• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii Lake District [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Energia tego miejsca

[10.08.72] Szaleństwo Windermere. Energia tego miejsca
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#11
24.04.2024, 13:59  ✶  
Chodząc po Ośrodku Windermere i szukając śladów po Owenie Bagshocie lub nieumarłych, nagle zaczyna do ciebie docierać, że nigdzie nie widzisz wydeptanej trawy lub śladów po kamperach (niektórzy mugole przyjeżdżali nimi i zamiast wynajmować domek letniskowy, wynajmowali miejsce, na którym mogli zaparkować).
Mimo połowy sierpnia, trawa jest bujna i zielona. Wygląda tak, jakby od dawna nikt po niej chodził.
Widmo z Biura
The end
Of the sane world of men
Now I question all that I have seen
Is this is a spectre or a dream
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Leon to czarodziej obdarzony przeciętnym wzrostem (179 cm) i przeciętnej budowie ciała. Ciemny brąz włosów tego czarodzieja kontrastuje z jego bladą i zimną skórą oraz niebieskimi tęczówkami. Ubiera się przeważnie w ciemne i stonowane kolory szat czarodzieja, choć często nosi wyłącznie mugolskie ubrania. Na pierwszy rzut oka może sprawiać wrażenie bardzo słabowitego, co ma związek z ciążącą na nim niczym klątwa chorobą genetyczną.

Leon Bletchley
#12
24.04.2024, 23:00  ✶  

To, że jego kuzynka zachichotała na wystosowane przez niego gratulacje, nie uszło jego uwadze. Po powrocie z tego ośrodka powinien kupić dla nowożeńców jakiś ślubny prezent. Widocznie to był jakiś nagły poryw serca, że ta dwójka wyprosiła na jednym z kapłanów szybki ślub. Takie historie nie zdarzały się tylko w romansach, które czytywała jego matka.

— Mam nadzieję, że nie odmówicie przyjęcia prezentu ślubnego. — Poruszony przez niego temat mógł okazać się kolejną bombą rzuconą w stronę towarzystwa. Nie sposób też nie dostrzec tego, że spojrzenie Rosie nieco stwardniało, a ona sama ściągnęła na moment usta. Umniejszenie umiejętnościom kuzynki nie nastąpiło z przejawu czystej złośliwości. Jedyna różnica między nimi była taka, że do przeprowadzania wszelakich egzorcyzmów uprawniała go praca na rzecz Ministerstwa Magii.

— Och, co za fascynująca historia. Dotąd o niej nie słyszałem. Chętnie poświęcę kilka chwil na wysłuchanie twojej opowieści. — Zwrócił się do Alexandra nacechowanym pełnym sceptycyzmu tonem, jakby chciał zakomunikować temu czarodziejowi, że ze wszystkich historii, które się nie wydarzyły, ta nie wydarzyła się najbardziej. Nie umniejszając umiejętnością swojej kuzynki, której tak naprawdę jedynie mógł zarzucić to, że prowadzona przez nią działalność nie funkcjonowała z ramienia Ministerstwa Magii i że odbierała takim egzorcystom jak on pracę. Zaprzeczenie słowom męża jego kuzynki sprawiłoby, że jednak umniejszyłby swojej kuzynce i posiadanym przez nią doświadczeniu jako egzorcystka - nie pozostawało jednak złudzeń, że najlepszych egzorcystów zatrudniało Ministerstwo Magii i że czarodzieje w potrzebie prędzej zwrócą się do władz o rozwiązanie problemu z duchami, niż udadzą się na Nokturn w poszukiwaniu specjalistki - chyba, że mają do ukrycia niecne występki. — Ja potrafię o siebie zadbać, jeśli chodzi o nadprzyrodzone zagrożenie. Wychodzi na to, że będziesz w dobrych rękach. — W tym momencie Leon nie zamierzał prowokować jakiejkolwiek kłótni. Nie zmieniało, że swoje pomyślał. Daleki od przyzwoitego stan zdrowia praktycznie uniemożliwiał mu podejmowanie jakichkolwiek działań opartych o aktywność fizyczną.

