Gdy Philomena się do niej zwróciła, zanim Charlotte zdążyła jeszcze usiąść, ta wykonała lekkie dygnięcie. Pociągnięcie szminką usta rozciągnęły się w uśmiechu, a głowa skinęła ostrożnie na potwierdzenie jej słów.
- Prababciu Philomeno - powiedziała miękko, akcentując nieznacznie drugą część tego słowa. Przedrostek pra nie pasował do Philomeny Mulciber, która była żoną brata jej dziadka, Williama Mulcibera, a przez to "babcią" ojca, Thaddeusa. Mimo że Philomena zdawała się być wieczna tak, jak Mulciber Manor, to w głębi duszy Charlotte wolała nazywać ją babcią, tak po prostu. Może i nie były ze sobą blisko, może i Lilianna Mulciber nie kochała babci swojego męża na tyle, by Charlotte jako dziecko biegała wokół jej spódnicy, ale jednak szacunek, podziw i zwykłe dobre wychowanie sprawiały, że Lottie najzwyczajniej w świecie kreowała sobie w głowie obraz Philomeny jako kogoś, kto był bliski jej sercu. Może nie zbyt bliski, ale wciąż: bliski. - Minęło wiele lat, to prawda.
Nie pamiętała Philomeny jako młodej kobiety. Czasem w ogóle powątpiewała, czy mogła być młoda.
Gdy do pomieszczenia weszła Scarlett, odruchowo zerknęła na Richarda, a widząc jego gest, kiwnęła głową. Powróciła jednak spojrzeniem do dziewczyny i w miarę kulturalnie otaksowała ją wzrokiem.
- Miło cię widzieć, Scarlett - powiedziała szczerze, bo młoda osoba w tym wiekowym, szlachetnym towarzystwie od razu sprawiła, że Charlotte poczuła się jakoś tak... Luźniej. Swobodniej. Wyciągnęła dłoń i uścisnęła ją z pewnością i siłą osoby, która była pewna siebie i była silna. Tego jeszcze nie wiedziała, ale ich obie łączyło nie tylko jedno miejsce, ale również osoba Baldwina. Blondwłosy pajac zaszedł jej nerwom za skórę (czy nerwy mogą mieć skórę?), trącił kilka strun, za co dostał metaforyczną gazetą w dłoń, ale lubiła go, cholernika. Nie na tyle, by wiedzieć że ten upodobał sobie akurat Scarlett na swoją dziewczynę, ale na tyle, by uratował ją we śnie, gdy morderca nawiedzał jej umysł. I to trzykrotnie, psia jego mać. Niby tylko sen, ale musiała mu odpowiednio za to podziękować, bo może i miała ciężki charakter, tak nie była niewdzięczna, wbrew wszystkiemu co mówiła o niej jej matka.
Nie uszło jej uwadze, że Alexander prawie nie mrugał. W odpowiedzi na jedno z jego spojrzeń zmrużyła nieco swoje srebrne oczy, a skóra pod rękawem zapiekła niemiłosiernie. Miała do niego ogromny, ogromny żal za tę kartkę, którą mu zrobiła ze Stanleyem, ale uznała że skoro on nie chce utrzymywać kontaktu - niech i tak będzie. Prawdziwe, miłe kartki to i tak dostawała Lorien, ukochana ciocia, która wyglądała dzisiaj przepięknie. Jeszcze piękniej, niż zazwyczaj. I chociaż obawiała się trochę o to, jak zareaguje na to, że przyszła w zupełnie innej sukience, niż ta jej wysłała, to chyba jej to nie uraziło. Później jej wyjaśni. Nie wiedziała, jakie stosunki miała z Richardem, ale ona sama odczuwała ogromną przyjemność z faktu, że naciągnęła kuzyna nie tylko na nową sukienkę, ale i buty - była pewna, że Lorien również uzna to za zabawne. Ale nie na tyle, by teraz zaczęła o tym paplać jak trzpiotka. Nie podobało jej się, że Lorien była tak blisko z Alexandrem, lecz domyślała się, że łączyły ich inne stosunki - bardziej rodzinne - niż ją z gospodarzem. Serce drgnęło, gdy zobaczyła jak ten na nią patrzy. Od niej kartki na pewno by nie zwrócił, kutas, przemknęło jej przez myśl, którą zamaskowała uśmiechem w kierunku Lorien.
