• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
1 2 3 4 Dalej »
[02.09.72] Poloneza czas zacząć

[02.09.72] Poloneza czas zacząć
wodzirej
Marzenia chyba zawsze mają swój koniec. Nie wznoszą się, lecz opadają.
wiek
30
sława
III
krew
mugolak
genetyka
snowidz
zawód
keyboardzista
Zenek ma 1.84m wzrostu. Jest zbudowany proporcjonalnie do wzrostu i dość atletyczny przez noszenie walizki, ale generalnie jest bardziej szczupły i smukły. Nad instrumentem się garbi, na kanapie rozciąga albo kurczy. Twarz ma jak pies rasy chartowatej, to znaczy pociągłą i szczupłą. Z ciekawszych jej cech wybijają się długi nos i jasne brwi. Włosy ma brązowe, oczy też. Skóra całym rokiem trzyma ciepły koloryt, a jego dłonie są po prostu ładne. Długie palce i szczupłe nadgarstki to atuty klawiszowca. Jeśli o ubiór chodzi, to nosi się po mugolsku, gdzieś pomiędzy zdobyczami z targu a ciuchami z metką. Głos ma ciepły, dość głęboki. Chrypi, gdy się stresuje. Gdyby śpiewał, to basem.

Zenon Kozioł
#11
07.08.2026, 21:01  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.08.2026, 21:44 przez Zenon Kozioł.)  
Skąd pochodziło jedzenie, warto było wiedzieć. Ludzie zazwyczaj nie wiedzieli. Jedli to, co wpadło im w ręce na markecie albo targu. A nawet w takich warzywach pojawiały się robale. Może zatem bogowie celowo karmili ziemian paszą dla karaluchów, w niebiosach tymczasem pożywiając się ambrozją? Młody Zenek miał rację, odmawiając spożycia maminej kiszonki.
Stał tam dalej z tym swoim pomysłem. Wprowadzenie Woody'ego do układu domowego wydało się łatwiejsze, niż wcześniej zakładał. Twarz reagowała jednak z opóźnieniem emocji, to znaczy żadnej nie było. — Nie no, proszę nie płacić. — powiedział po chwili ciszy. Nogami już przebierał w stronę mopa. — No to umówieni. Zaraz wracam.

Spośród tych wielu okazji na przestrzeni pięciu lat szczęśliwego zatrudnienia, kiedy to Zenek i Woody spędzali czas w identycznej przestrzeni, Zenek najlepiej wspominał przegląd elektrośmieci.
Tamtego dnia Zenek wrócił z wysypiska. Wysypisko było mugolskie. Dostarczał tam sprzęty lokalny sklep AGD, kiedy to towar dokonywał żywota. Jak je Zenek zobaczył… no to niczym szczuroszczet przed miską marynarskich rzygów. Rzucił się je zbierać. Zanim jakieś inne kanalie je zbiorą! Wsadził wszystko na drewnianą paletę z kółeczkami. Sprzęty związał wyciętym z wraku auta pasem. No kto to widział, auto z pasami. Pociągnął paletę za sobą i udał się na autobus. Kierowca Błędnego Rycerza patrzał się dziwnie. Paleta ledwie przeżyła. Był by przeciągnął tę paletę przez cały Nokturn, wciągnął po schodach i znikł z nią w odmętach własnego pokoju, ale przed Woodym takie metalowe klocki nie miały gdzie się ukryć. Siedzieli potem w piwnicy i je rozbierali. Sprzęty były martwe, im już to było obojętne. W Rejwachu na Nokturnie nic nie działało. Jedynie, kiedy przy czymś podłubał własną różdżką, tak jak to robił z własnym instrumentem. Wtedy coś się na chwilę zaświeciło, a Woody'emu też oczy. Z kabla poleciała iskra. Bęben pralki przeturlał się po podłodze, ujawniając nierówność terenu. Ostatecznie żaden sprzęt nie złamał tamtego dnia praw magicznej fizyki. Ale ile się złomu nazbierali.

