Roześmiała się dźwięcznie na to, jak nazwał ją Śnieżką ze skorą białą jak śnieg. Nie dało się zaprzeczyć, że urodowo Victoria to była ciemna zima: ciemne oczy i ich oprawa, niemal czarne włosy, lecz jej skóra nie była porcelanowa, a oliwkowa, choć w tych chłodnych podtonach. Dzięki temu mogła sobie pozwolić na noszenie intensywnych, wyrazistych kolorów jak czerń, granat, szafir, szmaragd, fuksja, a nawet czerwień czy biel – to w pastelach wyglądała śmiesznie. Skojarzenia Christophera z zimą i śniegiem były więc bardzo celne, ale też to był jego zawód, sposób na życie i pasja, której oddawał się w całości, nie był to strzał, bo Rosier doskonale wiedział, jakim typem urody była Victoria, jak to ubrać w słowa i co jej pasuje, a co zdecydowanie nie. A teraz pasowało jeszcze bardziej, gdy była taka wręcz lodowata, z pewnością nieprzyjemna dla człowieka, który normalnie odczuwał temperatury, a miał przy sobie taką bryłę lodu.
– I usta czerwone jak krew – dodała dla dopełnienia tego opisu i uśmiechnęła się do Chrisa. – Nie bardzo… To znaczy, heh, próbowałam już chyba wszystkiego. Spanie pod dziesięcioma kołdrami i w grubym płaszczu, gorące, naprawdę gorące kąpiele, wkładanie rąk do kominka… Cholera, nawet zionął na mnie smok i nadal było mi zimno – powiedziała to tak normalnie, jakby wcale nie mówiła o straszliwym smoku, który mógł ją i Brennę zmieść kłapnięciem szczęk i co prawda wtedy było trochę strasznie, ale teraz mówiła o tym ze śmiechem. – Eliksiry rozgrzewające nie mam pojęcia czy jakkolwiek działają, bo ja nie czuję różnicy. Może zrobią moją temperaturę znośną dla innych, ale to tymczasowe rozwiązanie… – i do tej pory tego nie robiła, ale mogła przy tym nie być taka nieprzyjemną bryłą lodu dla innych, więc może warto, choćby na takie właśnie spotkania.
– Może, nie można tego wykluczyć – odparła i uśmiechnęła się do Rosiera nieco zachęcająco, a nieco współczująco. Rozumiała to… chyba. Pewnie zastanawiał się, kto i ile osób w rodzinie klękało przed Czarnym Panem. Sama też miała takie wątpliwości odnośnie swojej rodziny, lecz wolała to jakoś od siebie… odsunąć. – Chyba nie warto się nad tym zbyt mocno zastanawiać… czasami niewiedza jest błogosławieństwem – stwierdziła i skrzywiła się lekko, ale mówiła to szczerze i w dobrej wierze, bo paranoja nikomu nie służyła. – A przynajmniej… nie dzisiaj – dodała i uśmiechnęła się niemalże psotliwie, bo oto byli na bal, by dobrze się bawić, a myśl o Spalonej Nocy i Śmierciożercach nie powinna psuć tej atmosfery.
– Nie, nie mieszkali razem. Nie było też żadnych obrączek, żadnych dokumentów, niczego. Nikt się nie zorientował, nie wiem nawet kiedy to nastąpiło, ani czy w ogóle, bo równie dobrze to może być jakaś gruba ściema, ale pan Mulciber nawet nie próbował zaprzeczyć tej plotce, ani napisać do nas z wyjaśnieniami, czy przeprosinami za skandal, ani że to prawda, ani że nieprawda. Nic – wykrzywiła w niezadowoleniu pełne usta pociągnięte tą mocną czerwienią tak pasującą do reszty jej ubioru i kolorystyki, na jaką się zdecydowała. To wszystko co wymieniła było chyba wystarczająco, by stosunki między tymi rodzinami się ochłodziły.
Gdy muzyka zamilkła i ona stanęła i ściągnęła rękę z ramienia Christophera, pozwalając mu przez moment jeszcze trzymać w dłoni swoją.
– Hmm, wracamy? Nie chciałabym, żeby przeze mnie było ci zimno.