• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 … 7 8 9 10 11 Dalej »
[Noc Beltaine 72, Aleja Horyzontalna] Granice światów

[Noc Beltaine 72, Aleja Horyzontalna] Granice światów
Syn czarnoksiężnika
wiek
35
sława
IV
krew
czysta
genetyka
dziedzic Slytherina
zawód
Archeolog
Cathal wdał się w dużej mierze w matkę z Gauntów: po niej ma dość jasne włosy i jasne oczy. Mężczyzna bardzo wysoki, około 192 cm wzrostu, któremu wyraźnie nie był w życiu obcy wysiłek fizyczny. Gdzieś pomiędzy trzydziestką a czterdziestką.

Cathal Shafiq
#1
25.03.2023, 23:18  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.06.2023, 21:33 przez Morgana le Fay.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Cathal Shafiq - osiągnięcie Piszę, więc jestem

Opuścili polanę, gdy niebo zaczęło ciemnieć. Bawiący się znikli im z oczu, ale z tyłu wciąż dobiegały śmiechy, muzyka, czasem okrzyki, gdy ktoś wyjątkowo widowiskowo wspiął się na majowy słup. Shafiq nie wyjaśniał, dlaczego tak nagle przerwał im zabawę. Cathal wyciągnął różdżkę, by za pomocą lumos rozświetlić otaczający ich mrok, coraz gęściejszy. Zaczynała się noc Beltaine, święta radości i ognia. Noc, w której granice między światami stawały się cienkie, a magia potrafiła działać w zaskakujący sposób.
- Podrzucisz Jamila pod jego mieszkanie? – spytał Cathal, zwracając się do Nell.
- Na Nokturn? Ja wyglądam, jakbym na głowę upadła? – oburzyła się Nell, zakładając swój wianek na głowę. – Myślałam, że dzieje się coś bardzo ważnego. Dlaczego psujesz nam zabawę?
- Nie podoba mi się atmosfera – oświadczył Cathal beznamiętnie, na co uzdrowicielka rzuciła mu wściekłe spojrzenie. Chciała chyba coś powiedzieć, ale w tym momencie kątem oka dostrzegła, że z polany w oddali widać światła: czerwony, tętniczy blask, który prześwitywał przez krzewy i drzewa, tak że był widoczny nawet tutaj, chociaż zdążyli przecież oddalić się już kilkadziesiąt metrów. I może samo w sobie nie byłoby to dziwne, ale ich uszu nie dobiegała już muzyka, za to rozbrzmiały dalekie krzyki.
Jeden, szczególnie głośny.
Uciekajcie! To On!
- Moje londyńskie mieszkanie, już! – zmienił Shafiq nagle zdanie, najwyraźniej nie chcąc kłócić się ani czekać aż Nell zostanie podany adres. Aportował się z cichym pyknięciem, a Nell złapała Anwara za rękę i znikła zaledwie sekundę później. Żadne z nich nie miało pojęcia, że magia właśnie ulegała zakrzywieniu. Że udało się im teleportować tylko dlatego, że odeszli już w las…
…ani że Anwar niekoniecznie był już sam.
Byli na tyle daleko, że zakłócenia teleportacji nie powstrzymywały ich przed zniknięciem, coś jednak poszło nie tak. Cathal zamiast przed progiem swojego niewielkiego mieszkania w Londynie, wylądował w zaułku w pobliżu i w dodatku walnął o kosz na śmieci. Na szczęście zamknięty. Mężczyzna zaklął głośno i stoczył się z pokrywy. Nell wprawdzie trafiła przed kamienicę na Horyzontalnej, w której mieściło się mieszkanie Shafiqa, ale trzy metry nad ziemią: wydała z siebie zdławiony okrzyk, zanim uderzyła prosto w schodki wiodące do budynku i stoczyła się z trzech stopni na bruk. Przez chwilę leżała po prostu, oszołomiona, wpatrzona w ciemne już niebo, zanim przypomniała sobie, że przecież powinna trzymać dłoń Jamila. A nie trzymała. Zakłócenie, o którym nie wiedzieli, sprawiło, że ich rozdzielono.