Końcówek różdżek nie trzymało się przy nosie. To było jak z nożyczkami. Z końcówki mogło wystrzelić zaklęcie. Zenek skierował końcówkę na ducha. Głupi Enjorlas. Nie wiedział, że się nie straszy uzbrojonego czarodzieja?
— O, cześć — zaryzykował po polsku, a nóż to też zrozumie — Ja? Nikomu.
Różdżką zatoczył szerokie kółko wokół sterty. Ujmował ją w ręku niczym długopis. Tak mu było jakoś łatwiej. Ręka była już wyćwiczona w tym chwycie. A Enjorlas swoje.
— To był twój pokój? Czy Erola? — próbował wyciągnąć jakieś wnioski Zenek. Niestety, Enjorlas należał do tego typu ludzi, którzy mówili swoje, bez względu na zakłócenia, wtrącenia, roboty drogowe i warunki pogodowe. I nawet śmierć nie była w stanie go uciszyć.
Kiedy Zenek poruszył piętą, coś pod nią chrupnęło. Piasek. Kurz? Nieważne. Klapnął tyłkiem na podłodze i złożył nogi po turecku.

Nie był pewien, czy usłyszał odpowiedź. Enjorlas wycofywał się akurat wtedy, kiedy czyjaś obecność naprawdę groziła banicją. Przynajmniej tak by robił Zenek, gdyby był duchem nielubianym przez Woody'ego. Bo jego to ten Enjorlas też potrafił powkurzać. Woody bez ceregieli wszedł przez drzwi i rzucił worki. Kurz poleciał w górę w szarą chmurę, a Zenka zaswędział nos. Na badylu drgnął mu palec wskazujący.
— A, bo co, jakby ducha wywiało? — zaczął Zenek z wyrzutem, skierowanym najpewniej w stronę Enjorlasa, chociaż tego już nie było… Zenek musiał się upewnić. Zerknął na wszystkie kąty. Czy ducha można było wywietrzyć? Wolał nie sprawdzać. Mało kto go lubił, ale to nadal była część inwentarza. Woody mógłby się czepiać. Jakby mu duszę wywiało.
Gdy Woody rozsunął zasłony… nic tam nie było. Cegły. Hm.

Teraz następowała sekwencja, którą Zenek wykonywał, gdy chciał rzucić zaklęcie. Cofnął różdżkę do tyłu i w górę. Jakby niemal ją rzucał za własne ramię. Raz… dwa… trzy… odliczył w myślach. Zarzucił różdżką przed siebie, kierując ją na stertę. A potem przyjemnym basikiem wypowiedział zaklęcie. Gdzieś na poziomie ucznia drugiej klasy.
— ARANIA EKSUMEJ

Zauroczenie
Rzut Z 1d100 - 100
Krytyczny sukces!

Z końcówki wystrzelił snop niebieskiego światła. Objęło ono całą stertę i rozświetliło ją niebiańskim promieniem.
Ze sterty zaczęły wybiegać pająki. Duże, małe. Wielkości paznokcia, niewiele większe od ziarenka piasku. Rozbiegały się po podłodze na wszystkie strony, naokoło Zenka i Woody'ego na łóżku. Znikały w czterech kątach pokoju. W końcu sterta przestała się świecić. Po zaklęciu pozostała jedynie blada wiązka błękitu, aż wreszcie i ona zgasła.
Cisza.

Zenek siedział po turecku i kontemplował jeszcze chwilę swoje zaklęcie. Wpatrywał się w stertę. Zdawało mu się, że nadal czuje stukot tysięcy malutkich pajączków po podłodze. Całe rodziny.
Sterta wydała się nagle miejscem przyjaznym, w które można było włożyć rękę. Zenek więc włożył. Grzebał w majtach, teraz na sto procent pozbawionych pająków. Grzebał i grzebał, aż wyciągnął za Woodym kolejny przedmiot. Eee, tylko karta.

Rzut Tarot 1d78 - 60
Piątka Denarów

Obejmował ją obiema dłońmi. — Ja myślę, że byśmy mogli spróbować popisać tym piórem. — wymamrotał, kiedy oglądał kartę. Podobnie jak wcześniej różdżkę, przystawił ją blisko nosa. To te braki światła.