— O którym aurowidzu mówimy? — Zapytał Ambrosię. W przypadku aurowidzów dobrze byłoby usłyszeć znajome personalia. Wówczas mógłby samemu przyznać czarownicy rację w kwestii obecności tego aurowidza. Z jednym z nich pozostawał spokrewniony. Obecność Caina okazałaby się przydatna pod tym względem. W chwili obecnej Leon mógł uznać, że sprawa roślin nie wymaga interwencji ze strony czarodziejów. Jak będzie w dalszym etapie przeprowadzanych przez nich poszukiwań to się jeszcze okaże.

— Postawiony przez nas układ okazał się wielce... obiecujący. — Wyraził swoje zdanie za pomocą zręcznie ugrzecznionego eufemizmu zamiast po prostu powiedzieć, że mogą mieć przejebane.

— Jeśli podzielimy się na mniejsze grupki to powinno nam pójść sprawniej. — Zasugerował spoglądając na wszystkich zebranych, chcąc dowiedzieć się co o tym myślą. Leonowi taki plan w większości przypadł do gustu - za wyjątkiem poszukiwania nieumarłych. Powoli podążył w stronę pomostu. Na razie, dopóki nie ustalą tego, czy się rozdzielają, zamierzał się podążać razem z nimi.

— To wygląda jakby w ostatnim czasie tutaj nikogo nie było. — Zauważył wskazując palcem w stronę w zauważonej przez siebie pobliskiej połaci zielonej, bujnej trawy wśród której trudno szukać śladów bytności człowieka.


!4energiawindermere
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#13
24.04.2024, 23:00  ✶  
I znowu krzyki. Tym razem docierają do ciebie zza twoich pleców. Zamiast skupić się na poszukiwaniu Bagshota, dwie kobiety postanowiły wyjaśnić panujące między nimi napięcie i oskarżają się wzajemnie o jakieś zdrady: Jak możesz chcieć donieść na mnie do Cattlemorea?! Jak możesz chcieć odbić mi narzeczonego! Między nimi pulsuje niemal namacalna wściekłość.
Kiedy się odwracasz, widzisz jak przepychając się wpadają z impetem w krzaki przekwitłego bzu. Syczą jak kotki walcząc ze sobą. Pod naporem ich ciał bez łamie się niemal w pół i wtedy jedna z nich wydaje z siebie zupełnie inny dźwięk: zduszony pisk. Obie nieruchomieją a potem gwałtownie próbują wstać i wydostać spod gałęzi.
- Próbowałaś mnie zabić, Karen! – krzyczy jedna z nich. Jej t-shirt ma dziurę po wyjątkowo grubej gałęzi. Zupełnie jakby towarzyszka próbowała przebić jej płuca. Szczęśliwie drewno ominęło ciało.
- To nie ja. To naprawdę nie ja – szepcze druga. – To ten bez. To bez – mamrocze pod nosem, oddalając się pośpiesznie w zupełnie inną stronę niż jej koleżanka.
entropy
What if I fall into the abyss?
What if I swing only just to miss?
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Egzorcystka, medium, wróżbitka
Jest w niej pewna nerwowość, którą widać tak samo w gestach jak i odległym spojrzeniu zielonych oczu, pod którymi rozsiane zostały konstelacje piegów. Blond włosy ma zawsze ścięte przed ramiona. Jej drobną, niewielką (160cm) sylwetkę otacza zwykle ciężki zapach kadzideł, który wydaje się wżerać w każdy skrawek jej ciała i noszonych przez nią materiałów, ale kiedy komuś dane jest znaleźć się dostatecznie blisko, spod spodu przebija się pewna o wiele lżejsza nuta, przywodząca na myśl letnią noc, podczas której z łatwością można policzyć na niebie wszystkie gwiazdy.

Ambrosia McKinnon
#14
25.04.2024, 02:30  ✶  
Ani przez moment nie zastanawiała się, co nią właściwie powodowało, kiedy znajdowali się w tym miejscu. Kochała go - to było dla niej pewne od zawsze, ale jednocześnie wiedziała, jak jej zachowanie w stosunku do niego zmieniało się przez lata. Jej dłonie na jego ramieniu, jej rozluźniona, mimowolnie przylegająca do niego sylwetka, wydawały się jednak w tym momencie jak najbardziej właściwe. Co więcej, za bardzo przypominało jej to momenty, kiedy faktycznie byli szczęśliwi, a to z kolei skutecznie odciągało ją od właściwego zastanowienia się nad słowami, którymi podzielił się z nimi Morpheus.