- Anwar?! Cal?! – krzyknęła Nell, siadając z pewnym trudem.
- Jestem! – dobiegł okrzyk Shafiqa z jednej z alejek.
- Czy wy wiecie, która godzina?! – wrzasnął ktoś, wychylając się z okna pobliskiego budynku.
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Leta Crouch
#2
26.03.2023, 20:42  ✶  
Właściwie to Leta nie potrzebowała dodatkowych, konkretnych powodów, żeby znikać z Beltane. Zasłona tej nocy stawała się cienka i to generalnie wystarczyło, żeby brać dupy w troki i zmywać się jak najdalej od Polany Ognisk.
  Tylko tyle i aż tyle – jakkolwiek by nie patrzeć, o członków własnej ekipy należało dbać, nawet jeśli czasem miało się ich wielką ochotę rozszarpać. I przekląć do siódmego pokolenia, co najmniej. Niemniej Anwarowi nie życzyła źle, mimo iż jego hazardowe ciągoty potrafiły doprowadzić do białej gorączki; wciąż, opętanie przez losowego ducha było problemem, którego wolała uniknąć.
  Dlatego tyle wystarczyło.
  Choć to też nie tak, że nie zastanowiło jej, iż najwyraźniej Cathal miał dodatkowe powody, żeby się stąd zmywać. Tylko że pociągnięcie za język, jak widać, okazywało się być dość nieskuteczne. Sama podjęłaby – zapewne – dodatkową próbę dowiedzenia się, ale…
  … najwyraźniej Beltane trafił właśnie szlag.
  Bogom dziękować, nie znajdowali się już w największej ciżbie; była całkiem pewna, że w takim tłumie to po prostu zostałaby stratowana. Bo nie, nie wierzyła, że tam wszyscy grzecznie dobierali się w pary, łapali za rączki i grzecznie tuptali do wyjścia z sabatu.
  Nie, tam musiał panować chaos.
  Londyńskie mieszkanie Shafiqa, niech będzie. Chwyciła za różdżkę, sięgnęła po magię i…
  … teleportacja się powiodła. W pewnym sensie.
  O ile nie utknęła gdzieś w przestrzeni, nie uległa rozszczepieniu (tylko tego jeszcze do pełni szczęścia brakowało!), to zdecydowanie nie wylądowała tam, gdzie chciała wylądować. Cathal trafił na kosz.
  Leta trafiła… do kosza.
  Zamkniętego kosza.
  Cathal mógł usłyszeć stek mocno przytłumionych przekleństw, a następnie głośne łupnięcie – wkurwiona Crouch bynajmniej nie bawiła się w delikatność, jeśli chodziło o podnoszenie pokrywy. Wkrótce zaraz pojawiła się zmierzwiona czupryna, a następnie i reszta głowy, nie mówiąc już o dłoniach, szukających podparcia, żeby jakoś wyjść z tego cholernego, śmierdzącego śmietnika. Pół nocy w kąpieli, jeśli nawet nie cała – minimum tyle potrzebowała, żeby zmyć z siebie ten smród.
  - W sam raz na kawę! – odparowała odruchowo i… och, czyżby los był na tyle łaskawy, żeby dać jej jeszcze wybawcę z opresji? - Caaaaal! Pomożesz?
  No bo to nie tak, że wygrzebanie się było proste...
Przyjaciel duchów
You are lost in the trance
Of another Arabian night
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Jamil ma metr siedemdziesiąt pięć wzrostu, krótkie ciemne włosy i równie ciemne oczy. Urodę posiada typową dla Egipcjanina, przez co wyróżnia się na tle bladych Brytyjczyków. Dosyć często się uśmiecha, ma dość bogatą mimikę twarzy. Z jednej strony trzyma się gdzieś z boku, a z drugiej masz wrażenie, ze i tak wszędzie go pełno.