- Dziękuję - powiedziała cicho w jej kierunku, zanim nie przeniosła znowu wzroku na Alexandra. Posmutniała nieco na jego "toast", a wzrok odruchowo powędrował w kierunku Richarda. Wbrew pozorom Charlotte miała w sobie empatię, zwłaszcza gdy kogoś lubiła. Strata rodziny była bolesna, ale bliźniaka? Nie wyobrażała sobie, co teraz czuł Richard. Mogła się tylko domyślać, skoro opuścił Anglię.
Czuła na sobie wzrok Seliny, więc i w jej kierunku skierowała swoje srebrne oczy. Nie bała się jej wzroku, nie bała się tej obcości, którą sobą prezentowała. Widywała gorsze przypadki, a jedyne co teraz czuła, to lekkie ukłucie dyskomfortu. Czy chciała dostrzec, kim była Charlotte Mulciber? Jeżeli tak, mogłaby się potem podzielić wnioskami, bowiem sama Charlotte tego nie wiedziała. Uśmiechnęła się na wróżbę, którą Selina jej przedstawiła.
- Srebrny młot może otworzyć żelazną bramę - wymruczała cicho w odpowiedzi, uśmiechając się z lekkością osoby, która doskonale wiedziała, co Selina mogła mieć na myśli. Prawda była jednak taka, że daleko jej było do wróżbitów czy wybitnych interpretatorów - wzięła więc to, co powiedziała Selina, nazbyt dosłownie, jednakowoż odpowiedź była na tyle grzeczna, wypowiedziana uprzejmym, pełnym ciepła tonem, który wibrował tak, jak wibrowało teraz srebrne piętno na jej przedramieniu. Rumień poruszył się niespokojnie, jakby był żyjącą istotą, zapłonął żywym ogniem, a kropla potu spłynęła po plecach Mulciberówny. Schowała prawą dłoń pod stołem, jakby bała się, że owe srebro, o którym rozprawiają, ujawni swą obecność.
Musiała wytrzymać. Musiała wyjąć rękę spod stołu, chwycić za kielich pewnie, tak jak na Mulciberównę przystało. Musiała unieść go lekko, dołączając się do toastu. Musiała umoczyć usta w winie, musiała wytrzymać spojrzenie tych, którzy patrzyli na nią jak sępy. A może sroki? Sepy chciały rozerwać padlinę na strzępy, a oni wydawali się... Zainteresowani. Czy mogła ich winić? Pojawiła się tu jak koszmar senny, niespodziewanie i nagle, gdy przez tyle lat trzymała się na uboczu. Kłótnie dorosłych, a przynajmniej bardziej dorosłych od niej, zdawały jej się teraz być głupie. Czego matka się bała, odcinając ją od tej części rodziny? A może chciała stworzyć swoją własną, mocno związaną, tak mocno jak kamienna tabliczka, którą oplatał bluszcz? Bluszczowi rodzice - to było jedno z gorszych zjawisk, które istniało na tym świecie. Gdyby tylko Lilianna była taka, jak Lorien i dała jej przestrzeń, być może jej matka siedziałaby tu z nimi. A może to jej by tu nie było i siedziałaby tylko z nią podczas Mabon? Robiłyby kasztanowe ludziki, wwiercając się w twardy owoc korkociągiem tak, jakby wwiercały się w ludzką czaszkę. Śmiałyby się razem, popijając wino, bo przecież miały tylko siebie. Co teraz mogła robić jej matka? Pamiętajcie o kasztanach, gdy jesień puka do głów. Jak miłość ma kolce, i jak ona lśni. Charlotte lekko potrząsnęła głową, pozwalając by jasne pasma poruszyły się miękko i musnęły skórę na skroniach.
- Przepiękne korale - powiedziała w kierunku Scarlett cicho, tak by nie zakłócać porządku rozmów innych osób. Nigdy nie widziała korali, wykonanych z kwiatów. Były oryginalne i zdradzały o niej więcej, niż Scarlett mogła chcieć zdradzić. Nie był to wybór kobiety, która w stu procentach podążała za wytycznymi, narzuconymi przez rodzinę. A może po prostu Charlotte to chciała w niej dostrzec?
@Alexander Mulciber @Scarlett Mulciber @Richard Mulciber @Lorien Mulciber @Philomena Mulciber