Nienawidził wszystkiego, co go pętało. Więziło. Budowało to w nim napięcie, którego nie potrafił się pozbyć, nie potrafił o nim zapomnieć. Ono zawsze mu towarzyszyło. Było. Mogło być to najsłodsze i najbardziej kochane więzienie - ale było. Nie był kotem z obrożą, nie można mu było założyć wstążki z dzwoneczkiem. Nigdy nie aspirował do bycia rasowym kotem salonowym wylegującym się na czyichś kolanach. Chciał chodzić własnymi ścieżkami, zwiedzać wszystkie dachy i poznawać najgłębsze uliczki tego parszywego miasta. I wszystkiego, co było wokół. Nie potrzebował wypucowanego dywanu, mógł stąpać po zaszczanych uliczkach Nocturnu. Sauriel potrzebował tylko jednego w swoim życiu - wolności. Nie potrzebował wielkiej miłości, domu i zasadzonego drzewa. Ktoś mógłby się kłócić, że przecież nawiązywanie więzi z ludźmi to już samo w sobie było więzieniem. Nie. Byli ludzie, którzy nie próbowali cię trzymać przy sobie, którzy rozumieli, w czym tkwi twój czar, twoja potrzeba. Że jeśli będziesz próbował przy sobie związać kota to w końcu on ucieknie i już nie wróci. Znajdzie miejsce, gdzie będzie lepiej traktowany i będzie mu się lepiej żyło. Ale co najważniejsze - wróci, nawet gdyby odbywał daleką drogę, jeśli tylko mu na to pozwolisz. Jeśli to nie będzie siła, a prawdziwe przywiązanie, które nie napinało żadnych smyczy. I dlatego tak ubóstwiał Victorię. Nie próbowała mu tłuc do łba prawd życiowych. Pozwalała mu być. I był to najpiękniejszy dar, jaki kiedykolwiek dostał w swoim życiu. Bo ten dar sprawiał, że momentami naprawdę miał wrażenie, jakby żył. I miał do tego życia prawo i mógł robić, co chciał, chodzić, gdzie chciał. Więc automatycznie sam chciał jej dawać więcej. Nawet nie psioczyła na niego przez to wszystko, co się działo przez tę więź. Po prostu to znosiła - zazwyczaj w ciszy. Tak jak znosiła to, że flirtował z innymi panienkami, chociaż potem na własnej skórze się przekonał, jakie to było nieprzyjemne! Bo był zazdrosny, że Victoria oddała komuś czekoladową żabę, którą jej dał. Więc to złamanie więzi nie było stratą relacji. I ta więź nie była do niczego potrzebna. Tworzyła toksyczne napięcie, które doprowadzało Sauriela do szału. Bo kiedy kogoś naprawdę lubisz niepotrzebne były żadne czary i rytuały.
- Zostawiamy? - Błysnął oczami w kierunku Florence, czujnie i uważnie. Jak to - zostawiaMY... to były pieniądze! Wszystkie te pieniądze, których nie wydał na sprowadzenie ich! Ale na pewno były drogie, no szczególnie, że kobieta sama mówiła, żeby oni je zdobyli. - No, kobieta interesu, mówi do rzeczy, a nie... zostawiamy. - Przedrzeźnił trochę Victorię, ale tak sympatycznie, bo ciągle się uśmiechał od ucha do ucha z zadowoleniem. W zasadzie nie miał ni chuja pojęcia, ile to kosztuje, dlatego był wdzięczny, że Bulstrode wiedziała. I że to wyliczyła. Bo by palnął na pewno jakąś głupotę. Odebrał od niej monety. - Polecam się na przyszłość. - Jeszcze brakowało mu tylko do tego pawiego ogona. No co? Ktoś się nie cieszył z takiego zarobku? Przecież się napracował żeby zdobyć te świeczki! Musiał trochę podrażnić kuzyna, upić go... i jeszcze przeżywał, że nie dał się namówić, żeby były w kształcie penisów. Taka strata...
- No? Słyszałaś? Chcę zobaczyć, jak cię uszczypną w pupe. - Wyszczerzył kły w bezczelnym uśmiechu i nie czekał, aż Victoria nabierze powietrza i zaraz go zruga tylko wyszedł przez drzwi prawie jak uciekające dziecko, które pociągnęło koleżankę z klasy za warkoczyk.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.