I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.
a guy who knows a guy
Ojciec Wirgiliusz uczył dzieci swoje,
a miał ich wszystkich sto dwadzieścia troje
wiek
51
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
przedsiębiorczy właściciel pubu "Rejwach"
Niemal zawsze towarzyszy mu nakrycie głowy: któryś z jego kapeluszy. Zmysł modowy ma raczej mierny i kiczowaty, ale lubi eksperymenty. Widać w jego kreacjach silną inspirację retro westernami, twoim starym na rybach ze szwagrem, ale też mugolską modą lat 70. Nie da się ukryć, że przekroczył pięćdziesiątkę, więc nie próbuje udawać, że tak nie jest. Ma charakterystyczną przerwę między jedynkami, niebieskie oczy, 186 centymetrów wzrostu i barczystą sylwetkę. Zarost na ogół maksymalnie kilkudniowy, choć zdarza się, że zapuści okresowo jasną brodę przetykaną siwymi włosami. Włosów na głowie od lat nie stwierdzono.

Woody Tarpaulin
#12
29.09.2026, 14:15  ✶  
Zanim jeszcze duch zniknął z radaru Zenona, zdążył odpowiedzieć:
— Czyj pokój? To pokój rzeczy ukradzionych!
A więc niegdysiejsza jama rabusiów (z obłażącą od ścian tapetą o zapachu lekkiego grzyba), gdzie Errol przed dwu wiekami chomikował swoje łupy. Pan wielkim złodziejem był, sknerą, oszustem i krętaczem. Podejrzanie często w jego czasie gościom Rejwachu ginęły kuferki, tobołki, walizeczki. No ale cena! Mili państwo, cena noclegu była najlepsza w całym Londynie Magicznym i Niemagicznym!

Choć Woody Enjorlasa nie zdążył ujrzeć, to od razu zwęszył jego obecność, ledwo Zenon zapytał o wywiewanie duchów.
— A niech no i go wywieje. A co? Komu innemu może wreszcie będzie truł gitarę — zbył Tarpaulin owo zaniepokojenie… czy cokolwiek odczuwał Zenek. Bo po Zenku to on nie zawsze widział tak na oko, jak to się Zenek czuje i zapatruje na rzeczy bieżące. Taki dziwak z niego był czasami, ale Woody dobrze był przywykł. — Chciałbym, żeby to tak działało, że ja mu otworzę okno i go nie ma, ale chujek jest jak rzep. Kiedyś poślę po egzorcystę, to się skończy.
Stary tak se mamrotał o tym egzorcyście co i rusz, ale jakoś nic nie dochodziło do skutku. W Rejwachu bywali egzorcyści, niektórzy regularnie moczyli mordę przy rejwachowych stoliczkach, ale jakoś zawsze Woody akurat zapominał do nich gębę otworzyć o tym swoim wielkim spirytystycznym problemie. Bo z Woodym i duchem to było jak ze starym i kotem. Żadnego ducha w domu, stracę kiedyś cierpliwość i wyrzucę, egzorcystę zawołam, a potem jak nikt nie patrzył, to się okazywało, że on to do obecności Enjorlasa miał słabość i by go wcale tak łatwo nie oddał.

Woody’ego to te pajączki nie bardzo obchodziły. Sympatyczne z nich stworki. A przynajmniej jak są takie malutkie i cienkie, domowe, klasyczne, bo taka akromantula chociażby to był zupełnie inny kaliber i tu by się trzeba dwa razy zastanowić.
Jak Tarp zobaczył zaklęcie Zenona, to aż zagwizdał z podziwu. Fiu-fiu, taki czar, że mucha nie siada, a pająk biegnie. Woody się tylko miał na baczności z tym, czy mu żaden zagubiony pajączek do nogawki nie wlezie, bo potem to wyłowić, dramat.

— To by trzeba najpierw wyczyścić, żeby popisać. Nabić świeżym atramentem. Te sprawy. — Woody jeszcze raz obejrzał pióro, kiwając głową z miną znawcy, po czym wsadził je do kieszeni gaci i spojrzał, co tam wyłowił Kozioł. Kartę. — Jak na tarocie są monety, to znaczy, że wróżba będzie o pieniądzach — pouczył, spłaszczając temat tak fantazyjnie, że pierwszy lepszy wróżbita by się za głowę złapał. — Musiałeś wybrać akurat taką z żebrakiem? Cieszę się, że z ciebie, Zenon, nie wróżbita, bo byś na nas ściągnął klątwę biedy. Ja i tak do biznesu dokładam — skłamał w odruchu bezwarunkowym.
Czarodziej wstał. Ceglane okno nie dawało mu spokoju. Obejrzał je raz jeszcze. To z prawej, to z lewej. Zacmokał.
— Wiesz co. Ja to zawsze byłem pewien, że to okno jest. Z drugiej strony, znaczy z zewnątrz, ja żem je chyba widział.
— A pan za widok z okna zapłacił? — Zza ściany wynurzyła się głowa w czapeczce z piórkiem. — Za widok trzeba dopłacić galeona. Tak zawsze było.
— Co ty najlepszego pierdolisz? — warknął Tarpaulin. — Komu zapłacić?
— Gospodarzowi.
— Ja jestem gospodarz.
— To pan sobie sam otworzy widok z okna. To trzeba zaklęciem. — Zza ściany wynurzyła się również widmowa ręka i wykonała ruch, jakby czarowała. — I jest widok z okna.
— Co ty mi tu…
Duch pierdolił od rzeczy, nie ma opcji… ale może coś w tym było. Woody wziął wydobył zza pasa różdżkę i spróbował, czy się tu uda co rozproszyć. Jeśli rzeczywiście jakieś diabelskie zaklęcie siedzi na oknie, to może się zdejmie. Czary-mary. I co? I rozproszył: magicznie zaklęte cegły rozsunęły się, ukazując malowniczy widok na szare ulice Nokturnu.
— Ty, Zenon, widzisz, jaki bajer? — Zachwycony stary przetarł rękawem koszuli szybkę nowo odkrytego okna.


piw0 to moje paliwo
wodzirej
Marzenia chyba zawsze mają swój koniec. Nie wznoszą się, lecz opadają.
wiek
30
sława
III
krew
mugolak
genetyka
snowidz
zawód
keyboardzista
Zenek ma 1.84m wzrostu. Jest zbudowany proporcjonalnie do wzrostu i dość atletyczny przez noszenie walizki, ale generalnie jest bardziej szczupły i smukły. Nad instrumentem się garbi, na kanapie rozciąga albo kurczy. Twarz ma jak pies rasy chartowatej, to znaczy pociągłą i szczupłą. Z ciekawszych jej cech wybijają się długi nos i jasne brwi. Włosy ma brązowe, oczy też. Skóra całym rokiem trzyma ciepły koloryt, a jego dłonie są po prostu ładne. Długie palce i szczupłe nadgarstki to atuty klawiszowca. Jeśli o ubiór chodzi, to nosi się po mugolsku, gdzieś pomiędzy zdobyczami z targu a ciuchami z metką. Głos ma ciepły, dość głęboki. Chrypi, gdy się stresuje. Gdyby śpiewał, to basem.

Zenon Kozioł
#13
08.10.2026, 00:11  ✶  
Nie kradnij, grzmił Bóg miłościwy. Errol nic sobie z tego nie robił. Od setek lat gnił w ziemi, a jego dokonania doczesne podziwiać można było w ostatnim pokoju na piętrze mieszkalnym Rejwachu. Dorobek zachował się tylko dlatego, że jeszcze nikomu nie chciało się go uprzątać.
Tych nieodkrytych do końca pomieszczeń to było w Rejwachu trochę co najmniej. Zenek mentalnie schodził już do piwnicy, gdzie zostawił tamten nieszczęsny bęben. Poza tym stał tam stolik z wystawką kurzu i w sumie to tyle.

Sztuka sprzątania śmieci była delikatną sztuką. Przede wszystkim zakładała, że ofiara nieporządku chciała się ich pozbywać, a każdy miłośnik zbierania wiedział, jakie to było trudne. No ale załóżmy, że zabrakło w pomieszczeniu miejsca na więcej śmieci, co problem. Graty należało zatem zebrać w jednej kupie, czego Errol już dokonał. Zrobione. Potem należało zostawić kupę na trochę, żeby odleżała. Zrobione. Kiedy kupa odleżała swoje, człowiek mógł wtedy zdecydować, czy naprawdę chciał się rozstawać z tym, co uzbierał. Może znajdzie się jakieś inne miejsce na schowanie śmieci? Ale jeśli nie, no to nadchodził najgorszy etap sprzątania. Należało kupę rozparcelować między uczestników eskapady. Centymetr po centymetrze, kupa kurczyła się. Często wtedy okazywało się, jak wiele przydatnych człowiekowi rzeczy można było wytrzasnąć z kupy. A pokój jakby odzyskiwał wigoru. Jeszcze do środka wpuścić ekipę sprzątającą i będzie można podłogi lizać.

Nie było wcale poza Zenka zasięgiem percepcji zrozumieć, czemu Woody nie dzwonił po egzorcystę. Z równie nieprzeniknionym wyrazem przypatrywał się pióru, to jest póki ono tam było. Gdy pióro zniknęło w majtach, Zenek mógł już je obracać jedynie w wyobraźni.
— No to może rzucimy jakimś zaklęciem? — no to… może… słowa wypływały z jego ust jakby w zwolnionym tempie. Wnikliwy obserwator zauważyć musiał, że Zenek nadal w ręce trzymał różdżkę. Tę samą, którą Errol przed wiekami niewątpliwie świsnął czarodziejowi o wyższych zdolnościach. Ściskał ją ciasno w pięści.
Powoli okręcił się ciałem, by patrzeć na Woody'ego, a różdżkę wycelował tam, gdzie pióro właśnie było.
Nie rozumiał, czemu to był taki problem oczyścić pióro jakąś chłoszczyścią. Czarodzieje robili to każdego dnia z rzeczami (czego Zenek nie popierał!), a nagle samopiszące pióro potrzebowało serwisanta.
Ostatecznie jego uwaga powróciła na kartę tarota, po której przejechał czubkiem różdżki. Dwa ludziki.
— Wie pan co, ja tę kupę rzeczy po prostu wstawię na taczkę i wywiozę. Nie ma co tego oglądać. — bo czego oko nie widziało, tego sercu nie żal, a potencjalnie siedzieli na kupie szmalu więzionej miesiącami niezdecydowania. Latami nawet. — Mamy lombard, co nie? Obok monopolu?

A potem to z oknem i Zenka już nogi porwały.
— O kurde. — wstał również i dobrał się do okiennic. No pomacać chciał. Poprzesuwał trochę, a potem zapukał w szybkę. Puk, puk. Gdzie cegły? — A to niebo takie szare. — zakręcił wajchą od otwierania okna. Okienne skrzydła z odlepiającą się farbą skrzypnęły, gdy wyrywał je po latach siedzenia w zawiasach. Poprzeciągać się musiały.
W końcu klapnął łokciami na parapecie. Odzyskanym parapecie. Odzyskali okno, to odzyskają i pokój.
— To cały pokój do zrobienia jest. I piwnica też. — piwnica? — No bo co my tam w tej piwnicy, panie Woody? Stół tylko, chyba. Ten rozkładany.
Okręcił się do Woody'ego, by się dobrze przyjrzeć wyglancowanej łysinie. Jak on na to baczył.
— Stół można tutaj. To bez znaczenia, bo i tu schody, i tam schody. Gdzieś się bęben wciśnie. — kluczył wytrwale, ale język wiedział, co zamierzał powiedzieć. Paznokciem skubał z parapetu farbę. — Bo ja to bym bardzo chciał magiczną dyskotekę.
Jak się w środku zrobiło tak jasno, to znowu musiał pomrugać.
— Wie pan… Co to dyskoteka?

Łapacz marzeń
Rzut PO 1d100 - 41
Sukces!


I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Woody Tarpaulin (3575), Zenon Kozioł (4576)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa