Nie wytarła twarzy, w przeciwieństwie do Atreusa, trzymała za to w dłoni ten materiał, ale po prawdzie to planowała rzucić go na ziemię i o nim zapomnieć. Ten i tak zniknie za jakiś czas, a jak będzie potrzebowała, to zrobi sobie nowy, a po co miała łazić z brudną szmatą. Miała wrażenie, że skóra ją swędzi od tego lepkiego dymu oblepiającego ich z każdej strony. Czuła ten dyskomfort i gdyby nie to, że wiedziała, że to nic nie da, to próbowałaby go strzepnąć w odruchu. Kilkanaście razy tej nocy zresztą to robiła, to było silniejsze od niej – nienawidziła nieporządku zwłaszcza na sobie, ale efekt był właśnie taki: żaden. I kuło ją to w mózg na poziomie psychicznym.
– Na szczęście byliśmy w pobliżu. Proszę na siebie uważać – czuła chrypkę i zaraz zresztą odchrząknęła dwa razy i mrugnęła, gdy facet wyciągnął swoją różdżkę i zaraz zniknął z cichym pyknięciem. Westchnęła. Całe szczęście, że był w stanie sam się stąd zmyć, bo Victorii też się nie uśmiechało znowu lądować z rannym w Mungu.
– Taa, szybciej go chyba znaleźliśmy. Zaczęłam się zastanawiać, czy ta chmara dymu nie wybiera sobie ludzi i koncentruje się wokół nich, bo wydaje mi się skrajnie idiotyczne tak o włazić w ten kłąb z własnej nieprzymuszonej woli – oczywiście oni w nią włazili właśnie z tego powodu, ale taka była ich praca i miała na myśli jednak cywili.
A jednak się nie powstrzymała i jej ręka uniosła się, by przejechać mocno po ramieniu, a kiedy dotarło do niej co robi, to zamarła w bezruchu, mnąc przekleństwo na ustach, z bezcelowości tego, co właśnie miało miejsce.
– I tak nie ma żadnego konkretnego kierunku, w którym powinniśmy pójść, więc właściwie to czemu nie – wzruszyła ramionami, bo czemu miałoby jej to przeszkadzać, skoro najwyraźniej byli w okolicy. – Prowadź.
// Odgrywam zawadę: Nerwica natręctw