Jego przechwałka z nią w roli głównej, oczywiście była bzdurna, ale zamiast skrzywić się z rozbawionym powątpiewaniem, co zrobiłaby w innych okolicznościach, zwyczajnie wpatrywała się w Leona z delikatnym, niezmiennym uśmiechem wymalowanym na twarzy. Lubiła, kiedy ją chwalono - kiedy chwalił ją Alexander - ale tylko Windermere powstrzymywało ją, żeby te słowa dodatkowo obrócić. Najlepiej tak żeby jednocześnie zgasić wybujałą wyobraźnię Mulcibera i pierdolenie Bletcheya.

Ale jako, że zalewało ja aktualnie morze miłości, które czuła od dnia przyjazdu, została jej tylko druga opcja.
- Leon - rzuciła zniecierpliwiona, wykrzywiając wargi w niezadowolonym grymasie, bo może i ślepła, kiedy spoglądała w stronę Mulcibera, ale uszy miała czyste i posługiwała się nimi sprawnie. - Jaki jest twój problem? Bo jak chcesz słuchać opowieści, to ja ci bardzo chętnie zaraz opowiem jakąś o tym, kiedy twój stryjeczny wujek, cierpiący na włochatość serca, trochę przez to chuderlawy i słaby, postanowił oddzielić się od swojej ekipy i go w lesie zżarło stado nieumarłych. - rzuciła w jego stronę obcesowo, no bo może i Alex nie był zbyt lotny w relacjach międzyludzkich, ale ona aż za dobrze znała ton, który padł od strony kuzyna. Nie musiał zaprzeczać wprost, żeby wiedziała iż ją właśnie obraża.

- Razem wyszedł nam całkiem ładny rozkład, nie wiem o co ci chodzi - sarknęła zaraz za kuzynką, bo w tym psychiatryku to jej chyba niechcący jakiś kij w dupę zaaplikowali. Problem, to ty masz z głową, kochanie, ale może ta fioletowa aura zaopiekuje się także tym.

Idziemy. Pociągnęła Alexa za Millie, do tej pory trzymając go tym mocniej im więcej Leon mówił, nie tyle powstrzymując swojego tymczasowego męża, co samą siebie. Musiała siebie bardzo gorliwie przekonywać, że to nie był Hades i ciosu w głowę twardym przedmiotem mógł nie tyle zgasić mu światło, co całkiem płomień życia, który się tlił w jego wątłym ciałku.

Wszyscy ruszyli w kierunku molo, a w miarę jak przedzierali się przez ośrodek, tym dobitniej przyroda dawała im znać, ze miała się w jak najlepszym porządku. Trawa była bujna, bez jakiejkolwiek skazy po pojazdach mugoli. Wszystko zdawało się prężnie sięgać ku słońcu, ciesząc oko intensywnymi odcieniami zieleni. Już lipiec przyniósł wyraźne zmiany w przyrodzie, pomagając rozrosnąć się roślinności, ale ta w Windermere wydawała się zbyt grzeczna. Zbyt pełna dobrego życia, a nie pełna chwastów, duszących nieinwazyjne okazy, albo mutujących egzemplarzy, które gryzły po kostkach albo pluły jadem.

Miała wrażenie, że panowała tu dziwna idylla.

Obróciła się w kierunku krzyków, które doszły ich zza pleców w pewnym momencie, lustrując spojrzeniem kłócące się ze sobą kobiety. Cokolwiek miały do załatwienia, szybko stwierdziły że najlepsze do tego będą rękoczyny, tarzając się w krzaku bzu. Piski, łamanie i jakaś zgroza, bo przecież gdyby ta gałąź faktycznie trafiła, kobiety teraz nie rozchodziłyby się zmieszane. McKinnon patrzyła na z zaciekawieniem, nieskora do pomocy, tym bardziej zaintrygowana że kiedy Karen pośpiesznie ruszyła w swoją stronę i minęła grupkę radosnych tarocistów, mamrotała coś o bzie.

