Bezsens kłótni polegał na tym, że w zasadzie nie było dobrego zachowania ze strony przeciwnej. Albo... była, tylko pytanie, czy gotowi byliśmy na poświęcenia i do jakiego stopnia, kiedy druga strona ewidentnie odmawiała poświęcać się dla nas. No bo to takie proste - zastanowić się. Zatrzymać. Złapać siebie samego za pysk. Och, Sauriel do pewnego stopnia się powstrzymywał, bo to wcale nie była taka ładna prawda, że on by na Victorię ręki nie podniósł. Raz już podniósł. I zrobiłby drugi raz, gdyby te emocje wyskoczyły ponownie do tak wysokiego pułapu. Był teraz spokojniejszy. Kontrola była łatwiejsza. Ale na cuda nie była warto liczyć, a te granice człowieka stawały się zatrważająco giętkie, kiedy coś zaczynało na nie naciskać. Więc? Ta neutralność. Była złotem, bo przecież gdyby Victoria sama zaczęła krzyczeć, to wszystko eskalowałoby bardziej. Więcej. Neutralność to jedno, dobór słów - kolejne. Przecież to był taniec bosymi nogami po rozbitym szkle. Były dobre kroki, ale jak je dobierać tak szybko, w takim pędzie?
- Jestem... co kurwa? - Mina pełna niezrozumienia połączona z wkurwieniem - oto doskonała mieszanka, która była potrzebna do ocenienia wyglądu tego Kota właśnie w tym momencie. Chyba dobrze, że kłótnia nie była w domu Victorii. Z drugiej strony - gdyby byli w domu Victorii to nie byłoby tej kłótni. Albo? Prędzej czy później coś by się poszło jebać, przecież miała rację - nie mogła w kółko unikać Josepha, nie wspominając, że unikanie takich ludzi czasem kończyło się jeszcze gorzej. Takich, którzy mieli swoje sposoby, by wymusić spotkanie. A wtedy mogło się już ono skończyć na przeróżne sposoby. I nawet jeśli nie byłoby tam woli krzywdy fizycznej, to przecież ta psychiczna... nie ważne, jak wiele zasłaniała oklumencja - środeczek nadal był raniony przez odłamki szkła. Błyszczące w barwach pomarańczy świec odłamki szkła.
- No... okej. - Opuścił dłoń z twarzy. I wyjątkowo nie wiedział nagle, co z tą dłonią zrobić, więc powędrowała ona najpierw wzdłuż jego ciała, potem przesunął nią po drugiej ręce, aż w końcu wetknął ją na biodro. Więc teraz stał jak ten zupełny debil, podparty pod te biodra i gapił się na Victorię. Momentalnie stygnąc. Dziwne, że nie było widać, jak para ulatuje znad jego czarnych włosów. - Nooo.... tak. Możemy. - Tak jakby było potrzebne powtarzanie tego, ale nagle nie wiedział, co powiedzieć. Te emocje znikały bardzo szybko i wręcz poczuł dreszcz na karku. Lekko się wzdragnął, a to pozwoliło mu na moment odwrócić spojrzenie z Victorii. Opuścił te ręce wzdłuż ciała i przeszedł wolnym krokiem (jakby się skradał) w stronę sofy. Nie tak, by usiąść obok Victorii, ale tak, by siedzieć bliżej nie, a nie naprzeciwko. Usiadł po prostu na drugiej kanapie.
To był właśnie ten moment, w którym mówisz: przepraszam, albo: masz rację, albo: zachowałem się jak dureń. Ale Sauriel wybrał nic nie mówienie. Dobrowolny wybór, a ponoć idiotów nie sieją. Podobno. Niektórych za to niedojebanych emocjonalnie ludzi bardzo sprawnie hodowano pod okiem równie niedojebanych emocjonalnie rodziców. To była ta cisza, która była niezręczna, a on się napinał na pierwszą z brzegu myśl o tym, że miałby wydusić z siebie jakieś słowo. Bo to, co przychodziło mu do głowy, były seriami z tych wypisanych. Tak jakby to miało czemuś tutaj urągać. Komuś. Jakby samego siebie teraz miał obrazić. Nie, by to powiedzieć, jeszcze bardziej musiał ostygnąć.
Przechodzimy płynnie w fazę naburmuszoną.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.