Właśnie - Victoria wydawała się, jakby czytała w myślach. Właściwie to on wymagał, żeby robiła to, co zawsze - czyli w nich czytała! Byłą taka dobra w ukrywaniu, w drugą stronę to nie działało? Mieli tutaj jakąś ścianę, której nie mogła przebić? Nagle okazywało się, że były tematy, na które trzeba rozmawiać. Sauriel nie chciał na ich temat rozmawiać, bo były ciemne, brzydkie, bo psuły jego pogląd na rzeczywistość, kiedy ulegały styczności z opiniami innych. Teraz był bliski tego, żeby wstać i się odsunąć. Próbował trochę z tym walczyć, kierując się prostą myślą: to głupie. To wstanie, kręcenie się, bo po co? Co jak jej się zrobi przykro? A jeśli będzie tu tak tkwił z miną, jakby mu kot w gacie nasrał to lepiej niby będzie? Unikając jej spojrzenia, bo było nagle za ciężkie? Jej bliskość była za ciężka? Wytłumacz TO! Nonsensowność myśli, kiedy chcesz jednocześnie zostać, ale jakaś siła pcha cię do prostego wniosku: nie możesz. Z roztargnieniem Sauriel podniósł się i odłożył ten album na sofę. Na miejsce, w którym siedział.
- Muszę to rozchodzić. - Mruknął tylko i spojrzał na nią z taką dozą przestrachu. Z obawą, że jednak zrobi to na niej inne wrażenie. Ale naprawdę musiał. Musiał się ruszyć, nie był w stanie siedzieć w miejscu i normalnie prowadzić konwersację, jakby wszystko było w najlepszym porządku. Nie było. Nie dlatego, że naprawdę coś się działo, że temat był taki straszny. Mózg się nakręcał, a hormony nawet w wampirzym organizmie, jak się okazuje, potrafiły robić co im się żywnie podoba. Podobało im się robienie burdelu w jego głowie. Więc oto mamy burdel. I wszystko to za zasłoną czarnych oczu.
Przeszedł się szybkim krokiem wzdłuż pomieszczenia, przytrzymał ręce za plecami - brakowało, żeby się wyprostował jak struna, żeby zaczął imitować żywszą i bardziej energiczną wersję Josepha. Lecz nie - to ciągle był Sauriel, który ramiona nosił bardziej podkulone. Zakręcił w rogu - poszedł w drugą stronę. Ściany wróciły już do swojej racji - stały się tak samo rozpierdolone, jak wcześniej. Och, przepraszam! Wygładzone! Ostatnie muśnięcia i będzie tu jak... Jak gdzie? Jak u Sauriela Rookwooda? Poszedł wzdłuż ściany dalej i kiedy dotarł do następnej - zawrócił. Nie chodził w kółko jak jakiś idiota. Chodził w linii prostej jak... jakiś idiota.
- Im więcej personalnych rzeczy zostawiam, tym łatwiej potem o dowody, o połączenia, o informacje, o wszystko. Psy Ministerstwa są takim samym problemem jak Szczury ze Ścieżek. Nie jestem bogiem, jestem zwykłym człowiekiem, który robi błędy, a pod wpływem impulsywności - nawet niemałe. - Jasne, że się starał. Nie było dla niego gorszej wizji niż więzienie. To ono było największym z jego koszmarów. Śmierć... kiedy już raz ją przeżyłeś wcale nie stawała się mniej straszna. Za to stawała się bardziej znana. I była definitywnie lepsza od wieczności spędzonymi za kratami wśród dementorów. - Powinienem pozbyć się wszystkiego, ale nie chcę, zależy mi. - To była słabość, czyż nie? Przywiązanie do rzeczy materialnych. Ale przecież o tych Joseph i Victoria mieli okazję dzisiaj wymienić słówko.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.