- Słyszeliście ją? To, że to bez się na nie rzucił - zwróciła się do reszty, kiedy kobieta była już od nich jakiś kawałek, mimowolnie spoglądając na moment za nią.

!5energiawindermere


she was a gentle
sort of horror
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#15
25.04.2024, 02:30  ✶  
Nie znajdujesz żadnych śladów po nieumarłych, ale niedaleko wejścia do lasu, natykasz się na pomiętą kartkę. Są na niej odrobinę nieczytelne, odręczne zapiski:
Skurwysyn. Ona nie była czarownicą. Złożył ofiarę z mugolki.
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#16
25.04.2024, 21:07  ✶  
Pomyśl, że to sen - tak szeptała mu Dziewiątka mieczy, którą wyciągnął ze swojej talii - głuche echo rodowego motta Mulciberów ozwało się w Alexandrze jak dzwon z pobliskiego kościoła, a on milczał, bo nie rozumiał, dlaczego właśnie teraz, dlaczego właśnie ta karta. Echo trwało nieprzerwanie, choć sam Alex, bardziej niż kościół w Carlisle, przypominał raczej pusty w środku, zbeszczeszczony kurhan pogańskiego kultu. Obawiał się nieumarłych, ale sam był tylko strzelistą kaplicą kości, pokrytych źle wyprawioną skórą i czarnym kirem ubrań. Żywe były w nim tylko przeraźliwie niebieskie oczy. Witaj w rodzinie? Uważnie zmierzył Moody spojrzeniem. No już, kurwa, nie udawaj. Nie do twarzy ci z życzliwością, Mildred. W tym rodzinnym towarzystwie był pogrzebową stypą - nie weselem - choć w słońcu, i ze Słońcem u boku...

W pokracznych słowach Mildred tkwiło zadziwiająco dużo sensu, ale Alex nie umiał jej teraz słuchać, zbyt skupiony na tym, jak odpychająco i wulgarnie brzmiało zawsze to, co dobywało się z jej ust. Rzeczywiście, niewiele w niej było z kobiety. A to, że ewidentnie z chuja spadła, nie świadczyło jeszcze o posiadaniu fallicznej energii. Ależ musieli wyglądać obok siebie. Ona, czerwony kapturek - krwiożercze stworzenie, żerujące blisko terenów bitew i tam, gdzie przelewano krew - agresywny, choć rozmiarem niewiele większy od błotoryja. On zaś, choć patrzył na nią z góry, był tylko wyliniałym, skundlonym wilkiem, który nie miał już nawet siły kłapnąć na nią zębami. Przy rodzinie w końcu nie wypadało.
- Skup się lepiej na patrzeniu pod nogi, bo sama zaraz w jakieś mistyczne gówno wdepniesz. - Nie uśmiechnął się, ale starał się być poprawny.

On też musiał się zresztą skupić. Pomyśl, że to sen: mógł bezpiecznie powtarzać te słowa mając obok siebie Rosie. Przez chwilę po prostu wpatrywał się w jej twarz, rozświetloną dziwnym blaskiem. Znali się ponad dwadzieścia lat, ale on i tak szukał cały czas wymówki, by na nią patrzeć, jakby to był ten pierwszy raz. Powinniśmy użyć twojej talii, chciał jej powiedzieć, ale nie miał jak, bo ktoś im przeszkadzał.

Ten zdechlak ma w sobie zadziwiająco wiele energii, by dalej strzępić mordę po próżnicy, pomyślał.
- W prezencie, to ja mogę ci dać w mordę - poinformował krótko Leona. - Nam wystarczy święty, kurwa, spokój - rzucił, a choć nie drgnął mu ani jeden mięsień, jego obojętna, zblazowana mina typu "pierdol dalej, ja posłucham", nagle wydawała się mówić raczej: "dyskusja zakończona".

