Czasami wystarczyło usłyszeć kilka słów, by się uspokoić. Otrzymać kilka konkretnych gestów, by wiedzieć, że nie jest się niechcianym. Że furtka z dwóch stron nie jest wcale zamknięta, że nie było kategorycznego nie i ucieczki. Prawdę mówiąc na ten moment wystarczało jej usłyszeć, że jest dla niego bardzo ważna, wystarczał ten jeden pocałunek, który wydarł z niej powietrze i wlał do głowy tyleż odpowiedzi co pytań – tylko, że nowych i innych. Była spragniona tego dotyku, uwagi, ale nie chciała też niczego poganiać, ani przyspieszać. Sauriel paradoksalnie podarował jej duszy bardzo dużo spokoju. Ten się pewnie w którymś momencie wyczerpie, bo tak to było, że nie można było tylko brać, trzeba było też dawać, ale póki co myśli o tym, że nie jest idealna, że się nie podoba, że to i tamto, odsunięte były na bok. Spokój osiągnięty kilka dni temu walczył z niepokojem otrzymanym wczoraj i ze słabością jej umysłu, lecz aktualna obecność Rookwooda wpływała w pewien sposób jak kojący balsam, jak zimny okład na oparzenie. Będzie pewnie bolało jeszcze przez jakiś czas, ale taka rana, odpowiednio zadbana, miała szansę szybko zniknąć, zaś odpowiednio potraktowana na początku być może nie będzie aż tak bardzo rozległa. I teraz czarnowłosy był takim lekarstwem, choć pewnie nie spodobałoby mu się porównanie do maści, której ewidentnie Victoria zapomniała nałożyć sobie na siniaki.
Nic dziwnego, że Luna cieszyła się z zabawy – bo pewnie właśnie tak to traktowała: jako zabawę i dawkę atencji, której jako mały kociak bardzo potrzebowała. A Sauriel dawał jej to wtedy, kiedy nie mogła Victoria, i to chyba nie był wcale zły układ? Miała nadzieję, że czarnowłosy nie czuł się wykorzystywany. A że czuł się tu jak u siebie – nie było takie znowu nadzwyczajne: po pierwsze miał klucz i został zaproszony więcej niż raz, po drugie jej koty ewidentnie go uwielbiały i traktowały chyba jako członka… stada, czy jakkolwiek się tam koty rodzinnie identyfikują, po trzecie nie było tu nikogo więcej, nie kręciła się Isabella, Alexander, nawet mała Olivia, którą Sauriel miał poznać, a jakoś… ciągle nie było okazji, a za niedługo ta znowu zniknie, kiedy zacznie się szkoła. Victorii nie przeszkadzało to, że on czuł się tu swobodnie (a może nawet zbyt). To prawda, że to mieszkanie było zupełnie inne od pokoju Sauriela w domu Rookwoodów – ale pewne rzeczy były zbieżne: ciemne ściany i meble, gramofon… Fakt, że zamiast mnóstwa zapisów nut i plakatów, były tu kwiaty.
Objęcie ramieniem było jak dotyk czarodziejskiej różdżki, bo po kilku sekundach spięcia, jakie Sauriel mógł wyczuć pod palcami, Victoria się rozluźniła i chwilę później nawet podciągnęła nogi na kanapę i przysunęła się do niego, wtulając nawet bardziej. Przez moment drżała, ale czym to mogło być spowodowane? Raczej nie temperaturą. To były emocje, jej całe rozedrganie dnia, które kazało jej leżeć i myśleć, te wszystkie myśli, które spiralując nakładały się na siebie, a ona czuła się źle sama ze sobą i z tym co się wydarzyło i w jaki sposób. Nie powiedziała nic, po prostu słuchała tembru jego głosu, skupiała się na słowach, na opowieści, nawet jeśli nie była prawdziwa, a Sauriel wymyślał teraz coś na poczekaniu, bo wyczuł, że to moment, którego potrzebowała, żeby odłączyć się od czegoś, co ewidentnie ją dręczyło. Tak mogło być po Beltane – gdy poprosiła go, żeby został, bo nie chciała być sama, ale nie mógł. Ale przyszedł teraz – nie musiał, nawet o to nie prosiła, a stanął na wysokości zadania i widać było, że bardzo się starał nie narobić większych szkód, ze chciał poprawić jej humor. Poprawiał. Nieważne, o czym gadał – o jakimś starożytnym alkoholu, wódce z ziemniaka czy pierwszych piwach i zakazie, żeby się nie spijali. Koty przebiegły po nich kilka razy w tej dzikiej gonitwie, nim nie położyły się na fotelu bliżej Sauriela i kwiatka, a kiedy ten skończył opowiadać, na moment zapadła pomiędzy nimi cisza, lecz nie z tych niezręcznych, nie. Victoria myślała sobie o tym, co właśnie jej powiedział i co mówił wcześniej, a myśli o Windermere jakoś samoistnie się przebijały.
– Nie boisz się czasem? Że wypijesz za dużo i stracisz kontrolę? – zapytała o to pozornie od czapy. To było normalne pytanie, w jej zmęczonym głosie próżno było słychać wyrzutów. Ciekawiło ją to ze względu na jej własne położenie – niezwiązane z alkoholem, ale zdecydowanie dotykające braku kontroli.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)