Oboje z Lyssą operowali w wadzie piórkowej, więc mieli wyrównane szanse jeśli chodziło o ewentualne powalania się, przewracania i wytrącania z równowagi. Na całe jednak szczęście, pomimo zaskoczenia kolizji, obydwoje wciąż stali na nogach. Dobrze, bo inaczej pewnie zaraz po sali poniósłby się jej płacz. Wściekły, oczywiście, ale wciąż ubrany w łzy.
Niewidzialna przeszkoda, jaką aktualnie w jej głowie był Prewett, nie wydawała się jednak stanowić jakiegokolwiek zagrożenia. Ba, głos nawet nie pasował do kłopotu jaki wydawał się nieświadomie sprawiać. No właśnie, głos. Laurent mógł nie być w stanie po nim rozpoznać Lyssy, ale dziewczyna pamiętała, bo zapomnieć nie mogła. Wystarczyło parę słów i skonsternowanie, które pchnęło ją na drogę rozpaczliwego poszukiwania cech charakterystycznych w winnym. A że głos tylko teraz słyszała...
- Czy ty nie...? - zaczęła, ale przerwała, bo zapytanie z miejsca czy nie był z Victori na pojedynku, albo czy w ogóle nie nazywał się Laurent Prewett, mogło wydawać się zwyczajnie dziwne. - Widziałam jak te eliksiry robią z ludźmi dziwne rzeczy. Komuś na przykład wyrosły skrzydła. Ktoś inny zmienił się w elfa, jeszcze ktoś całował powietrze... ale może... może to nie było powietrze tylko ktoś niewidzialny, jak tak teraz o tym myślę? - zastanowiła się przez moment, ale zagadka chyba musiała na zawsze pozostać nierozwiązana.
- To tylko bal... ludzie pamiętają tylko to co widzieli... - wzruszyła ramionami. - Chodzi mi o to, że to pewnie zaraz minie, a wtedy nikt cię nie przeoczy - poprawiła się z uśmiechem. Oczywiście grzecznym i nic ponad to. - Może... może się przesuńmy? Żeby nie stać na środku - pociągnęła go pod ścianę. Czuła się w obowiązku nie zostawiać go chyba tylko dlatego, że wiedziała kim jest. No i brzmiał trochę jak ucieleśnienie przysłowiowej osiki czy mimozy, powtarzając za nią niczym papuga. - W każdym razie to nie powinno potrwać długo. Zaraz przejdzie. Chyba.
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.