Całe to gadanie o ślubach tylko przypominało mu o Lorettcie. Bletchley miał szczęście, że Rosie pomagała Alexowi nie tylko odróżnić sen od jawy, ale i potrafiła też poskromić jego gniew. Chciwie chłonął każde jej słowo, jakby ta głosiła prawdy objawione, a nie subtelnie ripostowała kuzynostwo. Nawet kiedy była zirytowana, panowała nad sobą, i pięknie dobierała słowa, tak, że te przypominały przepyszne bukiety z rosnących wszędzie dookoła kwiatów i krzewów kwitnących...

Pomyśl, że to sen, słyszał, ale to nie była już Dziewiątka mieczy; to szeptało do niego Windermere, kusząc go swym żywotnym pięknem, soczystą zielonością - szmaragdowe liście najpotężniejszych drzew miały kolor oczu Ambrosii - i swoją dzikością: nawet trawa była tu dziwnie wybujała, mimo tłumów ludzi, którzy dzień w dzień przemierzali teren ośrodka, nieważne, czy pieszo, czy przy pomocy topornych, mugolskich pojazdów. Odwrócił się, niemalże instynktownie, wyrwany nagle z miłosnego transu przez kobiece krzyki, które dochodziły gdzieś zza jego pleców. Palce zacisnął na różdżce, ale wciąż trzymał ją opuszczoną.

Dopiero po chwili rozluźnił napięte ramiona. Opuścił gardę, ale uniósł brwi, obserwując ten przedziwny pojedynek, który toczyły ze sobą dwie nieznajome. Nie spodziewał się, że ta przepychanka w krzakach eskaluje w prawdziwą bójkę.

Pokiwał tylko głową na słowa Ambrosii.
- To chyba nie wino z bzu uderzyło im do głowy? - rzucił ironicznie. - Ten twój oklumenta - odwrócił na chwilę swoją zapadniętą twarz w stronę Morpheusa, odprowadzając wzrokiem oddalającą się kobietę... Karen? - mówił, że Windermere narzucało mu swoją wolę. - Skazani na porażkę przez własne ograniczenia, mówił wcześniej o odwróconej Dziewiątce buław. - Mogłoby nas oszukać? Nastawić przeciwko sobie? - Myślał na głos, obserwując twarze swych towarzyszy. Na koniec zatrzymaĺ wzrok na McKinnon.

Na percepcję, na widzenie nici powiązań między postaciami (także między Karen i jej koleżanką, o ile nie są już za daleko?)
Rzut PO 1d100 - 45
Sukces!

Rzut PO 1d100 - 84
Sukces!


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Norvel Twonk to czarodziej nieznanego statusu krwi, który poświęcił własne życie, aby ocalić mugolskie dziecko przed mantykorą. Za ten czyn odznaczono go pośmiertnie Orderem Merlina I Klasy.

Norvel Twonk
#17
26.04.2024, 00:11  ✶  
Zazwyczaj nici powiązań nie wyglądały w ten sposób. To znaczy inaczej – część z nich wyglądała zupełnie zwyczajnie, np. te które biegły od Morpheusa do Ambrosii i z powrotem. Nic, co powinno zwrócić przesadną uwagę (dwa kolory, bo dwie relacje - czasem zbieżne, czasem boleśnie różne, gdy uczucia rozmijały się między powiązanymi osobami).
Ale pojawiły się też inne, jak te, które dostrzegł w przypadku Karen i jej towarzyszki. Nie zdołał się aż tak dokładnie im przyjrzeć, by wychwycić wszystkie niuanse – kobiety w końcu rozbiegły się w dwie strony, ale coś tam zdołał dostrzec. Naturalny kolor nici, które je łączyły był dziwacznie przytłumiony pulsującą czernią. Ba, wyglądało to nawet odrobinę tak, jakby ta czerń pożerała podstawowe nici? Tak samo było z więzią, która łączyła go i Ambrosię. Tylko w ich przypadku te bazowe, zwykłe barwy nurzały się w fiolecie. Fiolet oplatał je ciasno, płynął między nimi jakby zachęcał ich do interakcji. Nie był żarłoczny jak czerń, ale wzmacniał się, gdy byli bliżej siebie.

Odkryj wiadomość pozafabularną
Leonie, Morpheusie, Ambrosio i Millie - nie opisuję nici łączących wasze postacie, ale skupiam się na tym jak działają moce Windermere. Dogadajcie się między sobą co zobaczy Alexander (jeśli zależy wam na pokazaniu mu konkretnych nici, w ich przypadku wszystko będzie wyglądało zwyczajnie) albo uznajcie grupowo, że dostrzegł tylko nici Karen/jej towarzyszki oraz swoją i Ambrosii.
constant extreme
when sister and brother stand shoulder to shoulder,
who stands a chance against us?
wiek
29
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
snowidz
zawód
Brygadzistka na chorobowym
Drobna (157cm, niedowaga), blada i czarnowłosa, o oczach złotych jak miód.

Millie Moody
#18
26.04.2024, 09:45  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.04.2024, 10:23 przez Millie Moody.)  
– Teraz se możemy ich omijać – rzuciła Millie jak gdyby nigdy nic do Morpheusa, jakby jego palce nie znalazły się na jej nosie, jakby wcale nie fantazjowała na temat odgryzienia mu ich w ramach rewanżu – ale potem i tak trzeba będzie im powiedzieć jeśli coś znajdziemy. Jak chcesz, to ja mogę to zrobić, w końcu to Twoja rodzina.

Największy problem Mildred z tym, żeby zobaczyć anomalie panującą w ośrodku polegał na tym, że jej całe życie tak wyglądało. Dwie napierdalające się laski? Norma. Zwalanie na jakieś krzaki? Norma. Że rośliny rosną? Norma. Że jest ich sporo, no kurwa pomijając całą tą globalną sprawę z buntem ziemi, to też pewnie nie zauważyłaby różnicy. Chwast jaki jest każdy widzi. Że ryby umierają, a jezioro śmierdzi? Nic nowego. Że komuś zazdrościsz tak, że masz ochotę oskórować go i ubrać się w piękny garnitur szyty na miarę z tegoż materiału? Codzienność.

Dziewczynie (czy też, jak się zmrużyło oczy i spojrzało pod odpowiednim kątem - prawie trzydziestoletniej kobiecie) nie do twarzy było również z milczeniem, a tak się okazało, że mówiła bardzo niewiele. Trzymała się z boku, obserwowała czujna i przygarbiona, słuchała jak wymijają się uwagami, nerwowo podrygując nogą za każdym razem jak się zatrzymywali, z rękami wciąż bardzo, bardzo głęboko w swoich kieszeniach.

Jej nici były irytujące podobnie do samego jej źródła. Najsłabsza łączyła ją z Leonem, cienka zieleń odzwierciedlała dość luźną relację, jaką utrzymywała z egzorcystą. Dwie grube, stabilne latami nici płynęły w eterycznym skrawku podejrzanej przestrzeni, do Morpheusa i Ambrosi, choć ich kolor pozostawiał wiele do życzenia. Członkowie rodziny winni przecież mieć możliwie jasny róż między sobą, jeśli ich stosunki były pozytywne, tutaj jednak koncept motał się, kiedy nić biegnąca do kuzynki była zbyt czerwona jak na rodzinę, a ta do Morpheusa zbyt jasna jak na czyste zainteresowanie fizyczne jego osobą. W obu przypadkach Alexander widział równie intensywną co niejednoznaczną fuksję, jedyne co było pewne to fakt, że nie są jej obojętni. Podobnie jak Alexander, tu bez większego zdziwienia, patrząc na historię ich znajomości zawiązanej w skrzydle szpitalnym przed laty. Wykorzystanie jasnowidzenia do tego by pognębić kaleką Mildred zasiało tę piękną, głęboką czerń szkoda tylko że... czy to ten cholerny sweter nadawał tej nici takiej karminowej łuny?

– Widzisz fioletowy i czarny? On mi mówił wtedy, że fioletowy chroni, a czarny się dopierdala do niego, widzisz to? – dźgała pytaniami Alexandra, rozbijając pewnie jego koncentracje, ale chuj z tym, żaden z niego delikates, co potrzebował okadzania, żeby w ogóle sięgnąć po swój skill. On przynajmniej miał po co sięgać, ale to już ustaliliśmy, że było kilka powodów, dla których czarny był czarny, nawet taki z brokatową posypką.

ceaseless watcher
Vigilo, opperior, Audio.
wiek
43
sława
IV
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny
Średniego wzrostu czarodziej (176cm), ubrany w modne szaty, szpakowate loki sięgają mu za ucho, a na twarzy nosi dość długi zarost, broda jest w wielu miejscach siwa. Ma ciemne, niemal czarne oczy. Emanuje od niego bardzo niespokojna energia.

