26.10.2026, 21:44 ✶
Nie pomylił się. To na nią czekał. Przywykł do tego, że zdarza mu się w tym nokturnowym attire budzić nieufność. Na Nokturnie trzymało go to na powierzchni, w zetknięciu ze zwykłym światem nieraz było wbiciem cieniutkiej szpileczki pod warstwę brudu, jaka się na nim przez lata zebrała. Bo, cholera, gdy był bogatym chłopcem w mundurze, takie panny jak Guinevere McGonagall się za nim uganiały, słowo honoru.
— Idziemy to idziemy. — Czarodziej zagwizdał na woźnicę i dał mu ręką sygnał, że ma jechać dalej, zajmować umówioną pozycję. Wóz przyspieszył i po chwili zniknął za rogiem mrocznej alei, gdzie spacerem skierowali się także Woody z Guinevere. — Smakołyki pomogą. Pani pewnie lepiej niż ja wie, co robi, bo ja noga ze zwierząt jestem. Chociaż przyznam pani, że się od niedawna trochę interesuję tematem — pochwalił się.
I rzeczywiście, w Rejwachu przybyło w ostatnim czasie zwierzęcych lokatorów. Do tej pory Tarpaulin polegał przy nich na swoich pracownikach, lecz zaczynała w nim dorastać myśl, aby do opieki nad zwierzętami samemu się przyłożyć.
— Sama przyjemność poznać. McGonagall? Z tych McGonagallów? — Tych, czyli prowadzących Ostoję, o której coś tam obiło mu się o uszy. Innych McGonagallów nie znał. — Pani nie odbiera tego źle, ale taka pani uroda, że bym nigdy nie zgadł — podzielił się swoją cenną, męską opinią.
Tarpaulinowi się na Ulicy Śmiertelnego Nokturnu nikt szczególnie nie przyglądał. Stara znajoma morda, stare znajome człapanie i — znając życie — nowy chytry projekt. Słowem: nic ciekawego. Na egzotycznym klejnocie u jego boku nieco dłużej uwiesiły się tu i ówdzie ponure, podejrzliwe oczy, ale tyle tylko wisiały, ile zajmowało minięcie się na ulicy. I bardzo dobrze.
— Psina się wabi Grimm, ale nie wiem, czy reaguje. Właściciel, stary cwaniura, nie żyje. Pies jest sam, tego trzeba go zabrać. Pani sama zobaczy, jaka to wielka bestia. Pomyślałem, że czymś go trzeba będzie przewieźć, to nam wynająłem dostawczaka od takiego jednego faceta, co wozi do mnie zaopatrzenie. Heep, woźnica, nie należy do żadnego klubu, tylko sobie dziś dorabia na tym zleceniu, więc tam przy nim to lepiej… — Mężczyzna wykonał przy gębie gest zasuwnaia ust.
— Idziemy to idziemy. — Czarodziej zagwizdał na woźnicę i dał mu ręką sygnał, że ma jechać dalej, zajmować umówioną pozycję. Wóz przyspieszył i po chwili zniknął za rogiem mrocznej alei, gdzie spacerem skierowali się także Woody z Guinevere. — Smakołyki pomogą. Pani pewnie lepiej niż ja wie, co robi, bo ja noga ze zwierząt jestem. Chociaż przyznam pani, że się od niedawna trochę interesuję tematem — pochwalił się.
I rzeczywiście, w Rejwachu przybyło w ostatnim czasie zwierzęcych lokatorów. Do tej pory Tarpaulin polegał przy nich na swoich pracownikach, lecz zaczynała w nim dorastać myśl, aby do opieki nad zwierzętami samemu się przyłożyć.
— Sama przyjemność poznać. McGonagall? Z tych McGonagallów? — Tych, czyli prowadzących Ostoję, o której coś tam obiło mu się o uszy. Innych McGonagallów nie znał. — Pani nie odbiera tego źle, ale taka pani uroda, że bym nigdy nie zgadł — podzielił się swoją cenną, męską opinią.
Tarpaulinowi się na Ulicy Śmiertelnego Nokturnu nikt szczególnie nie przyglądał. Stara znajoma morda, stare znajome człapanie i — znając życie — nowy chytry projekt. Słowem: nic ciekawego. Na egzotycznym klejnocie u jego boku nieco dłużej uwiesiły się tu i ówdzie ponure, podejrzliwe oczy, ale tyle tylko wisiały, ile zajmowało minięcie się na ulicy. I bardzo dobrze.
— Psina się wabi Grimm, ale nie wiem, czy reaguje. Właściciel, stary cwaniura, nie żyje. Pies jest sam, tego trzeba go zabrać. Pani sama zobaczy, jaka to wielka bestia. Pomyślałem, że czymś go trzeba będzie przewieźć, to nam wynająłem dostawczaka od takiego jednego faceta, co wozi do mnie zaopatrzenie. Heep, woźnica, nie należy do żadnego klubu, tylko sobie dziś dorabia na tym zleceniu, więc tam przy nim to lepiej… — Mężczyzna wykonał przy gębie gest zasuwnaia ust.
piw0 to moje paliwo