Scenariusz "Ulewa"
10 marzec 1972
Dellian & Mellvyn & Danielle
Ulewa
Podczas twojej podróży pomiędzy Londynem i jedną z czarodziejskich wiosek, natrafiasz na wielką ulewę. Czymkolwiek się poruszałeś (włączając w to teleportację), przestało działać. Na jedną upiorną noc utknąłeś na z pozoru kompletnym bezludziu, ale wtedy w oddali dostrzegłeś światło. W środku starego dworku ugościł się pan Binns wraz z czterema pięknymi córkami. Spędziliście wieczór pełen żartów wraz z ich magicznym, mówiącym psem. Kiedy się obudziłeś, zauważyłeś, że nad tobą nie ma dachu! Łóżko, w którym tak wygodnie spałeś, było całkowicie mokre. Spałeś w starej, brudnej od ziemi pościeli. Wszystko, co działo się wczoraj, było złudzeniem, lub psotami dziwacznych duchów. Żaden to był dworek - to była rudera! Na szczęście magia znów działała (a jeżeli dotarłeś tu innym środkiem lokomocji niż teleportacja - został on magicznie naprawiony), więc mogłeś wrócić do domu.
O tym, że Danielle miała nieprawdopodobną umiejętność pakowania się w dziwne sytuacje, wiedzieli wszyscy, którzy znali uzdrowicielkę trochę dłużej. Jej pechowość stała się tematem do żartów i głupich powiedzonek, jakie zwykli mawiać ludzie, gdy tylko widzieli uzdrowicielkę na horyzoncie. Longbottom ma dziś dyżur? Świetnie, zamówcie lepiej lody które dorzucicie do kawy, bo ta zdąży już dawno ostygnąć, nim znajdziecie czas, żeby usiąść i jej skosztować. Miała duży dystans do siebie i nie obrażała się o takie przytyki, ba, sama przyznawała otwarcie, że przyciąga do siebie kłopoty, a jest to swoisty test dla tych, którzy z nią przebywają - tylko najwytrwalsi dadzą radę go przejść.
Jednym z tych wytrwałych śmiałków był Dellian Ollivander - chłopak, którego poznała jeszcze za czasów szkolnych. Całkiem nieźle się dogadywali, a mieli ku temu okazję, gdyż oboje przydzieleni zostali do najlepszego domu, jakim był oczywiście Hufflepuff. Dzięki temu, pomimo różnicy wieku, spędzali ze sobą dużo czasu. W zasadzie śmiało można stwierdzić, że dużo ich łączyło. Barwy w Hogwarcie, ekstrawertyczność. No i przede wszystkim, oboje parali się łamaniem klątw. I to właśnie z tego powodu tego dnia się spotkali.
Dani otrzymała list od krewnego mieszkającego w magicznej wiosce pod Londynem, że jakaś klątwa zaatakowała jego gospodarstwo, przez co wszystkie rośliny, które zostały posadzone w ziemi, niemal natychmiast usychały. List brzmiał dramatycznie i był wręcz błaganiem o wsparcie. Jakaś klątwa - uwielbiała to stwierdzenie. Było tak niejednoznaczne, że równie dobrze mogła otrzymać list mówiący "ratunku, kwiatki mi usychają", a i tak wynikłoby z niego tyle samo, co z listu "ratunku, klątwa atakuje moje rośliny". Jako Longbottom, nie odmawiała pomocy nigdy, dlatego potwierdziła termin przybycia, zaznaczając, że zabierze ze sobą kogoś. Tym kimś był Dellian, którego ceniła za ogrom wiedzy w tym zakresie. Nawet nie musiała pytać go o pomoc, zaoferował się sam, gdy tylko w rozmowie wspomniała, że będzie musiała zająć się takim problemem. Chłopak zaznaczył również, że na wycieczkę krajoznawczą zabierze brata, który niedawno wrócił do kraju. Nie znała Mellvyna, jednak lubiła towarzystwo i nie miała nic przeciwko dodatkowej osobie.
Na miejscu okazało się, że w istocie, była to klątwa - wymierzona przez zazdrosnego sąsiada, który nie mógł pogodzić się z tym, że pan Bletchley ma ładniejszy ogród od niego. Bez większego problemu poradzili sobie z jej złamaniem, bowiem było to banalne do złamania zaklęcie, z którym początkujący klątwołamacz poradziłby sobie i to z zamkniętymi oczami.
Czuła się głupio. Nie tylko przed Dellianem - wiedziała, że ten nie będzie miał jej za złe ściągania go taki kawał drogi od Londynu z powodu takiej pierdoły, ale przede wszystkim przed Mellvynem, którego na dobrą sprawę nie znała zbyt dobrze.
- Ten list od wujka naprawdę brzmiał, jakby działa się jakaś okropna tragedia, przez którą lada chwila straci życie - przyznała zgodnie z prawdą, a w jej głosie pobrzmiewało zakłopotanie. Była świadoma tego, że jej reakcja na list od pana Bletchleya była przesadzona. - Strasznie Was przepraszam, że zmarnowaliście przeze mnie cały dzień. Na dobrą sprawę mogłam podsunąć mu listę zaklęć, w końcu jest to poziom piątej klasy - dodała i westchnęła. Posłała w stronę braci Ollivander przepraszające spojrzenie. Wynagrodzi im to jakoś, na pewno! Jeszcze nie wiedziała za bardzo jak, ale coś wymyśli.
Odwróciła na moment głowę, skupiając wzrok za przemykającym krajobrazem. Zanosi się na deszcz.
Spojrzeniem wróciła do swoich towarzyszy, zerkając to na młodszego, to na starszego. Delliana znała bardzo dobrze, choć bardzo starała się i walczyła ze sobą, nie zawsze potrafiła wyzbyć się nadopiekuńczych uczuć, jakimi go obdarzała. Starszego znała jedynie z opowieści - zawiesiła na nim uważny wzrok na dłużej, w pierwszej chwili nie odzywając się ani słowem. Dopiero po chwili jej usta wykrzywiły się w szczerym uśmiechu.
- Dellian wspominał, że niedawno wróciłeś do kraju - odezwała się w końcu. - Gdzie byłeś? Jeżeli to nie tajemnica i mogę o to spytać, oczywiście. Opowieści spoza granic są zawsze takie interesujące - dodała, co wyjaśniałoby tym samym skąd to pytanie. Mimo, że sama nie mogła ruszyć się z Londynu na dłużej, lubiła słuchać ludzi i tego, co mają do powiedzenia na temat innych miejsc.
Akcja nieudana
beauty and terror
just keep going
no feeling is final