Morpheus Longbottom
#19
26.04.2024, 12:12  ✶  

— Wydaje mi się, że widziałem gdzieś Brennę — odpowiedział Mildred, nawet jeśli tego nie oczekuje.

Od czarodzieja rozciągał się krwioobieg całej drużyny, on był sercem, a od niego odchodziły aorty, żyły, cały układ krwionośny. Nici Morpheusa różniły się od siebie grubością, ta związana z Leonem niemal nie istniała, cieniutka, wiotka jak pajęczyna, naczynka włosowe, natomiast te związane z Rosie i Mildred przypominały równy, dokładnie i elegancko zapleciony warkocz na głowie pensjonariuszki, kontrolowane i stabilne, pełniące funkcję tętnic. Była również gęsta nić pędząca wprost do Alexandra, nieco poszarpana, najbardziej pulsująca, żywa, niemal pragnąca ekspansji, a jednocześnie pełna pustych przestrzeni, łatwiejsza do rozerwania.

— Tak. Sądzę, że energia tego miejsca wpływa na odbieranie innych osób — odpowiedział Alexandrowi. — Sądzę też, że jest to dosyć świeża ingerencja w ekosystem magiczny tego miejsca. Spodziewam się, że każdy z nas obecnych tutaj może paść jego ofiarą, skoro zadaje gwałt nawet oklumentom. Mój znajomy stał się nieufny wobec kogoś znajomego, tamte dwie kobiety zaborcze wobec siebie i agresywne, dlatego musimy uważać na odstające od normy dla nas zachowania.

Przed oczami stanęła mu wizja Peregrinusa, w kwietnym wianuszku, tym samym, który sam nosił na głowie, z poderżniętym gardłem, wpatrujący się w śliczne, jasne niebo Windermere. Miał odcięte dłonie. To nie była wizja profetyczna, ale wytwór zazdrosnego umysłu. Z pozornym spokojem zdjął z głowy swój wianek i bezmyślnie położył go na głowę pierwszej osoby obok, która nie była Millie, trafiając przy tym na Leona.

— Jakieś anomalie? — zapytał jeszcze Mulcibera, swoim bardzo służbowym tonem, w który wszedł już kilka chwil wcześniej, a który znali z pracy z nim, gdy skupiał się całkowicie na zagadnieniu. Zgodnie również ze swoimi możliwościami, postanowił zajrzeć za zasłonę teraźniejszości. Jego niemrugające oczy rozmyły się lekko, jakby zaszły łzami. Nie potrzebował widzieć, aby Widzieć.

!1windermerejasnowidz


And when I call you come home
A bird  in your teeth
the end is here
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#20
26.04.2024, 12:12  ✶  
Wizja nadchodzi niespodziewanie. Oczy uciekają ci do góry a kolana odmawiają posłuszeństwa. Padasz na nie. Czy ziemia rzeczywiście rozstępuje się pod tobą, czy to tylko omamy? W nozdrza uderza cię zapach dymu, czujesz płomienie liżące cię po twarzy. Brakuje ci tchu. Sylwetka nieznajomego ci mężczyzny zostaje poderwana w powietrze. Mówiłem! Mówiłem! Mówiłem! – jak echo rozbrzmiewa w twoich uszach. Drzewa sięgają po ciebie konarami. Korzenie wzbijają się do góry. Krew. Ktoś krwawi. Krew. Czyja to krew? Trzask łamanych kości. Tak dużo krwi. Krew wsiąka w ziemię, niesie życie jak woda. Kwiaty wyrastające z żuchwy. Coś umiera, by coś mogło przetrwać.
Kiedy dochodzisz do siebie, dociera do ciebie, że klęczysz a z nosa leci ci krew.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (5390), Ambrosia McKinnon (2697), Leon Bletchley (3099), Millie Moody (2758), Morpheus Longbottom (1990), Norvel Twonk (700), Pan Losu (712)


Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa