• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Wyspy Brytyjskie Walia Snowdonia [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna

[23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#141
25.10.2025, 12:59  ✶  

- Śmierć ze starości nie wydaje się być taka zła. - Zważając na to, że czasy były niebezpieczne, można było umrzeć nawet jutro to perspektywa dobrnięcia do sędziwego wieku wydawała się być całkiem atrakcyjną. Może niekoniecznie w takiej sytuacji, w jakiej się w tej chwili znajdowali, ale pewnie rozumiał do czego zmierzała, to nie było szczególnie skomplikowane.

Głos nadchodzący gdzieś z boku odwrócił jej uwagę, tak spodziewała się, że imię osoby, która ją zauważyła nic mu nie powie, jednak mimo wszystko je wypowiedziała, żeby go uprzedzić, wspomnieć o tym, że to faktycznie jest jej znajoma. Co wcale nie było takie oczywiste, bo Prue raczej nie należała do szczególnie towarzyskich osób.

Nie wydawało jej się, aby istniało ryzyko, że ich drogi się kiedyś przecięły. Astoria była młodsza od nich o kilka lat, a Benjy zniknął z kraju ledwie skończył swoją edukację w Hogwarcie. Na pewno nie kojarzyli się ze spotkań czystokrwistych, bo bywali na nich w innych latach. Nie wiązało się to więc z ryzykiem, zresztą nawet jeśli byłoby inaczej to Fenwick wyglądał zupełnie inaczej niż te piętnaście lat temu, sama go nie poznała, a przecież jej pamięć była wyjątkowa, sporo czasu zajęło jej dopasowanie kropek i zrozumienie skąd pamięta te oczy.

Grzeczności i przedstawienie mieli już za sobą, niby tak. Nadal jednak nie do końca wiedziała dlaczego właśnie te słowa opuściły jej usta. Tak, na pewno wyglądali na przyjaciół, szczególnie patrząc na ten krawat, który sama mu wybrała, tylko po to aby pasował do jej sukienki, by inni wiedzieli, że są tutaj razem. Oczywiście, że zrobiła to dlatego, że byli przyjaciółmi. Nie było to najlepszym posunięciem, raczej dziwnym odruchem, którego powinna się wyzbyć.

Przycupnęła na krześle obok kobiety, spojrzeniem odprowadziła Benjy'ego, który nie skomentował tego w żaden sposób, ale jednak wiedziała, że mogło go to trochę zaboleć, chociaż wcale tego nie chciała.

- Tak właściwie to nie było okazji, abyś o nim usłyszała. - W końcu przyjaźnili się od początku tego miesiąca. - To bardzo świeża sprawa i tak właściwie to nie jest tylko mój przyjaciel. - Mogła jej to teraz nieco sprostować, chociaż nie wydawało jej się, że jest to konieczne. Astoria była bystra, na pewno potrafiła połączyć kropki. - To mój chłopak. - W końcu ustalili nawet podczas jednych z tych długich, nocnych rozmów, że powinni się tak nazywać, chociaż wiedzieli, że jest to tylko chwilowe. Mieli jednak wykorzystać jak najlepiej ten czas, który udało im się wyrwać od losu. Tak, czy siak nie postąpiła odpowiednio. Skrzywiła się nawet nieco, myślała o tym jednym słowie, które padło z jej ust. - Uratował mnie, kilka razy, i jakoś tak wyszło. - Zbliżyli się do siebie, trudne chwile ich do siebie przyciągnęły, a później, później okazało się, że wcale nie byli sobie tak obcy, jak mogło by się wydawać, ale tej części historii nie mogła zdradzić, chociaż była naprawdę interesująca, ale praktycznie nikt nie mógł jej poznać.

Okazało się bowiem, że bardzo łatwo przyszło jej zapomnienie o wszystkich niesnaskach z młodości, a ktoś, kto kiedyś potrafił ją kiedyś tylko i wyłącznie wkurzać okazał się być kimś zupełnie innym. Nie było to dla niej typowe, nie zmieniała opinii tak szybko, ale jeśli chodziło o niego - to wszystko działo się samoistnie. Nie potrafiła oprzeć się temu urokowi, zakochała się w nim w te kilkanaście dni, które razem spędzili i trochę ją to przerażało, bo przecież wiedziała, że w tej historii nie przewidziano pozytywnych zakończeń.

- Muszę Cię przeprosić. - Rzuciła krótko, po czym ruszyła się z miejsca. Nie byłaby sobą, gdyby nie postanowiła tego wyjaśnić, wiedziała, że zachowała się nieodpowiednio. Starała się zlokalizować miejsce, w którym znajdował się Fenwick - na szczęście nie było to takie trudne i nie chodziło tylko o to, że wyróżniał się wzrostem, tym razem to nie było, aż takie wyjątkowe, pośród krewnych Yaxleyów, którzy również górowali nad resztą społeczeństwa. Dobrze, że włożyła mu na szyję ten okropnie różowy krawat, on okazał się być tym dzięki czemu odnalazła go wzrokiem.

Nie tak łatwo lawirowało jej się między ludźmi bez ramienia Benjy'ego o które mogła się oprzeć, żałowała trochę wyboru obuwia, ale musiała sobie jakoś poradzić. Chwilę jej to zajęło, jednak w końcu znalazła się tuż obok. Po co? Sama nie wiedziała, ale chciała to wyjaśnić. Czuła się źle z tym, że nie przemyślała swoich słów - zabawne, zazwyczaj wszystko co padało z jej ust było naprawdę, bardzo dokładnie przeanalizowane, jednak nie tym razem.

- Spanikowałam. - Rzuciła, kiedy stanęła przy mężczyźnie. Czy to był odpowiedni argument? No nie, ale od tego chciała zacząć. - Spanikowałam, ale to nie jest uzasadnieniem. - Nie miała pojęcia, czy faktycznie to w niego uderzyło, nie dawał po sobie tego poznać, ale ona sama źle się z tym czuła więc postanowiła poruszyć ten temat.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#142
25.10.2025, 13:40  ✶  
Nie spodziewałem się takiej reakcji - odejścia od przyjaciółki i jakichkolwiek wyjaśnień. Oparłem się o blat baru, odłożyłem szklankę z wodą i drinka, którego barman postawił przede mną chwilę wcześniej, i dopiero wtedy się do niej zwróciłem. Spojrzałem na nią z ukosa, w jej oczach nie było widać rozbawienia, tylko coś, co przypominało autentyczne zakłopotanie. Nie chciałem, żeby się tłumaczyła, by patrzyła na mnie w ten sposób - z tą mieszaniną poczucia winy i troski, której nie potrafiłem znieść, takie rozmowy zawsze były w jakiś sposób niezręczne, może nawet upokarzające. Chciałem, żeby znów się uśmiechnęła, więc uniosłem brew i złożyłem dłonie na blacie, nachylając się lekko w jej stronę. Wzruszyłem ramionami, tak po prostu, jakby to, co powiedziała przy pannie Avery, kompletnie mnie nie obeszło, jakbym nie słyszał tego drobnego zawahania, które pojawiło się w jej głosie, zanim zdecydowała się nazwać mnie swoim przyjacielem.
- Zdasza się. - Odparłem z takim tonem, jakim mówiło się o potknięciu na nierównej połaci trawnika. Bez pretensji, bez ciężaru, tyle że w środku… No, trochę uwierało. Nie o to, że mnie nazwała przyjacielem, cholera, w gruncie rzeczy tym właśnie byłem, a może i czymś gorszym - kimś pomiędzy, zawieszonym w dziwnym stanie pół-istnienia, między żartem a powstającym przyzwyczajeniem. Skłamałem płynnie, z tym lekkim uśmiechem, który zawsze mi towarzyszył, kiedy chciałem, żeby coś przeszło niezauważone. Z zewnątrz wyglądałem na człowieka, który miał wszystko pod kontrolą, to akurat umiałem, zawód zobowiązywał - nie da się pracować w podobnej branży, jeśli panikujesz na widok cudzego impulsu emocjonalnego. Zresztą… Całe życie było jednym wielkim udawaniem, że nic cię nie rusza.
Nie musiała wiedzieć, że przez ułamek sekundy, gdy wypowiadała „Benjy to mój przyjaciel”, coś we mnie się zatrzymało, ten krawat na szyi nagle za mocno ścisnął, a powietrze między nami zgęstniało. To było śmieszne, irracjonalne - przecież sam jej to zostawiłem, otworzyłem furtkę, a ona tylko przeszła przez nią, robiąc dokładnie to, co zawsze robiła - wybierając wersję bezpieczną, racjonalną, odpowiednią. Tyle że oboje wiedzieliśmy, że nie do końca chodziło o to, bo granica między „żartem” a tym, co zaczynało się dziać naprawdę, dawno się już rozmyła.
- Nie musisz się tłumaczyś. - To było jedyne, co mogłem powiedzieć bez zdradzenia, że coś jednak we mnie drgnęło. - Zlobiłaś to, co w tamtej chwili uznałaś za natulalne. - Dodałem i uśmiechnąłem się lekko, żeby rozbroić napięcie. Prawda była taka, że naturalność to było ostatnie, co nam zostało. Pamiętałem, jak zaczęliśmy to wszystko - od żartów, ironicznych uwag, od niby-flirtu, który miał tylko rozładować napięcie po wszystkim, co się działo wokół. Jakoś z tego żartu, łapania się za słowa, wyrosło coś, czego żadne z nas nie potrafiło nazwać. Ani ja, ani ona, więc może to było sprawiedliwe, że nazwała mnie „przyjacielem”, w końcu to było bezpieczne słowo, bez zobowiązań. Wydawało się to wtedy zabawne, lekkie, dopóki pewnego dnia nie okazało się, że budzę się obok niej, a jedyne, o czym myślę, to że nie chcę wracać do tamtego stanu sprzed. Tylko że to były rzeczy, o których się nie mówiło - nie między nami.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Czarodziej
Some legends are told
Some turn to dust or to gold
But you will remember me
Remember me for centuries
wiek
43
sława
V
krew
czysta
genetyka
aurowidz
zawód
Zastępca szefa OMSHM-u
Wysoki (191 cm), szczupły i zawsze zadbany brunet, który ewidentnie poświęca dużo czasu na to, by wyglądać najlepiej jak tylko się da. Najczęściej stroi się w wysokiej jakości szaty, garnitury i koszule. Niemal zawsze uśmiechnięty.

Jonathan Selwyn
#143
25.10.2025, 15:17  ✶  
Jonathan oczywiście nie uspokoił się wizją rozglądania się za czarnoksiężnikami I złośliwymi duchami w lesie, głównie z tego prostego powodu, że jeśli Charlotte chciała ich szukać to znaczyło, że coś było na rzeczy.

Z drugiej strony nikt inny nie czuł smrodu. Ale to przecież była Charlotte. Charlotte nie miała w zwyczaju nabawiać się obłędu.

Z drugiej strony ostatnie wydarzenia były traumatyczne, a ona pracowała w Departamencie Tajemnic.

Ale to była Charlotte. Charlotte której zapewnie przy urodzeniu mózg, przemienił się z ludzkich tkanek w jakąś niespotykaną dla magiuzdrowicieli zakrawającą o czarną magię formę. Lottie nie mogła oszaleć. Coś musiało się dziać.
– Świetnie. W takim razie idę z tobą – powiedział, jakby właśnie oznajmiła mu, że chce po prostu rozprostować nogi.– Przyda mi się spacer. Byle tylko wrócić na tort, czyż nie? – Zniżył nieco głos. – Słyszałaś coś? Widziałaś? Jesteś pewna, że nie śmierdział jeden z gości?
Rozejrzał się po zgromadzonych. A może po prostu jakiś pijany wujek postanowić zabawić sie w nekromantę wiewiórek i stąd ten zapach?

Zapach, który czuła tylko Charlotte.
I wtedy podszedł Anthony, a umysł Jonathana... Przeżył kilkanaście emocji na raz.
W pierwszej chwili, już miał szczerze odpowiedzieć, że to doskonale, że siedzą razem i z miłą chęcią pozna jego siostrzeńców i ponownie porozmawia z jego siostrą, kiedy... Czy to na pewno była doskonała wiadomość? Czy Anthony aby na pewno chciałbym siedzieć z nimi na weselu? Niby rozmawiali, ale... Może Shafiq w ten sposób dawał mu delikatnie do zrozumienia, że Jonathan w jakiś sposób powinien dyskretnie ś zaradzić takiemu układowi siedzień? A może nie? Szybko zeszło to zresztą na drugi plan, bo Anthony zadał twarzą to pytanie i...

Nie powinien mu mówić. Charlotte zapewne by tego nie chciała. Jego własna selwynowska duma tego nie chciała, bo skoro Shafiq miał taki problem z tym że nie powiedział mu o Zakonie, to niech teraz nie słucha o potencjalnych czarnoksiężnikami w lasach. I niech cierpi, że Jonathan i tak będzie się o niego martwić. Dobrze mu tak. Ale... Jednak... Jeśli rzeczywiście coś się działo, to Anthony powinien o tym wiedzieć.
No i Jonathan chyba już i tak patrzył się na niego za długo, aby było to mało podejrzane.
– Idziemy do lasu – powiedział szeptem, zgarniając pod ramię ramię Charlotte, aby wyraźnie zaznaczyć kto do tego lasu idzie. – Charlotte obawia się, że może być tam jakiś czarnoksiężnik. Baw się dobrze, ale proszę bądź czujny. Myślę, że jeśli nie wrócimy za... Godzinę? Czterdzieści minut możesz poprosić kogoś aby nas szukał.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#144
25.10.2025, 17:57  ✶  
Cokolwiek by nie mówić, oficjalna część uroczystości dobiegła końca. Teraz nareszcie mogli odhaczyć wszystkie formalności i przejść do przyjemniejszej części wieczoru. Oby również tak udanej, bowiem tak jak to powiedział Sebastian, dotychczas wszystko przebiegało wyjątkowo gładko.
Goście zachowali się przyzwoicie (chyba? po prawdzie, Roise nie za bardzo zwracał na nich uwagę, ale...), nikt nie miał odwagi (albo powodu, chociaż...), by zaprotestować przeciwko ich unii, a pogoda rzeczywiście dopisywała im bardziej niż w ostatnich dniach. Ambroise mógł więc uznać, że Matka, los albo zwykły przypadek były po ich stronie.
Niemniej jednak słuchając jak kapłan rozpływa się nad zamówieniem złożonym w ich imieniu, świeżo upieczony mąż musiał dosyć mocno powstrzymywać się przed tym, żeby nie przewrócić oczami. Gdyby o sukcesie tej ceremonii decydowały modlitwy, zapewne w ogóle by tu nie siedzieli. Nie byli w końcu zbyt pobożni. Żadne ze wspomnianej czwórki, przynajmniej takie odnosił wrażenie, nie za bardzo będąc w stanie wyobrazić sobie Millie Moody w pierwszym rzędzie kowenowych ławek, nawet jeśli nigdy nie wnikał w to, w co wierzyła przyjaciółka Riny. Najważniejsze, że sprawiała wrażenie, jakby odpowiedź mogła brzmieć: w siebie. A poczucie własnej wartości było istotne, nieprawdaż?
Przesunął wzrokiem po dokumentach, które Sebastian rozłożył na stole. Skinął głową, przejął papiery i przyjrzał się im z uwagą.
- Doceniamy zaproszenie - odparł wreszcie po krótkiej pauzie.
W istocie wiedział, że się tam nie pojawią. Nie w przyszłym tygodniu, nie w Samhain, nie w żadną listopadową niedzielę. Nie zamierzał spędzać wieczorów wśród wyznawców Matki, udając kontemplację. Miał lepsze zajęcia do roboty. Nawet cierpiąc na chroniczną bezsenność, nie był aż tak zdesperowany, żeby kiedykolwiek rozpatrywać zabijanie czasu w jakiejś kaplicy. Ale nie musiał mówić tego na głos, czyż nie?
- Z przyjemnością przyjrzymy się temu bliżej, kiedy tylko uporamy się z resztą obowiązków - w wypowiedzi Greengrassa wybrzmiało coś na kształt obietnicy, choć w istocie nie zamierzał żadnej składać. - Dziękujemy, naprawdę. To dla nas zaszczyt - dodał tonem człowieka, który potrafił powiedzieć wszystko, jednocześnie nie mówiąc nic.
Nie powiedział tak. Nie powiedział nie. Z wprawą godną kogoś, kto niejednokrotnie balansował na granicy dyplomacji i, ekhem, perfidnego kłamstwa, złożył obietnicę, która nie zobowiązywała nikogo do niczego a mimo to brzmiała jak zapewnienie. Po prostu starał się zbyć Macmillana w taki sposób, aby w ich rozmowie nie było miejsca na dalsze dywagacje o duchowych zobowiązaniach.
W międzyczasie podpisał dokumenty. Jego pismo było odrobinę niestaranne, ewidentnie nad wyraz lekarskie, ale przynajmniej szybkie. Nie chciał zatrzymywać się na formalnościach dłużej niż to było całkowicie konieczne. Geraldine wyraźnie przyjęła dokładnie tę samą strategię. Tak, byli w tym wyjątkowo zgodni.
A potem do namiotu wparował Gerard, przejmując na siebie znaczną część uwagi kapłana. Roise lubił teścia, nawet przed laty, gdy tylko dla niego pracował, jednak jeszcze nigdy nie był mu aż tak wdzięczny. Nawet, jeśli nie powiedział tego na głos, zamiast tego przenosząc wzrok na małżonkę. Spojrzenie, które jej posłał było krótkie, ale pełne znaczenia. Czegoś między mamy to za sobą a chodźmy stąd, zanim wymyśli coś jeszcze.
A więc wyszli. Wymknęli się niczym małe stadko uczniaków, zapewne tylko w ich własnych oczach robiąc to w dosyć dyskretny sposób. Najważniejsze jednak, że udało im się wyjść cało z potrzasku, czyż nie?
Słysząc słowa świadkowej, Ambroise prychnął śmiechem szybciej niż zdołał stłumić w sobie tę dosyć impulsywną reakcję. Odwrócił głowę, niby to kaszląc w pięść, byleby tylko ukryć rozbawienie, ale ramiona drgnęły mu lekko, zdradzając faktyczny stan rzeczy. Millie go zaskoczyła, musiał jej to przyznać. Może już znali się przez pewien czas, ale ewidentnie nadal nie do końca wiedział, czego powinien się po niej spodziewać.
- Na szczęście - odrzekł półgłosem, spoglądając w tył na namiot i nie przerywając marszu w stronę serca przyjęcia - nie musimy nikomu niczego udowadniać aż tak dosłownie - kątem oka spojrzał na Geraldine a w kącikach jego ust zatańczył ten drobny, odrobinę ironiczny uśmiech, który pojawiał się zawsze, gdy Roise próbował zbyć coś żartem, choć w głębi duszy naprawdę chciał ponownie parsknąć i przewrócić oczami.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#145
25.10.2025, 20:27  ✶  

Czuła, że powinna coś z tym zrobić, dlatego podjęła dość szybką decyzję, przeprosiła Avery, sama zaś wyruszyła na poszukiwania swojego partnera. Chciała to wyjaśnić, po krótkiej rozmowie ze sobą w swojej głowie wydało jej się bowiem, iż mogła to zrobić inaczej. Nie była szczególnie dobra w spontanicznym reagowaniu. Odruchowo wybrała najbardziej bezpieczną wersję, jakby wiedziała, że później łatwiej będzie jej się wytłumaczyć dlaczego zniknął z jej życia. Nikt nie wypytywał o przyjaciół, inaczej działo się z chłopakami, narzeczonymi, czy partnerami. Miała w tym pewne doświadczenie, które najwyraźniej nadal gdzieś tam w niej tkwiło. Był to pierwszy raz, gdy pozwoliła się komukolwiek zbliżyć do siebie aż tak odkąd jej narzeczony umarł. Było to coś zupełnie nowego, innego, a przecież już wiedziała, że był to związek z datą przydatności, może jeszcze jej nie określili, ale mieli świadomość, że nie miało to trwać wiecznie, nawet jeśli chciałaby żeby tak było. Jasno to sobie wyjaśnili na samym początku, niby wiedziała, czego powinna się spodziewać, jednak im bardziej w to brnęła tym bardziej się bała, że to zakończenie, chociaż przewidywalne to mocno ją przygniecie.

- Nie powinno się zdarzyć. - Nie chciała umniejszać temu, co ich łączyło, ale jednak czuła, że to zrobiła. Nie był to odpowiedni moment na takie rozmowy, zresztą powinna była się przygotować na podobne pytania, ale nie pomyślała o tym. Nie do końca była z tego powodu zadowolona, miała do siebie żal, bo była przecież zazwyczaj gotowa na każdą możliwość. Ostatnio jednak straciła czujność i pozwoliła sobie na to, żeby spróbować być inną wersją siebie, widać nie zawsze wychodziło to na dobre.

- Nie muszę, ale chcę. - Niby nie widać było po nim, aby jakoś szczególnie się tym przejął, tak, czy siak chciała pokazać mu, że wyłapała iż było to nieprzemyślane, nie bez powodu sama zaczęła analizować swoje słowa, ale ona już tak miała. Myślała, bardzo dużo, o wszystkim.

- Nie było to do końca słuszne, i szczere. - Czy więc tak naprawdę naturalne? Wybrała bezpieczną opcję, która miała w przyszłości nie przynieść dodatkowych pytań, chociaż pewnie i tak się pojawią. Nie wydawało jej się bowiem, że łatwo przyjdzie jej się pogodzić z momentem, w którym ich drogi się rozejdą, okropnie łatwo było bowiem przywyknąć do tego, że ktoś jest obok, tym bardziej, że od lat nie dopuszczała do siebie nikogo. Benjy był wyjątkiem, mimo tego, że wiedziała iż są skazani na porażkę, to zdecydowała się w to zaangażować. Niby było to kilkanaście dni, jednak bardzo lekko przyszło jej się odnaleźć w tej nowej rzeczywistości, w której znajdował się obok. Czy tego chciała, czy nie, zajął specjalne miejsce w jej życiu, a świadomość, że niedługo może z niego zniknąć była dość mocno przytłaczająca, chociaż starała się o tym nie myśleć. Mieli cieszyć się przecież tym wspólnym czasem, wykorzystać go jak najlepiej, ale gdzieś z tyłu głowy istniała ta świadomość, że było to tylko chwilowe i nadejdzie ten moment, gdy wszystko wróci do normy, gdy znowu będzie sama. Nie było to przyjemną myślą.

Mimo tego, że się do niej uśmiechnął nie zrobiło jej się lżej, nadal czuła nad sobą ciężar tych słów, które zostały przez nią wypowiedziane, lepiej byłoby, aby do tego nie wracali, nie teraz, jednak chciała mu nieco bardziej wyjaśnić z czego to wynikało, będzie musiała wrócić do tego później, nie chciała, aby pojawiły się między nimi niedopowiedzenia.

Skoro znajdowali się jednak z dala od stołów, pozwoliła sobie sięgnąć do torebki, aby wyciągnąć z niej papierośnicę, w której miała idealnie ułożone papierosy, sięgnęła po jednego z nich i wsadziła go sobie do ust. Nieco zdenerwowała ją ta sytuacja, właściwie trochę wkurzyła się na siebie, a to była chyba najłatwiejsza metoda jaką znała na to by przestała o tym myśleć.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#146
25.10.2025, 21:37  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.10.2025, 21:38 przez Benjy Fenwick.)  
Z początku tylko przyglądałem się jej w milczeniu, kiedy sięgnęła do torebki. Wiedziałem, że w środku znajdzie się coś, co zajmie jej dłonie, da im pretekst, żeby nie musiały drżeć. Papieros, oczywiście - zawsze był doskonałym sposobem na uporządkowanie myśli, ukrycie emocji w chmurze dymu. Uśmiechnąłem się nieznacznie na widok uporządkowanej, eleganckiej papierośnicy z niemal pedantycznie ułożonymi szlifami.
- Nie powinnaś się złościć na siebie za kilka słów. - Powiedziałem spokojnie, może nawet zbyt spokojnie, taki ton był jak zbroja, którą zakładałem z automatu. - Zwłaszcza, jeśli i tak jusz się stało.
Przyglądałem się, jak przytrzymywała papierosa między palcami. Różowy krawat, który mi wybrała, wyglądał w tej chwili absurdalnie w kontraście do mojego nastroju. Sięgnąłem po zapalniczkę i odpaliłem jej papierosa, zanim zdążyła to zrobić sama. Ciepłe światło płomienia odbiło się w jej oczach i przez chwilę miałem wrażenie, że znowu jestem tam, w jednym z tych miejsc, gdzie noce bywały zupełnie inne, znacznie cieplejsze, ale w tym głębszym, bardziej metafizycznym sensie.
- Nie powinno się zdaszyś. - Powtórzyłem za nią, cicho, ale wyjątkowo dźwięcznie. - A jednak się zdaszyło. - Mój ton był lekki, niemal żartobliwy, ale między słowami kryło się coś innego - coś, czego sam nie potrafiłem nazwać. Sam nie wiedziałem, czy mówiłem o jej słowach, czy o nas, i nie do końca chciałem dopytywać, czy podobna myśl pojawiła się również w jej głowie. Przesunąłem palcem po blacie, kreśląc niewidzialny wzór. Nie lubiłem takich rozmów, które nie miały rozwiązania, prowokując tylko ciche, zastępcze „No, dobrze, to już wszystko jasne.” Bo było jasne - tak? To było tylko chwilowe porozumienie dwóch ludzi, którzy znaleźli się w tym samym czasie, w tym samym miejscu, i każde z nas pewnego dnia miało pójść w swoją stronę. Przecież ustaliliśmy wszystko na początku - miało być prosto, lekko, bez żadnych zbędnych deklaracji, a jednak kiedy wypowiedziała tamto „przyjaciel”, coś mi się ścisnęło w środku. Nie chciałem jednakże, żeby czuła się winna. Właściwie to sam nie wiedziałem, czemu to w ogóle miało dla mnie takie znaczenie.
- Wiesz. „Pszyjaciel” to nie najgolsze słowo. Zawsze mogło być goszej. Mogłaś powiedzieś, sze jesteś tu s kolegą blata. - Odezwałem się, byle coś powiedzieć, uniosłem wzrok, pozwalając sobie na kolejny cień uśmiechu.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#147
25.10.2025, 22:26  ✶  

Nie zdążyła sięgnąć po zapalniczkę, Benjy ją uprzedził, odpalił jej papierosa, podziękowała mu za to skinięciem głowy. Zaciągnęła się dymem, powoli, przymknęła na moment oczy, dym przyjemnie drapał ją w gardle, przyniósł to czego oczekiwała  - chwilowe uspokojenie. Nie był to może szczególnie zdrowy nawyk, ale działał, w tej chwili to było najbardziej istotne. Przyniósł jej to, czego oczekiwała, chociaż nadal jakoś samoistnie wracała do sytuacji sprzed momentu. To był jej problem, nie potrafiła sobie łatwo odpuszczać, nie kiedy czuła, że zachowała się nieodpowiednio.

- Powinnam, w końcu słowa są narzędziem, które z pozoru wydaje się mało szkodliwe, jednak to one potrafią docierać najgłębiej. - Co najgorsze, zdawała sobie z tego sprawę, potrafiła wracać do zdań, które usłyszała kilkanaście lat temu, niektóre z nich tak bardzo zapadały w pamięć. Czasem wypowiedziane przez zupełnie obce osoby, a nadal się nad nimi zastanawiała. Powinna brać odpowiedzialność za słowa, które opuszczały jej usta, właśnie dlatego zazwyczaj raczej stała gdzieś z boku, długo obserwowała nim pozwalała sobie na rzucanie opinii.

Zdarzyło się, i chyba docierało do niej dlaczego tak się stało. To było gorsze, bo niby wszystko co się między nimi działo było klarowne, a jednak powoli za bardzo się w tym zatracała. Słowa, które z siebie wypluła były odruchem obronnym, nie chciała chyba podkreślać tego, że jej zależało, być może za bardzo, bo przecież nie mogła do tego dopuścić. Wiedziała, że strata może w nią mocno uderzyć, a i tak brnęła w to dalej, nie potrafiła przestać, nie sądziła zresztą, że miała na tyle silną wolę. Nie, jeśli chodziło o niego.

- Nie jest to szczególnie pocieszające, Benjy. - Jasne, tak jak stwierdził zawsze mogło być gorzej, ale ona jednak wolała sięgać po to co najlepsze. Powinien o tym wiedzieć, ba - na pewno wiedział, czuła, że próbuje po prostu nieco zmienić jej tor myślenia.

Czuła jednak, że to jedno nieprzemyślane słowo niosło ze sobą większy ciężar niż się mogło wydawać, chyba przypomniało im o tym, w jakiej sytuacji się znajdowali, że to nie miało trwać wiecznie, nawet jeśli było im ze sobą wyjątkowo dobrze. Kiedyś pewnie będą musieli do tego wrócić.

- Zresztą to jest chyba całkiem jasne, że tytuł kolegi brata już dawno Cię nie dotyczy. - Kiedy był kolegą jej brata przy okazji w jej myślach miał również miano wielkiego dupka, którego wolała unikać, a teraz ceniła sobie jego obecność, a nawet nie do końca umiała sobie wyobrazić to, że miałby zniknąć, chociaż to było nieuniknione.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#148
25.10.2025, 23:01  ✶  
Nie wyglądała na przekonaną, więc wzruszyłem ramionami, jakbym naprawdę nie przywiązywał do tego wagi, a przecież coś we mnie drgnęło, nie żal, nie złość, raczej to niebezpieczne uczucie, którego nie powinienem był czuć. To, które mówiło, że gdy to się skończy, a przecież miało się skończyć, na dłuższy czas będzie po mnie. Wziąłem głębszy oddech, by to zignorować, nachylając się, by zapalić jej papieros. Płomień mignął między nami. Krótkie, ciepłe światło rozświetliło twarz Prudence. Skinęła głową, a ja odłożyłem zapalniczkę na blat, obserwując, jak zaciąga się spokojnie. Dym otulił ją jak mgła, a ja przez chwilę miałem wrażenie, że znowu patrzę na kogoś, kto zaraz zniknie, jak wspomnienie, które jeszcze nie wiedziało, że jest wspomnieniem. A może wręcz przeciwnie - wiedziała, oboje wiedzieliśmy, i w tym był nasz problem?
- No, dobsze. - Powiedziałem po chwili. - Powiedzmy, sze słowa zostawiają ślady. I? - Zerknąłem w jej stronę z lekko przekrzywioną głową. Uśmiechnąłem się z tym klasycznym „nic się nie stało” pod postacią odrobinę krzywego uśmiechu - maski, która potrafiła przykryć wszystko. - Co w zwiąsku s tym? - Wzruszyłem ramionami, jakbym nie do końca kupował tę teorię, chociaż może dlatego, że wiedziałem, jak bardzo miała rację. To właśnie było w niej najgorsze - nawet kiedy chciało się z nią nie zgadzać, człowiek kończył z przekonaniem, że to on bredził. - Słowa są tylko słowami, Sunny, nie wszystko, co mówimy, musi byś manifestem. - Uniosłem brew, spoglądając na nią z ukosa, wiedziałem, że zabrzmiało to chłodno, może zbyt chłodno, ale właśnie tego potrzebowałem - dystansu. Nie rozmowy, nie analizowania, nie rozbierania uczuć na części pierwsze. Ona była w tym dobra, aż za dobra, a ja... Ja byłem zmęczony własnym myśleniem.
Zamilkłem, pozwalając jej mówić dalej. Słuchałem, ale nie przerywałem, bo wiedziałem, że jeśli teraz coś powiem, zrobimy z tego rozmowę o nas, na cudzym weselu - a tego właśnie chciałem uniknąć. Nie potrzebowałem wychowawczych dyskusji o uczuciach, o tym, jak się czuję, co myślę i co z tego wynika. Nie byłem stworzony do tego typu rozmów - nigdy nie byłem.
Uśmiechnąłem się krzywo, kiedy powiedziała, że to nie było pocieszające. Oczywiście, że nie było, nie miałem w sobie nic z tych, którzy potrafili pocieszać. Nie po tylu latach w świecie, w którym każdy dzień mógł być ostatni, zresztą, chyba nigdy nie miałem w sobie tej miękkości.
- Nie kaszdy jest ulodzonym optymistą. - Odparłem spokojnie, unosząc brew. - Ale jakbyś mnie poznała tlochę wcześniej, powiedziałabyś, sze to i tak postęp. Cud, sze zajęło to tylko piętnaście lat. - Nie patrzyłem na nią, kiedy to mówiłem, bo wiedziałem, że gdybym to zrobił, wszystko, co przed chwilą z trudem od siebie odepchnąłem, wróciłoby z podwójną siłą - fakt, że, w istocie, przecież mnie wtedy znała, po prostu nie poznała, stąd tamta łatka wkurwiającego przyjaciela brata. Oparłem się wygodniej o blat, stukając knykciem w drewno, dźwięk był twardy, przyziemny, doskonale zwyczajny - dokładnie taki, jakiego potrzebowałem, żeby wrócić na ziemię.
- A ta twoja dluga pszyjaciółka... - Rzuciłem od niechcenia, przenosząc wzrok w stronę stołów, odchrząknąłem, opierając łokcie o bar. Zmienianie tematu zawsze wychodziło mi dobrze. Może nawet za dobrze. - Hm… - Nachyliłem się lekko, przesuwając spojrzeniem w kierunku stolika, który opuściliśmy przed chwilą, jakbym naprawdę był ciekaw. - Co lobi? I skąd ją znasz? - Wolałem, by mówiła o ich relacji, o kimkolwiek innym, byle nie o tym, co padło wcześniej. Wolałem słuchać o cudzych historiach niż o naszej.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#149
25.10.2025, 23:36  ✶  