Jamil Anwar
#3
27.03.2023, 18:10  ✶  
Chociaż początkowo atmosfera na Beltane była całkiem przyjemna, w dodatku wprawiała Jamila w całkiem przyjemny nastrój, tak zakończenie niespecjalnie mogło przypaść mu do gustu. Gdyby tylko w ogóle je rejestrował, bo zamiast skupiać się na tym, co działo się wokół nich: na krzykach, panice i nagłej teleportacji, on toczył walkę we własnym wnętrzu. Cathal i Leta zdecydowanie mieli rację, że powinien był się trzymać z daleka od tego miejsca.
Te dziwne przebłyski, kiedy wciąż zdawało mu się, że coś jest nie tak, nie były jedynie odurzeniem umysłu przez dziwaczny alkohol Malfoya, czy nawet magią samego sabatu. Było wszystkim tym, co mieściło się za metaforyczną zasłoną i szukało jakiejś możliwości ucieczki do świata rzeczywistego. I Jamil walczył z tym przez większość czasu spędzonego w Kniei Godryka, aż do tej jednej chwili, gdy Crouch przekonała go do wejścia na pal i zamroczyło mu umysł. Jeden ze spryciarzy wykorzystał moment, gdy tańczyli wokół ogniska, skupieni wyłącznie na sobie, wkradając się do ciała Egipcjanina. Czar prysł, zaś intruz pozostał. W dodatku pragnąc za wszelką cenę dostać się do źródła niebezpieczeństwa. I mężczyzna stałby tak między drzewami, próbując za wszelką cenę wyzbyć się ducha z własnej głowy, przerwać tę nić, którą zwykle kurczowo łapał, a która teraz zdawała się obwiązywać wokół jego rąk i spróbować wyrwać się z transu, który nakazywał mu puścić się biegiem z powrotem na polanę. Jeszcze parę chwil, gdy duch silniejszy psychicznie od niego spychał go w tył własnego umysłu, a skończyłby u boku tego, którego najwyraźniej obawiali się wszyscy wokół.
Nell złapała go w ostatnim momencie, wciągając w wir teleportacji, ale tym samym też osłabiając wolną wolę i dając duchowi pełną samowolkę.
- Czy ktoś mógłby ściągnąć mnie na ziemię? – zawołał z góry, orientując się, że jego własna kurtka zaczepiła się o jeden z prętów podtrzymujących rynnę. Tak jak i Nell, znalazł się na Alei Horyzontalnej kilka metrów nad ziemią, choć w przeciwieństwie do niej nie wylądował na chodniku. Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że właściwie jedyną osobą, która by go zrozumiała, był Cathal, bowiem słowa te padły po francusku, wypowiadane nie przez Jamila, choć jego głosem. To, co wkradło się do jego ciała, szybko jednak zorientowało się, że otaczający go ludzie mówią innym językiem. – Proszę – dodał, tym razem po angielsku, choć z wyraźnym akcentem. Sam Anwar miał przebłyski tego, gdzie się znajdował, choć zdawały się to być niewyraźne obrazy jak ze snu, podczas gdy ktoś inny wychodził tutaj na prowadzenie. Szlag by to trafił.
Syn czarnoksiężnika
wiek
35
sława
IV
krew
czysta
genetyka
dziedzic Slytherina
zawód
Archeolog
Cathal wdał się w dużej mierze w matkę z Gauntów: po niej ma dość jasne włosy i jasne oczy. Mężczyzna bardzo wysoki, około 192 cm wzrostu, któremu wyraźnie nie był w życiu obcy wysiłek fizyczny. Gdzieś pomiędzy trzydziestką a czterdziestką.

Cathal Shafiq
#4
27.03.2023, 19:38  ✶  
Cathal, słysząc wybuch i patrząc na wylatującą w powietrze klapę, zamarł na chwilę, wciąż siedząc na ziemi. Jego umysł, obarczony chorobą, uległ chwilowemu zawieszeniu, pochłonięty analizowaniem, jak wysoko wyrzuciłoby go to zaklęcie, gdyby nie stoczył się z pokrywy dostatecznie szybko. Potem dźwignął się wreszcie i podszedł do kosza, by chwycić Alethę i unieść tak, aby mogła siąść na brzegu kubła i zeskoczył po właściwej stronie.
Nie podarował sobie jednak komentarza.
- Cuchniesz, Leta – poinformował, co zapewne byłoby bardzo niegrzeczne i niedopuszczalne, gdyby nie to, że znali się od dwudziestu lat i właśnie osobiście wygrzebywał ją z kosza na śmieci. Potem jego uszu dobiegł głos Jamila. W pierwszej chwili Cathal nie zarejestrował nawet, że coś nie jest nie tak. W jego krwi płynęła przedziwna magia rodu, który tak wiele czasu spędzał na podróżach, że jego potomkowie wypijali znajomość języków dosłownie z mlekiem matki. Rozumiał każdy język i usłyszenie obcego w Anglii nie stanowiło dla niego niczego nadzwyczajnego. Dlatego odpowiedział odruchowo również po francusku.
- Gdzie znowu wlazłeś? – rzucił we francuskim, po czym wyszedł z alejki, by zobaczyć Nell siedzącą przed wejściem i przypatrującą się czemuś na górze ze zdziwioną miną. Zadarł głowę, kiedy padło „proszę”, i chyba dopiero ten akcent, bardzo nie jamilowy, uświadomił mu, że…
…coś jest nie tak.
Nie mógł wiedzieć, jak długo duch tam siedzi. Ani czy Jamil się nie wygłupia (ale w papierach nie miał znajomości francuskiego). Ale przecież nie bez powodu nie chcieli, aby Anwar, niekiedy beztroski i nieprzyzwyczajony do magii sabatów na Polanie Ogni, nie kręcił się tam po zmierzchu w noc Beltaine. Paskudne podejrzenie zrodziło się w jego umyśle.
- Już cię ściągamy. Nic ci nie jest, Klaus? – zapytał bez mrugnięcia okiem, wypowiadając fałszywe imię. Jak pamiętał z przypadku Fadila, duch nie miał wtedy wiedzy swojego „rezydenta”. A potem opuścił głowę, spoglądając wymownie najpierw na Nell, a potem na Letę. Nim ta podeszła bliżej, szepnął ku niej, bardzo cicho, właściwie ledwo poruszając ustami. „Rozbrój go”.
Sam też sięgnął po różdżkę. Szykując się do skrępowania czarodzieja, tak na wszelki wypadek, gdyby zrobił cokolwiek podejrzanego, kiedy już zostanie sprowadzony na ziemię.
- Nell? Zdejmiesz go? Jesteś lepsza w translokacji.
- Ale…
- zaczęła Nell, po czym urwała. Zebrała się z ziemi i w końcu wycelowała różdżkę w Jamila. Uniósł się nieco, ubranie pękło z głośnym trzaskiem, a potem zaczęła bardzo powoli opuszczać go ku ziemi…
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Leta Crouch
#5
31.03.2023, 23:49  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.04.2023, 12:23 przez Leta Crouch.)  
Po Beltane kobieta mogła spodziewać się wiele, na pewno jednak nie wylądowania w ulicznym koszu na śmieci. Nawet jeśli nie przebywała w nim bardzo długo, to i tak miała wrażenie, że przesiąknęła tym paskudnym smrodem, od stóp do głów. Już wolała wonie w obozowisku po bardzo długim dniu, niż… ten koszmar na jawie. Fuj. Po prostu jedno, wielkie, fuj; z każdą chwilą nabierała też pewności, iż ten smród zostanie z nią na kilka kolejnych dni.
  Nawet nie dlatego że w kąpieli się go nie pozbędzie – po prostu tak mocno osiadł w nosie, że zdawało się teraz niemożliwym poczucie czegokolwiek innego.
  - Dzięki, nie domyśliłabym się tego – sarknęła, balansując na brzegu kubła i naprawdę starając się nie wpaść z powrotem w te woniejące otchłanie. Upokorzenie do potęgi; chyba by czegoś takiego już najzwyczajniej nie zniosła! W każdym razie, odrobina wysiłku i…
  … udało się zeskoczyć na ziemię.
  Kobieta była wyraźnie poirytowana i właściwie nawet nie próbowała tego ukrywać – zresztą, kto nie byłby wkurzony, gdyby nagle wylądował w nie do końca w tym miejscu, w którym się spodziewał? Jeszcze pół biedy, gdyby to była faktycznie kwestia jedynie paru metrów, ale jednak na pewny grunt pod stopami, nie do… no właśnie.
  Wręcz z obrzydzeniem się otrzepała (jakby to miało faktycznie w jakikolwiek sposób pomóc w zmniejszeniu rozsiewania wokół siebie iście ulicznych woni) tuptając przy tym za Shafiqem, strącając przy okazji jakąś cholerną skórkę owocu, która przylgnęła do rękawa. Fuj.
  W pierwszej chwili sama również nieszczególnie zauważyła, że coś nie grało – ale to jednak głównie za sprawą koncentrowania się na sobie. Ale gdy głos Cala przebrzmiał w zupełnie innym języku, gdy za żadną cholerę nie mogła sobie przełożyć tych słów na coś zrozumiałego, to do niej dotarło.
  Coś było mocno nie tak.
  Już otwierała usta, żeby coś powiedzieć, niemniej bardzo szybko je zamknęła, pojmując w lot polecenie. Ot, otrzymała odpowiedź, zanim w ogóle o nią poprosiła; to w pewnym sensie… ułatwiało.
  Cóż, mogła oszczędzić Jamilowi zapoznawania się z brytyjską kulturą…
  - Prędzej bym się spodziewała, że będziemy ciebie ściągać z drzewa, a nie z rynny – rzuciła, starając się z siebie wykrzesać weselsze tony, dla niepoznaki. W rzeczywistości… cóż, różdżka w pogotowiu. Nie czekała, aż stopy nie-Anwara dotkną ziemi; pozostało jeszcze raptem kilka centymetrów, kiedy machnęła nagle różdżką. Najlepsze ataki to te z zaskoczenia… Tak że przy odrobinie szczęścia, stary-nowy znajomy powinien był zostać pozbawiony narzędzia. I do tego najlepiej oszołomiony - choć raczej głównie za sprawą nagłości rzuconego zaklęcia niż próby wyrządzenia mu krzywdy. W końcu prawdziwy Anwar wciąż tam tkwił; szkoda by było go uszkodzić...


Odkryj wiadomość pozafabularną
translokacja na odebranie różdżki
Rzut N 1d100 - 24
Akcja nieudana
Przyjaciel duchów
You are lost in the trance
Of another Arabian night
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Jamil ma metr siedemdziesiąt pięć wzrostu, krótkie ciemne włosy i równie ciemne oczy. Urodę posiada typową dla Egipcjanina, przez co wyróżnia się na tle bladych Brytyjczyków. Dosyć często się uśmiecha, ma dość bogatą mimikę twarzy. Z jednej strony trzyma się gdzieś z boku, a z drugiej masz wrażenie, ze i tak wszędzie go pełno.

Jamil Anwar
#6
04.04.2023, 18:45  ✶  
Jamil przegrał walkę z duchem głównie dlatego, że wciąż był zbyt oszołomiony magią sabatu. Nogi nadal bolały go od tego szaleńczego tańca, a ręce paliły od drzazg pozostałych po wspinaczce na pal. Nowa rezydentka jego ciała nie mogła jednak znać przyczyny tego wszystkiego. Dusza wiedziała jedynie, że znalazła się na rynnie z powodu szybkiej teleportacji w chwili, gdy na polanie w Dolinie Godryka pojawiła się postać w pelerynie. Kimże był ten czarodziej? Podejrzenia rodziły się w głowie, ale tylko grupa nieznajomych, najwyraźniej przyjaciół osoby, która została przezeń opętana, mogła je rozwiać.
- Nic mi nie jest – odkrzyknął nie-Jamil, notując sobie w głowie, że najwyraźniej jest Klausem. Cóż za okropne imię. Przyglądanie się ludziom w dole nie należało zresztą do równie przyjemnych doświadczeń. Walka ze śmietnikiem, zrzucanie zadań z jednego na drugiego, praktycznie zerowa organizacja. Nic dziwnego, że ewakuowali się z miejsca ataku, najwyraźniej będąc przeciwnikami jakichkolwiek idei niesionych przez czarodziejów o wyższych możliwościach. I Salome Delacour wiedziała już, że nie są najlepszymi kandydatami na towarzystwo, skoro tak się sprawy miały. Musiała odnaleźć tego tajemniczego czarodzieja w pelerynie, o którym sądziła, że był tym, który jej przewodził przed śmiercią. Rachuba czasu w świecie za metaforyczną zasłoną nie istniała. Nie miała pojęcia, ile czasu minęło, odkąd umarła, ale była cierpliwa. Z każdym kolejnym razem, gdy świat żywych przeplatał się z tym zmarłych, szukała kogoś, kto mógłby użyczyć jej ciała. I po raz pierwszy nie skończyło się to fiaskiem. Merci beaucoup, Klaus.
Gdy poczuła szarpnięcie kurtki, które skończyło się jej rozdarciem, instynktownie sięgnęła po różdżkę należącą do tego ciała, na wypadek gdyby jasnowłosa kobieta miała schrzanić zaklęcie na tyle, by Salome musiała ratować się sama. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Podejrzenia jednak zrodziła druga z kobiet, również celująca w „Klausa” różdżką. Nie wyglądało to, jakby wspomagała koleżankę, raczej jakby szykowała jakiś atak, zupełnie nieudany. Dobrym środkiem samozachowawczym było jednak udać, że się tego nie zauważyło. Zacisnęła tylko mocniej palce na własnej broni. Niezbyt wygodnej, choć miała wrażenie, że to bardziej kwestia niechęci samego właściciela ciała wobec różdżki, niż wyczucia obcej duszy. Dziwne.
- Dlaczego z drzewa? – zaintrygowała się, nim jej stopy osiadły na ziemi. – Dziękuję ci, Nell? – dodała jeszcze i skinęła głową w kierunku jasnowłosej kobiety. Przynajmniej to jedno imię usłyszała. Pozostałych wciąż nie była świadoma i miała nadzieję, że nie będzie musiała ich użyć. Przynajmniej do momentu, jak będzie mogła się od nich ewakuować, a później ktoś pomoże jej w znalezieniu innego rozwiązania. – Czy ktoś mógłby mi wyjaśnić, co się stało? Byłem jakby… nieobecny duchem – powiedziała głosem mężczyzny, wciąż nie do końca czując brytyjski akcent. Czy była szansa, że uznają to za wygłupy? Nadal trzymała różdżkę, nie spuszczając oka z ciemnowłosej kobiety. Nie wiadomo, co jej chodziło po głowie. Potrafiła się pojedynkować, więc w razie ataku powinna sobie poradzić. Chociaż czy z całą trójką?
Syn czarnoksiężnika
wiek
35
sława
IV
krew
czysta
genetyka
dziedzic Slytherina
zawód
Archeolog
Cathal wdał się w dużej mierze w matkę z Gauntów: po niej ma dość jasne włosy i jasne oczy. Mężczyzna bardzo wysoki, około 192 cm wzrostu, któremu wyraźnie nie był w życiu obcy wysiłek fizyczny. Gdzieś pomiędzy trzydziestką a czterdziestką.

Cathal Shafiq
#7
04.04.2023, 18:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.04.2023, 19:03 przez Cathal Shafiq.)  
- Aż tyle wypiłeś? – spytał Cathal, pozornie lekko, w duchu jednak zirytowany, że zaklęcie Lety nie zadziałało.
Nell wciąż celowała różdżką, opuszczając „Klausa” ku ziemi. Być może to imię wypowiedziane przez Cathala ją zaalarmowało, ewentualnie ruch wykonany przez Alethę… bo na koniec zerwała połączenie nieco gwałtownie, cokolwiek jednak chciała zrobić, nie przyniosło zamierzonego celu: nie zdołała rozbroić mężczyzny, a jedynie sprawiła, że ten wylądował na ziemi.
Z trudem powstrzymała syknięcie pełne niezadowolenia. Może był to rezultat alkoholu, który wypiła dziś na polanie. A może stało się tam właśnie coś, co przetoczyło się falą i w jakiś sposób odbiło nie tylko na ich nieudanej teleportacji, ale i na magii?
- Czemu mi dziękujesz? – zdumiała się mimowolnie, już chyba pewna, że z Klausem jest coś nie tak. Gdyby to był Jamil, narzekałby, że opuściła go za mało delikatnie i przez nią będzie mu zimno, a ona odpowiadałaby, że następnym razem go tak zostawi, żeby sobie powisiał do samego rana i przemyślał swoje postępowanie.
Cathal też uniósł różdżkę i… również nic się nie stało. Sknocił zaklęcie. Sytuacja przytłaczała jego umysł i nazbyt go pochłaniała: czerwone światła na Beltaine, krzyki, ostrzeżenie Ulyssesa, wybitnie nieudana teleportacja, a wreszcie najwyraźniej opętanie Jamila. (Naprawdę nie powinni byli pozwolić mu pójść na Beltaine. Być może w Samhain powinien go związać w jakiejś piwnicy. Może Ulysses użyczy mu tej Rookwoodów, z tamtej Anwar na pewno nie ucieknie.) Nie dał rady skupić się na zaklęciu i wyczarować więzów, które pochwyciłby Anwara.
I teraz pozostawało jedynie mieć nadzieję, że nie stał przed nimi mistrz pojedynków, bo raczej nie było już możliwości polubownego załatwienia sprawy. W tej chwili musieli z nim walczyć. Tyle dobrego, że ich było troje – chociaż jeśli dalej czary będą wychodzić im tak wspaniale, to zapewne nawet jakiś piętnastolatek, który trafił w dodatku na Hogwart dopiero na V rok, zdołałby sobie z nimi bez trudu poradzić…


Nell, translokacja:
Rzut Z 1d100 - 13
Akcja nieudana


Cal, kształtowanie:
Rzut N 1d100 - 26
Akcja nieudana
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Leta Crouch
#8
05.04.2023, 21:27  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.04.2023, 21:49 przez Leta Crouch.)  
No i stało się jedno, wielkie nic. Magia nie zadziałała. Prawie jak przy teleportacji – prawie, bo mimo wylądowania w różnych miejscach (tylko nie w dokładnie docelowym) udało się mniej więcej osiągnąć cel. Teraz zaś…
  Nic, null, zero, co spowodowało, iż element zaskoczenia raczej właśnie poszedł się paść na dalekich łączkach. Choć i tak spróbowała jeszcze ratować twarz, udając, że wcale nie robiła tego, co oczywiście przecież robiła – machnęła jeszcze różdżką parę razy, bynajmniej nie sięgając teraz po magię. Ale tak to miało wyglądać.
  - Na gacie Merlina, człowiek chce wyświadczyć przysługę, poduszki wyczarować, gdyby się okazało, że lądowanie nie będzie takie miękkie, a tu… Nell, cukiereczku, jakim cudem ci ta magia działa, skoro moja różdżka to nawet iskier nie chce wypuścić? Twoja chyba zresztą też? – wypaliła, zerkając w stronę Cala. Tak. Improwizowała.
  Tylko że tak po prawdzie, to chyba sama sobie by niezbyt uwierzyła i węszyła spisek. A co za tym idzie, najlepszą obroną jest atak. Podobno.
  - I jak to, dlaczego? Tyle tu pięknych drzew mamy, nic, tylko się na nie wdrapywać. A potem już jednak gorzej z zejściem. Zupełnie jak koty, miałam kiedyś w dzieciństwie jednego i ciągle go trzeba było ratować – trajkotała radośnie, w międzyczasie dość ekspresyjnie gestykulując. Tak. Dokładnie tak. Pośród tych wszystkich gestów próbowała miotnąć kolejnym zaklęciem i… magia znów nie zadziałała.
  Co się do jasnej cholery stało na tej Polanie Ognisk? Bo przecież nie była pierwszoroczniakiem, żeby partaczyć co najmniej co piąty czar! No dobrze, niech będzie, że i co trzeci czy co drugi, a może nawet i każdy, zwłaszcza jeśli chodziło o tę nieszczęsną transmutację… Tyle że absolutnie niczego teraz nie próbowała transmutować!
  - A… tak, dobre pytanie. Tańczyliśmy, ten tu – subtelne machnięcie różdżką i ostatecznie wskazanie nią na Cala (niespodzianka – ZNÓW zaklęcie nie zadziałało) – postanowił się pobawić w pana marudę i kazał nam się zwijać. W sumie podziwiam wyczucie czasu, nie mam pojęcia, skąd wiedział, że to najwyższa pora, bo jestem pewna, że jakbyśmy tam zostali, to ooo – tak, tak, ta gestykulacja wspaniała, TAKIE WIELKIE OOO, BUM. I kolejna próba rozbrojenia spełzła totalnie na niczym – mielibyśmy przesrane, bo ostatnie, co pamiętam, to jakieś pieprzone czerwone światło, nie mówiąc już o krzykach, przez które uszy do tej pory mnie bolą[ – oświadczyła bez choćby mrugnięcia okiem. Tak, mała Leta starała się niestrudzenie nawijać i tym samym jakoś uśpić czujność… a może przynajmniej odwrócić uwagę.
  - No to się teleportowaliśmy, bo Cal postanowił nas wspaniałomyślnie ugościć, Nell cię złapała, ale jak widać, magia wzięła i sobie poszła, jak obrażone skarpety Merlina, bo zbyt długo ich nie prał. Właśnie, czemu my tu jeszcze stoimy, zdecydowanie potrzebuję kawy! Najlepiej z dodatkiem likieru, choć może być i likier z dodatkiem kawy, nie obrażę się. I kąpieli, mam nadzieję, że się nie obrazisz, jak zajmę ci łazienkę? – wypaliła, robiąc dobrą minę do złej gry.
  Cholera, cholera, oby tylko się udało...



Rzut N 1d100 - 16
Akcja nieudana

Rzut N 1d100 - 18
Akcja nieudana

Rzut N 1d100 - 7
Akcja nieudana
Przyjaciel duchów
You are lost in the trance
Of another Arabian night
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Jamil ma metr siedemdziesiąt pięć wzrostu, krótkie ciemne włosy i równie ciemne oczy. Urodę posiada typową dla Egipcjanina, przez co wyróżnia się na tle bladych Brytyjczyków. Dosyć często się uśmiecha, ma dość bogatą mimikę twarzy. Z jednej strony trzyma się gdzieś z boku, a z drugiej masz wrażenie, ze i tak wszędzie go pełno.

Jamil Anwar
#9
06.04.2023, 09:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.04.2023, 10:18 przez Jamil Anwar.)  
- Bo nawet jeśli nieudolnie, to jednak postawiłaś mnie na ziemię? – odparła Salome głosem Jamila, unosząc przy tym brew w zdziwieniu. Dziwna ta grupa, jeśli nawet nie dziękują sobie za jakiekolwiek wsparcie. Nie żeby sama kiedykolwiek okazywała komuś wdzięczność, ale z góry założyła, że w tym wypadku wypadało. A może jednak nie? Gdzie się podziały dobre maniery Anglików? Gdzie ich gust i wyczucie smaku? Ci tutaj wyglądali, jakby ubierali się w śmietniku. W dodatku w podobny sposób pachnieli. Woń podgniłych pomidorów jako najnowsze perfumy z zagranicznej linii Potterów? Nie spodziewała się.
– Cóż tak cuchnie? – spytała ze zmarszczonym nosem, gdy stała już na chodniku zbyt blisko całej tej dziwacznej trójki. I chociaż to po tej Nell spodziewała się trajkotania, odezwała się ta najniższa z nich, której imienia niestety nie zarejestrowała. Nie wyglądała na kogoś, kto mógłby aż tyle mówić, ale może pozory myliły. Salome nic już nie wiedziała, ale słysząc jej głos, zaczynała się denerwować. W dodatku tak bardzo machała rękami, że to aż wydało się podejrzane. Jeśli nie miała włoskich korzeni, tym bardziej niepokojące.
Słuchała tych historii, coraz bardziej się krzywiąc i przez to zbyt mocno zwracając uwagę wyłącznie na ciemnowłosą kobietę. Zacisnęła mocniej palce na różdżce, wciąż trzymanej w spuszczonej wzdłuż ciała dłoni i niby od niechcenia, nie wiedząc, co zrobić z rękoma, zakręciła nią, wypowiadając w myślach zaklęcie rozbrajające. Gesty kobiety były zbyt ostentacyjne, by mogła jej ufać. Nic się jednak nie stało, z patyka nie wydobyła się nawet najmniejsza iskra.
- Stop – warknęła, nie panując już nad sobą. – Uważaj, bo jeszcze wydłubiesz komuś z nas oko – dodała, przestępując krok w tył, tak jakby starała się uniknąć kolejnego zamachnięcia rękami. – Powinnaś nieco odpocząć, zdecydowanie wziąć prysznic. Mówiłaś coś o poduszkach, prawda?
Delacour miała już serdecznie dosyć. Przestała zważać na pozory, bo była cierpliwa zbyt długo. Kiedy już dostała to, czego chciała, musiała się ulotnić. Machnęła różdżką, kierując ją w stronę niższej kobiety, ale – nie wiedzieć czemu – nie trafiła w nią. Zaklęcie odbiło się, uderzając blondynkę, która runęła na ziemię spetryfikowana.
- Ups, to nie tak miało wyglądać – powiedziała, uśmiechając się niewinnie ustami Jamila, ale nie opuściła już różdżki, trzymając ją w pogotowiu, na wypadek gdyby pozostała dwójka zamierzała odeprzeć ten nieudolny atak.


Przyjmuję do każdego rzutu -20 za opętanie przez ducha:

rzut na rozbrojenie Lety
Rzut N 1d100 - 9
Akcja nieudana


rzut na petryfikację
Rzut T 1d100 - 86
Sukces!

66 przy Trollu daje Sukces
Syn czarnoksiężnika
wiek
35
sława
IV
krew
czysta
genetyka
dziedzic Slytherina
zawód
Archeolog
Cathal wdał się w dużej mierze w matkę z Gauntów: po niej ma dość jasne włosy i jasne oczy. Mężczyzna bardzo wysoki, około 192 cm wzrostu, któremu wyraźnie nie był w życiu obcy wysiłek fizyczny. Gdzieś pomiędzy trzydziestką a czterdziestką.

Cathal Shafiq
#10
06.04.2023, 10:23  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.04.2023, 11:10 przez Cathal Shafiq.)  
Cathal miał tego wszystkiego serdecznie dość.
Coś stało się na Beltaine. Coś złego, co – prawdopodobnie – miało jakiś związek z Voldemortem. Nie miał może w Anglii bardzo wielu znajomych i bliskich krewnych, ale kilku ich było. I nie miał pewności, czy paru z nich nie znalazło się na tej polanie, i czy wyjdą z tego żywi. (Przynajmniej tyle, że jego kuzyn był teraz w Hogwarcie, więc chociaż jemu nie groziło niebezpieczeństwo.) Zamiast teleportować się na progu mieszkania, wylądował na kuble na śmieci. Jakiś duch opętał mu medium, a teraz w dodatku walnął zaklęciem w jego uzdrowicielkę. (No dobrze, to było medium ekipy, i uzdrowicielka ekipy, ale Cathal patrzył na nich jak na swoich ludzi, skoro kierował wyprawą.) Jutro mieli pracować na wykopaliskach, a zamiast tego będą musieli szukać egzorcysty (i modlić się, aby Sebastian nie przebywał w Kniei z resztą rodziny – ale nigdy nie wydawał się Cathalowi wielkim fanem ogromnych tłumów i tańców).
Skoro magia szwankowała, gdy „Jamil” cisnął zaklęcie (jemu zadziałało popisowo), Cathal zdał się na coś innego niż moc czarów. Siłę mięśni. Rzucił się ku Anwarowi i trzasnął go w twarz. To wyszło mu lepiej niż dotychczasowe, absolutnie nieudane zaklęcia (prawie wyczuł zdegustowanie Slytherina w swojej głowie)… bo pchnęło Jamila na ścianę. A kolejny czar tym razem zadziałał: magiczne więzy pojawiły się i skrępowały mężczyznę.
- Leta, bądź łaskawa odczarować Nell – zarządził, wyjmując z dłoni Jamila różdżkę. Nie odrywał spojrzenia od twarzy Anwara (na której zaraz miał pojawić się na pewno piękny krwiak), jakby poszukiwał tam śladów obcości.
Nic w wyglądzie go jednak nie zdradzało.
Za to akcent. Sposób mówienia. I to, że mówił na początku po francusku… Tak, było aż nadto jasne, że Anwar już w tym ciele nie mieszkał.
Shafiq odezwał się w nienagannym francuskim, tak, jakby właśnie we Francji się urodził i spędził większość życia – jedyne dziedzictwo prawdziwego ojca, które otrzymał i które naprawdę cenił.
- Z kim mamy przyjemność, monsieur?
Uprzejmy ton kontrastował z tym, że Cathal przycisnął Jamila do muru. Tak na wszelki wypadek. Oczywiście, nie miał zielonego pojęcia, że tkwiący w nim duch wcale nie jest „monsieur”.

Rzut N 1d100 - 69
Sukces!

Rzut Z 1d100 - 77
Sukces!
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Cathal Shafiq (1908), Jamil Anwar (2125), Leta Crouch (1756)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa