Sauriel myślał. Czasem mu się to zdarzało, choć nie było to zbyt częste. Tak teraz myślał nad tym, jak wyglądała ta podróż. Męcząca. Bardzo męcząca. Dla obu stron, choć to Victoria przeżywała swoją traumę, że zaraz zginie kiedy lecieli. Przynajmniej już wiedział, że jej zachowanie nie było wywołane gadającym koniem ani burzą. Stało się oczywiste, że ma lęk wysokości. A przynajmniej że boi się latać. Jego trauma nawet nie była traumą, no bo come on - umrzeć w słoneczku? Słodko. Przynajmniej spektakularnie. Zastanawiał się, czy to bolało. Ale po pierwszym napięciu mięśni nawet to zastanowienie odpływało. Ale co było istotne to to, że wymyślił, że na złe samopoczucie zawsze się da poradzić. To Victorii, nie to swoje.
Co działo się w tym domu, idąc za tą wspaniałą myślą, przechodzi ludzkie pojęcie.
Wszystkie skrzaty stały na baczności, powołane do obrony domu przed Saurielem. A konkretniej kuchni. Zdradzać niespodzianki jednak przed la grande finale nie będę. Zamieszanie było, na szczęście ten dom był tak w pizde ponury, że to, że dzieciak, jakim był Sauriel, narobił trochę zamieszania - nikt się nie przejął. Albo ignorowali naczelnego pawiana Rookwoodów, albo mieli dość, albo zresztą cokolwiek. Nie przeszkadzali i nie robili potem awantur, a to miłe. Zważywszy na poziom dymu. W tym domu zawsze najlepiej było (i najmilej) kiedy ci nikt nie przeszkadzał. Niczego więcej nie można było oczekiwać.
Wysiłek Sauriela nie ograniczył się do próby podpalenia rezydencji Roowkoodów! Nawet zorganizował herbatę, wielce zadowolony. Tak i stoliczek był zastawiony, a w pokoju panował teraz też zadziwiający porządek. W jego mniemaniu - wyglądało to przekomicznie. Porcelanowa zastawa w tym miejscu pełnym dziwnych rzeczy, które naznosił ze swoich przygód, mugolskich piosenek i gitar. Miał dobry nastrój. I miał razem z tym nadzieję, że swoim dobrym nastrojem zarazi Victorię. Jakoś nie skupił się na tym... co ona tam? Sumienie? Sumienie ją gryzło. Jak teraz tak pomyślał to żałował, że nie dopisał, że on może ją ugryźć zamiast sumienia. Turbośmieszność. W końcu własne żarciki bawią najbardziej. W jednej z filiżanek już była... "herbata". W tej jego. Była to whisky, nie herbata. Ale kolor prawie ten sam. Na stole leżała też bombonierka - śliczna, miętowo zielona z niebieską wstążką, rozchylona. W środku były trufle ulepione w kocie łapki, kocie główki albo po prostu kociaki. Było ich kilka. Całe koty nawet wyginały się, albo lizały swoje łapki. Zaczarowane. A na środku stolika stał mały talerzyk i cokolwiek pod nim było, okrągłego, było zakryte serwetką. Super-tajemnica. Skrzaty zostały poinstruowane, żeby przyprowadzić Victorię prosto do jego pokoju.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.