Miała już szansę poznać jego odruchy obronne, co wcale niczego jej nie ułatwiało. Nie do końca jeszcze potrafiła wyczuć kiedy faktycznie miał coś gdzieś, a kiedy próbował zakładać na siebie tę maskę obojętności. Był cholernie trudnym przypadkiem, którego jeszcze nie miała szansy do końca rozgryźć, co czasem ją irytowało, bo raczej nie miewała z tym problemów.

Strzepnęła popiół z ćmika, a po chwili ponownie zbliżyła go do ust, by po raz kolejny wpuścić do płuc kolejną dawkę dymu. Przygryzła filtr, zupełnie przypadkiem, chyba jednak fajka nie przyniosła jej takiego spokoju jakiego oczekiwała. Być może chodziło jednak o rozmowę, którą powinni odbyć, jednak nie teraz, nie w tym miejscu. Zupełnie przypadkowo to sobie uświadomiła, drażniło ją to, nie znosiła takich niedopowiedzeń, wydawało jej się, że jeszcze kilka słów powinno paść, jeśli chodziło o ten temat. W sumie nawet go nie zaczęli, a miała wrażenie, że wisi gdzieś za nimi niczym cień, który tylko czeka, aż będzie mógł się wyłonić.

- To, że warto po nie sięgać świadomie, i nie rzucać ich bez przemyślenia. - To było bardzo proste. Tym razem jednak tego nie zrobiła, nie przeanalizowała tego, co chciała powiedzieć, tylko to zrobiła. Za co właśnie próbowała go przeprosić. Niby nie było to nic wielkiego, prawda? Nawet jeśli byli parą mogli się ze sobą przyjaźnić, ale nadal wydawało jej się, że niecelowo umniejszyła ich znajomości, która zdecydowanie była głębsza od tego o czym wspomniała. Być może właśnie w tym był problem. Obawiała się tego, co będzie później, co stanie się, kiedy wróci do swojego normalnego życia, zostanie tylko przyjacielem wysyłającym jej pocztówki z miejsc, w których akurat będzie przebywał. Bardzo nie chciała, aby to skończyło się w ten sposób, ale przecież nie mogła nic z tym zrobić, nie mogła go zmienić, nie zamierzała nawet próbować, bo jeśli faktycznie chciałby, aby to wyglądało inaczej, to wiedział, gdzie jej szukać. Ona stąd nie zniknie, będzie czekać.

- Nie musi być to prawda, ale warto ponosić odpowiedzialność za to, co mówimy. - Zazwyczaj tak właśnie miała, nie mówiła niczego bez zastanowienia, bo nie chciała wychodzić na osobę, która rzucała słowa na wiatr, w tym przypadku jednak poległa i było jej za to zwyczajnie głupio, przez to się tutaj przed nim znalazła, chociaż aktualnie wydawało jej się, że to był tylko pretekst do tego, aby kiedyś poruszyć to, co nie zostało wypowiedziane.

Musiała jakoś odwrócić od tego swoją uwagę, bo nie chciała doprowadzać do tej konwersacji w tym miejscu, powinni cieszyć się szczęściem innych, a nie przejmować dalszym losem ich znajomości, tyle, że to wcale nie było takie proste. Zapiekła ją warga, co przypomniało Prue o tym, że odruchowo co chwilę zbliżała do swoich ust papierosa, którego zdecydowanie powinna już zgasić, bo filtr zrobił się ciepły. Dostrzegła na blacie popielniczkę, w której zgasiła niedopałek.

- No co Ty nie powiesz. - Akurat z tego zdawała sobie sprawę, przecież w końcu udało im się już ustalić to, że ona raczej należała do czarnowidzów, jednak w tej sytuacji wolałaby szukać czegoś dobrego, niż skupiać się na tym, że mogło być gorzej.

- Żałuję, że nie było nam dane wtedy się poznać. - Odparła zupełnie szczerze, bo od samego początku traktowała go jak największe zło całego świata, a przecież okazało się, że to nie było prawdą. Miała szansę poznać go bliżej dopiero ostatnio, i podobało jej się to, co widziała. Kto wie, jak mogłoby to wszystko wyglądać, gdyby wtedy nie była taka zawzięta w swojej nienawiści, która wynikała z... sama nie wiedziała z czego.

- Jak rozumiem Ty masz miano mojego pierwszego przyjaciela? - Hierarchia była istotna, prawda? Nie umknęło jej to, że znowu do tego wrócił, chociaż może zupełnie nieświadomie.

- Jest kustoszką w galerii sztuki. - Skoro pytał, to mu odpowiedziała. Tak, czuła, że zmiana tematu może im wyjść na dobre, chociaż wolałaby porozmawiać o tym, co faktycznie zaczynało się w nich zbierać. - Pomogłam jej kiedyś jak zasłabła na ulicy, i jakoś tak wyszło, że się zaprzyjaźniłyśmy. - Co było całkiem dziwne, zważając na różne zainteresowania, sporą różnicę wieku, ale jednak przyjaźń nie wybierała, prawda? Grunt to jakoś odnaleźć wspólny język.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#150
26.10.2025, 01:15  ✶  
Przez chwilę nie mówiłem nic. Zamiast tego upiłem łyk ze szklanki przede mną, dopiero teraz orientując się, że powinienem przysunąć do niej jej wodę, pozwalając, by szkło stuknęło cicho o blat. Nie potrzebowałem rozmów o uczuciach, nigdy nie byłem w tym dobry, kiedy ludzie zaczynali się tłumaczyć z emocji, czułem się, jakbym znowu stał w ciasnej chacie na drugim końcu świata i słuchał, jak ktoś próbuje zakląć smutek i desperację w coś logicznego. Z doświadczenia już wiedziałem - nigdy nie działało.
- Czasem nie ma co waszyś słów, Sun, a czasem po plostu nie ma na to czasu. Gdybyś milczała, zamiast odpowiedzieś, czy byłoby lepiej? - Odparłem w końcu spokojnie, obracając zapalniczkę między palcami, zanim ją odłożyłem. Wiedziałem, że to nie do końca to, co chciała usłyszeć, ale nie potrafiłem inaczej. Nie wiedziałem, czy to, co powiedziałem zabrzmiało mądrze, czy po prostu wymijająco, wolałem nie myśleć o tym zbyt głęboko. Prue, za to, potrafiła mówić tak, że każde zdanie brzmiało, jakbyśmy potrzebowali analizować własne decyzje pod mikroskopem. Ja… Ja byłem raczej z tych ludzi, którzy ten mikroskop rozbijali o ścianę i mówili, że świat wyglądał wystarczająco wyraźnie bez szkła powiększającego. To jedno słowo, które jej się wymknęło, może i mnie ukłuło, ale nie na tyle, żebym chciał się nad nim rozwodzić. Nie byłem typem, który rozmawiał o tym, co czuje - może dlatego, że większość rzeczy, które kiedyś czułem, trzeba było zakopać głęboko i już nie ruszać.
Nie zaprzeczyłem ani nie potwierdziłem słów o odpowiedzialności. Wzruszyłem tylko ramionami, tak jak zawsze, gdy nie chciałem, żeby ktoś zbyt głęboko zajrzał pod powierzchnię. Prue, zresztą, na pewno zdążyła już to zauważyć, była spostrzegawcza. Wiedziała, że kiedy milknąłem i pozwałem jej mówić, to nie oznaczało wcale, że nie słucham. Tym razem też słuchałem.
Patrzyłem, jak strzepywała popiół, nerwowo przygryzała filtr, jak odruchowo co chwilę wracała do papierosa - to było aż zbyt znajome. Uśmiechnąłem się ledwie zauważalnie. Przez chwilę pomyślałem, że wyglądaliśmy jak ludzie, którzy wpadli tu tylko po to, żeby na chwilę zapomnieć, że jutro znowu wracają do swojego życia - zresztą, może nie mieliśmy tego zrobić dosłownie jutro, chyba nie, ale poniekąd właśnie tak było. Udawaliśmy normalnych.
- Czasem ludzie muszą tlochę dostaś po głowie, szeby w ogóle móc ze sobą losmawiaś. - Przyznałem bez złośliwości. - Więc mose dobsze, sze świat poczekał, asz oboje tlochę… Złagodniejemy. - Nie powiedziałem „dorośniemy”, bo żadne z nas nigdy nie miało czasu na takie luksusy, jak długie dzieciństwo. Nie spojrzałem na nią od razu, zresztą, dopiero po chwili, kiedy zrozumiałem, że za bardzo odsłoniłem prawdziwą myśl, uniosłem wzrok i znów przybrałem ten półuśmiech - spokojny, trochę ironiczny.
- Nie udawaj zdziwionej, mimo wszystko, znasz mnie na tyle, zawsze muszę byś na samym szczycie podium. - Oparłem się łokciem o blat, uśmiechając się pod nosem, i pozwoliłem, by temat sam się rozluźnił. Nie chciałem wracać do tamtych słów, do wszystkiego, co padło i tego, co nie - to nie był wieczór na szczerość. Wokół nas brzmiała muzyka, ktoś się śmiał, kelner dzwonił kieliszkami o tacę, nie było sensu psuć tej iluzji, której udawało się nam jeszcze trzymać. Zaraz musieliśmy wrócić do stołu. Kiedy wspomniała o profesji Astorii, kiwnąłem głową, wdzięczny za podłapanie zmiany kierunku rozmowy.
- Wiesz, zawsze mnie fascynowali tacy ludzie. Potlafią gosinami gadaś o oblazach, kololach, wymowie całości. - Uśmiechnąłem się krzywo. - Ja zawsze widziałem po plostu ścianę, na któlej coś wisi, nie zawsze nawet za ładne. - Przyznałem. Łatwiej było rozmawiać o jej znajomych niż o tym, że właśnie próbowała się usprawiedliwić za jedno niefortunne słowo.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (7393), Ambroise Greengrass-Yaxley (6231), Anthony Ian Borgin (2091), Anthony Shafiq (2125), Astoria Avery (2550), Atreus Bulstrode (3809), Basilius Prewett (459), Benjy Fenwick (19354), Brenna Longbottom (4921), Charlotte Kelly (1666), Cliodna (4913), Cornelius Lestrange (6240), Elias Bletchley (1503), Geraldine Greengrass-Yaxley (4490), Helloise Rowle (5688), Icarus Prewett (407), Jacqueline Greengrass (1243), Jonathan Selwyn (1578), Millie Moody (3157), Mona Rowle (321), Morpheus Longbottom (1017), Nora Figg (1721), Pan Losu (331), Paracelsus (4094), Primrose Lestrange (597), Prudence Fenwick (16828), Roselyn Greengrass (1608), Sebastian Macmillan (4319), Ursula Lestrange (5498), Vakel Dolohov (1490)


Strony (21): « Wstecz 1 … 13 14 15 16 17 … 21 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa