Ich wspólne lekcje francuskiego od początku były raczej pretekstem do spotkań niż zwykłym ćwiczeniem języka. Można było się domyśleć, kiedy na pierwsze spotkanie Louvain przyniósł jedyny francuski materiał, jaki miał czyli stary podręcznik do eliksirów autorstwa swojej babki Dorindy. Przesłany przez siostrę, by jakoś zaliczył przedmiot mimo trudności, parę lat wcześniej. Książka była totalnie archaiczna, pełna staroświeckiego słownictwa i nijak nie nadawała się do normalnej nauki, co mogło wywołać ciche zażenowanie. Niezła wtopa jak na potomka francuskiej emigracji na którą uwielbiał pozować przed Astorią. Wybronił się, jak zwykle zresztą, głupimi żarcikami i ironicznym uśmieszkiem. Astoria, zaskakująco dla niego, a może bardziej z rozczarowaniem nad sobą, okazała się dysponować znacznie bogatszym słownictwem. Każde jej zdanie brzmiało naturalnie, płynnie, a on mógł jedynie pochwalić się dość dobrym, paryskim akcentem, wynikiem częstszych wyjazdów i rozmów w języku w jego domu. Nie powinno było go to tak dziwić, skoro skuteczniejszą metodą na jego francuski był kij, niż marchewka. Niestety, ale Louvaina uczyło się trzcinką po palcach, bo kiedy tylko mógł uciekał od książek jak najdalej. Tak przynajmniej zwykle bywało w domu rodzinnym. Nie przeszkadzało mu to jednak roztaczać czar swojego nazwiska i pozować na najbardziej francuskiego Francuza. Mimo tego z każdą kolejną lekcją Louvain odkrywał, że jego przewaga w języku staje się coraz mniej znacząca, a Astoria z każdym kolejnym słowem roztaczała nad nim subtelną przewagę intelektualną i językową, która jednak zamiast peszyć, pobudzała go w przyjemny, niemal figlarny sposób. I tak oto z pozycji w której to on miał podszkolić ją, okazało się, że Avery była tą która łapała go na błędach. Czasami tylko pogrywał sobie z nią, rzucając jakiś slangowe, nadsekwańskie słówko które raczej ciężko znaleźć w słownikach, nie mówiąc jej oczywiście co ona oznaczało, żeby chociaż trochę uszczknąć małego zwycięstwa dla siebie. Szybko jednak Louvain i Astoria odkryli własny sposób zabawy językiem. Nadawali wspólnym znajomym prześmiewcze pseudonimy po francusku. Atreus, naczelny pałkarz stał się "Le Marteau” - Młotem. Bo może nie był najostrzejszym ołówkiem w piórniku, za to umiał uderzyć. Stanley, który lubił się rządzić i mówić reszcie, co powinni robić, zyskał przydomek "Le Petit Roi” - Mały król. Każde takie słowo było powodem do cichego śmiech między nimi i tworzyło ich własny, nieformalny kod. Taka odmiana, bo zwykłe studiowanie książek niezwykle szybko nudziło Lestranga. Z biegiem kolejnych lekcji ich spotkania coraz szybciej traciej traciły walor edukacyjny. Stały się okazją, by spędzać czas razem w półmroku, przy migotliwym świetle świec, które dawały intymny nastrój, jakby cały świat poza nimi przestał istnieć. Louvain lubił siadać na przeciw Astorii, delikatnie dotykając jej ręki, podtrzymując ją na kilka chwil, a potem spijać każdy uśmiech z jej ust. Każde powtarzane słowo, poprawiana wymowa i półuśmiech stawały się częścią gry, której reguły wyznaczały ich spojrzenia i subtelne napięcie. Trudno było stwierdzić, która lekcja była jeszcze lekcją, a która już niedopowiedzianą randką.
Lochy Ślizgonów tonęły o tej porze w półmroku, a pokój wspólny zdawał się wciągać w siebie każdą sekundę. Siedzieli tam już od dłuższego czasu, na tyle długo, że reszta ślizgonów zdążyła rozejść się po swoich pokojach, a Louvain zupełnie stracił poczucie upływającego czasu. Zwykle miejsce to budziło w nim niepokój. Chłód kamiennych podłóg mieszał się z szumem jeziora zza grubych murów, przypominając o głębokiej, ciemnej wodzie, której wolał unikać. A jednak przy Astorii wszystko traciło znaczenie. Leżąc na podłodze, podpierając głowę o zwiniętą w wałek szatę wierzchnią, udawał znudzonego, a mimo to podrzucał kafel do góry, łapiąc go tuż przed twarzą z nonszalanckim wdziękiem. Chłód kamienia mieszał się z ciepłem ognia, a lekkie napięcie, które zwykle odczuwał w lochach, rozpływało się w jej obecności.
- Byłabyś Élixir de Couronne Éternelle. Odezwał się po chwili zastanowienia, odpowiadając na pytanie które sam postawił. Jeśli byłabyś francuskim eliksirem, to jakim? Więc wymyślił dla niej Eliksir Wiecznej Korony. - Bo tylko magiczny cud sprawi, że korona spadnie ci z głowy. I uśmiechnął się w mig, bardzo sarkastycznie bo bardzo zadowolony ze swojego żarciku. Jeszcze jeden podrzut, a potem chwyt, jakby prowokacyjnie zapraszał żeby rzuciła w tę jego piłeczkę poduszką, czy czymś. - A ja? Jakim francuskim eliksirem bym był? Dodał zaraz potem, śmiejąc się z tego jak głupio brzmiała ta jego zabawa.