wiemy, jakie skutki to finalnie przyniesie. Taka jest chyba kolej rzeczy. Musimy działać, to oczywiste, ale… myślę, że nawet jasnowidzowie nie przewidzą wszystkiego – odparł. Odkrył, że mimo takiej różnicy w doświadczeniu, rozmawiało mu się z Gustave'em bardzo swobodnie. Może dlatego, że Robert nie był żadnym podlotkiem, którego łatwo było sprowadzić do parteru. Znał swoją wartość, wiedział, że był dobry w tym, co robił. Dlatego raczej cenił mądrość wampira, ale nie czuł się nią przytłoczony.
Następne słowa Gustave'a sprawiły, że policzki Roberta przykryły się lekkim rumieńcem. Dobra, komplementy były miłe. Bardzo miłe. Crouch zawsze chłonął je z wielką przyjemnością, szczególnie ze strony osób, którymi był zainteresowany. Już od czasu nocnego przypadkowego spotkania z Gabrielem Montbelem, nie miał oporów przed przyznaniem się do własnego zainteresowania mężczyznami. To z kolei było… uwalniające. Nie wiązały się z tym żadne kompleksy typu „Och nie, Matka mnie zaraz ukarze”. Zresztą Robert zawsze wyznawał religię na swój własny sposób, co oznaczało, że ołtarze odwiedzał raczej od święta. Nie wydawało mu się, żeby wielki porządek natury został zmącony przez mężczyzn uprawiających ze sobą seks. W innym wypadku, miałoby to naprawdę niebotyczną kosmiczną moc, co byłoby dość zabawne.
– Musi pan w takim razie nadrobić zaległości. Może, gdy znajdziemy się już na miejscu w Lozannie? – uśmiechnął się zawadiacko. – Wad natomiast mam całkiem sporo. Jedną z nich jest to, że zbyt łatwo daję się oczarować pięknym osobom. Że mimo rozsądkowi i wszelkiemu profesjonalizmowi, patrzę na taką osobę i widzę nie tylko wybitnego znawcę, lecz również piękno, które bym mógł celebrować, aż zabrakłoby mi sił. Moją wadą jest to, że bardzo bym chciał pójść z panem na kolację, sam na sam. Niekoniecznie jedynie jako współpracownicy.
Kokieteria I
Vox populi
Królami świata rządzi dziś strach
Bo gubią się we własnych sidłach i grach
W walce o to, by wciąż zajmować sam szczyt
Budują mur, by ukryć ból swój i wstyd.
Królami świata rządzi dziś strach
Bo gubią się we własnych sidłach i grach
W walce o to, by wciąż zajmować sam szczyt
Budują mur, by ukryć ból swój i wstyd.