• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Little Hangleton v
« Wstecz 1 2 3 4
[20.04,72, zmierzch, Little Hangleton] Zamknijmy jego oczy

[20.04,72, zmierzch, Little Hangleton] Zamknijmy jego oczy
Syn czarnoksiężnika
wiek
35
sława
IV
krew
czysta
genetyka
dziedzic Slytherina
zawód
Archeolog
Cathal wdał się w dużej mierze w matkę z Gauntów: po niej ma dość jasne włosy i jasne oczy. Mężczyzna bardzo wysoki, około 192 cm wzrostu, któremu wyraźnie nie był w życiu obcy wysiłek fizyczny. Gdzieś pomiędzy trzydziestką a czterdziestką.

Cathal Shafiq
#1
20.04.2023, 20:43  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.04.2023, 20:48 przez Cathal Shafiq.)  
Kontynuacja wątku z tej, tej, tej, tej i tej sesji


Cathal chciał kogoś zamordować.
Problemem nie był tu sam fakt dokonania morderstwa. Ani zaplanowanie jego przeprowadzenia, zapewnienie sobie alibi na czas zbrodni czy pozbycie się ciała. Nie, kłopot polegał na czymś innym: Shafiq nie znał ani danych personalnych człowieka, którego chciał się pozbyć, ani nie miał pojęcia, gdzie go szukać. Nie oznaczało to jednak, że po prostu się podda. Cathal nigdy nie poddawał się łatwo, kiedy na czymś bardzo mu zależało, a w tej chwili straszliwie chciał tę konkretną osobę zabić.
Próbował już sześciokrotnie. Podobnie jak ten człowiek sześciokrotnie chciał zabić kogoś, kogo Cathal znał. I potem trzykrotnie próbował zabić jego samego.
Dwudziestego kwietnia wieczorem był w domu swojej matki w Little Hangleton. Na parterze budynku mieściły się salon, kuchnia i łazienka – na piętrze trzy pokoje, jego własna sypialnia, gabinet i pokój kiedyś należący do Isabelli, a z którego pozwolił swobodnie korzystać Ulyssesowi. Cathal na Aletheę i Rookwooda czekał w salonie właśnie: sporym pomieszczeniu, z którego już kiedyś usunął większość rodzinnych pamiątek, aż pozostały tutaj głównie kanapy, już dość stary stół, dwa fotele, regały, zastawione bardzo drogimi książkami i kilka oprawionych papirusów, zasłaniających na ścianach ślady po zdjętych niegdyś obrazach, przedstawiających przodków. Okno, wychodzące na nieduży ogródek, otworzono na oścież. W oddali, ponad ogrodzeniem, widać było kamienny mur, otaczający posiadłość Gauntów. Powoli zachodziło ponad nim słońce.
Drzwi wejściowe nie były w żaden sposób zamknięte, goście mogli więc ewentualnie wejść. Sam Cathal z kolei pochylał się nad stołem. Zasłał blat gazetami z kilkunastu ostatnich tygodni, a także własnymi notatkami. Na jednym z foteli piętrzył się stosik książek – większość wyglądała na nową. I taka była, bo Cathal wiedział, że nie znajdzie potrzebnych mu odpowiedzi w żadnym woluminie, stojącym na półkach w tym domu, jego londyńskim mieszkaniu albo rezydencji Shafiqów. Kupił więc skoro świt wszystkie nieznane sobie jeszcze pozycje na temat nici powiązań między ludźmi, magii snów, świadomego śnienia oraz magii mentalnej, jakie udało mu się znaleźć w księgarni na Pokątnej. Miał paskudne przeczucie, że zetknęli się z czymś, czego prawdopodobnie dotąd nie udało się nikomu opisać, ale to zawsze był jakiś punkt wyjścia.
Nie miał już siniaków na szyi ani rany po nożu. Odwiedził i aptekę, by zakupić eliksir wiggenowy. Wspomnienie odniesionych obrażeń pozostawało jednak świeże. Bardzo świeże, nawet jak na standardy Cathala, który doskonale pamiętał ból, jaki towarzyszył złamaniu w wieku sześciu lat. I rozpalał w jego duszy wściekłość oraz pragnienie mordu.
Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#2
23.04.2023, 02:49  ✶  
Zanim Ulysses nacisnął na klamkę drzwi wejściowych w domu Cathala w Little Hangleton, chwilę się wahał. Nie potrafiłby powiedzieć, co właściwie wprawiało go w owe wahanie. Nie chodziło o człowieka, który próbował ich zamordować. Jego młody Rookwood w żaden sposób nie żałował – ba, uważał nawet, że należało go jak najszybciej sprzątnąć. Był niebezpiecznym, groźnym skurwysynem z jeszcze groźniejszym specjalnym talentem. Pewnego dnia, być może, znowu spróbowałby ich zamordować. Raczej chodziło o Shafiqa i o to, że pewna część Ulyssesa, po prostu nie chciała go angażować w podobne sprawy.
Nie. Nie był naiwny. Wiedział, że Cathal musiał mieć swoje za uszami, ale czy aż tyle? Ich znajomość była pozbawiona śladów krwawej przemocy, którymi usiane było życie młodego Rookwooda. Ulysses bardzo o to dbał. Wspólne zabijanie trochę wszystko komplikowało, nawet jeśli tylko w umyśle jednego z nich. Najchętniej samodzielnie zamordowałby Mulcibera. Najpierw przez cały dzień obserwowałby go w ten sam sposób, w który on obserwował ich. A potem wkradłby się do jego domu wieczorem. Po cichu wspiąłby się po schodach, uchylił drzwi sypialni, za pomocą czarów zakończyłby życie wędrującego po cudzych snach. Po cichu. Niemal bez słów. Zwykłe usunięcie zagrożenia.
Wcale nie zależało mu na odkryciu, czemu właściwie skurwysyn akurat ich upatrzył sobie za cel. Wystarczyło, by zniknął a sprawiedliwości stałoby się zadość. Ale Shafiq miał prawo wziąć w tym udział. Crouch też miała to prawo, nawet jeśli mogła przynieść więcej biedy niż pożytku.
Ulysses wytarł buty o wycieraczkę. Wreszcie nacisnął na klamkę i wszedł do środka. Znał ten dom jak własną kieszeń. Pewnie pomieszkiwał w nim częściej niż sam Cathal. Miał tu nawet własną sypialnię, co prawda ochrzczoną tym mianem tylko we własnej głowie, ale chwilami wydawało mu się, że Shafiq też o tym wiedział i dlatego nie korzystał z tego jednego pomieszczenia w swoim własnym domu.
- Cathalu – przywitał się sztywno, stając w drzwiach salonu.
Obrzucił długim, uważnym spojrzeniem stół, piętrzące się na nim gazety i przyjaciela pochylającego się nad całością. Jak zwykle metodyczny, przemknęło mu przez myśl.
- Odkryłeś coś? – zapytał, podchodząc nieco bliżej.
Ulysses wyglądał jak zwykle. Przyszedł w ciemnym garniturze, śnieżnobiałej koszuli z zawiązanym idealnie ciemnym krawatem u szyi. Idealny strój na planowanie morderstwa.
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Leta Crouch
#3
27.04.2023, 00:05  ✶  
Żądza mordu pozostawała wciąż żywa.
  Trudno, żeby było inaczej, wszak minęło w zasadzie niewiele czasu od chwili, gdy jej własne życie okazało się być zagrożone – i to wtedy, gdy sobie (nie)smacznie spała (trudno nazwać „smacznym spaniem” sytuację, w której sny zamieniały się w najprawdziwsze koszmary, wykraczające poza jawę) – a co za tym idzie, oczekiwanie, iż w tak krótkim czasie Leta przestanie dyszeć żądzą zemsty było całkowicie, absolutnie bezcelowe.
  Niestety na pierwszy plan wysuwał się wybitnie oczywisty problem: kim był mężczyzna ze snu? Dlaczego usiłował ją zamordować? Była losową ofiarą czy wręcz przeciwnie – starannie wybraną? Jeśli to drugie – znów, dlaczego…? Pytań mnóstwo, a odpowiedzi… cóż.
  Z całą pewnością nie miały przyjść tak szybko, jak by sobie tego życzyła.
  Co nie znaczyło, że nie miała – mieli - próbować ich wydrzeć, choć wytropienie delikwenta zdawało się być kapkę niemożliwe. W końcu jak ścigać kogoś, kogo widziało się jedynie w snach? Znaleźć udanego rysownika i nakłonić do sporządzenia portretu pamięciowego? Biegać z nim potem po całym Londynie w nadziei, iż tego typa ktoś zna i nawet będzie skłonny wskazać go palcem? Nie, raczej nie, Crouch jakoś tego nie widziała.
  Niezależnie od wszystkich wątpliwości i przemyśleń wszelkiej maści, stawiła się na miejsce spotkania. Cokolwiek jej się stało w snach – stanowiło już jedynie wspomnienie, przynajmniej mogło to tak wyglądać w oczach postronnych. Eliksiry potrafiły zdziałać – i działały – cuda, choć oczywiście magomedycyna nie znała remedium na każdy możliwy przypadek. Z takimi pospolitymi obrażeniami, na szczęście, radziły sobie całkiem dobrze. Przyzwoicie. No, bardziej niż przyzwoicie.
  Zazwyczaj nie wpraszała się sama do wnętrz cudzych domostw i nawet niekoniecznie chodziło tu o twardą literę prawa, które dość jasno wyrażało się na ten temat (a jak ktoś uważał, że niejasno – to powinien sobie zafundować mocniejsze okulary. Ewentualnie poszukać miejsca, w którym mogliby nalać mu olej do łepetyny); w tej sytuacji jednak… cóż, okazywało się, że mogła sobie pozwolić na niefatygowanie Cathala do drzwi.
  Stąd też nacisnęła klamkę, nieomal natychmiast po aportowaniu się przed drzwi domostwa, i wśliznęła się do środka.
  - Cal, Ulysses – rzuciła, witając się z mężczyznami. Jednocześnie wygrzebała z jednej z kieszeni lizak i nie omieszkała zaraz wsadzić go sobie do ust. Ot, odrobina słodkiego na lepsze myślenie, choć właściwie lepiej sprawdziłaby się kawa… hmmm – Mam nadzieję, że nie czekaliście długo?
  Nie dało się zaraz potem nie spojrzeć na stos gazet, notatek, nie mówiąc już o książkach. Dokładny i metodyczny jak zawsze.
  - Trafiłeś jakiś trop? – spytała, przekrzywiając nieco głowę – chyba próbowała rozczytać tytuły książek na ich grzbietach.
Syn czarnoksiężnika
wiek
35
sława
IV
krew
czysta
genetyka
dziedzic Slytherina
zawód
Archeolog
Cathal wdał się w dużej mierze w matkę z Gauntów: po niej ma dość jasne włosy i jasne oczy. Mężczyzna bardzo wysoki, około 192 cm wzrostu, któremu wyraźnie nie był w życiu obcy wysiłek fizyczny. Gdzieś pomiędzy trzydziestką a czterdziestką.

Cathal Shafiq
#4
01.05.2023, 23:07  ✶  
- Ulysses – przywitał się Cathal, podnosząc na Rookwooda wzrok, kiedy ten się pojawił. – Zaczekajmy chwilę na Letę. Spotkało ją dokładnie to samo, co nas. W dzień po tobie, dzień przede mną – wyjaśnił. Wcześniej nie ujawniał im, kto był tą „drugą osobą”, bo nie wiedział, na ile zechcą się w to zaangażować, teraz jednak nie było powodów do tajemnic.
Sam Shafiq miał nieco mniej oporów – i to zapewne mimo tego, że brał udział w czymś nielegalnym znacznie rzadziej niż Rookwood i na liście jego zbrodni znalazłby się zaledwie jedna kradzież i dwa zgony, przy czym ten drugi dokonany został poza granicami kraju, gdy Cathal miał naprawdę mało opcji poza daniem cię zamordować. „Mniej” nie oznaczało jednak „wcale”. Ulysses był przecież od niego młodszy, do bólu uporządkowany i Cathal wolałby go w to wszystko nie wciągać.
Z drugiej strony, sprawa go dotyczyła. Mógł wiedzieć lub zauważyć coś kluczowego. Wykluczenie go z poszukiwań nie zdawało się zresztą Shafiqowi… fair. W końcu Rookwood nie był już małym chłopcem.
Na szczęście nie musieli czekać długo – ledwo minutę później rozległ się dźwięk otwieranych drzwi, a potem kroki Crouchówny, którą Shafiq powitał skinieniem głowy.
- I tak, i nie – odpowiedział na pytanie, wskazując na stos gazet oraz książek leżących na stole. – Znalazłem dwa przypadki śmierci, które mogły, ale nie musiały… być czymś podobnym. Czarodziej zmarł z niewiadomych przyczyn we śnie, czarownicę z kolei znaleziono we własnym łóżku, uduszoną… pytanie, czy to przypadkowe zgony, czy nasz morderca dopadł kogoś jeszcze – mruknął Shafiq. Zaczął od przeglądania nekrologów oraz informacji na temat działań Ministerstwa Magii i te dwie sytuacje zwróciły jego uwagę. Czarodziej mógł jednak chorować, a czarownicę udusił na przykład jakiś krewny albo niezadowolony sąsiad.
- Druga sprawa, analizowałem, dlaczego zostałem wciągnięty w wasze sny, a potem Ulysses trafił do mojego. Jak wynika z tego, co znalazłem dotąd… mogą być najmniej dwa rozwiązania. Od początku próbował pochwycić właśnie nas albo chodzi o coś określanego jako „nici powiązań” – wyjaśnił, odruchowo kładąc dłoń na książce, w której znalazł tę informację. Oczywiście, były zapewne i inne opcje, ale choć Cathal pamiętał każdą książkę, jaką przeczytał, nigdy nie miał ambicji zapoznania się z całą biblioteką Parkinsonów.
- Wiele więcej nie zdążyłem zrobić. Myślę, że możemy zacząć od przeanalizowania, gdzie dokładnie każde z nas było tamtego dnia, co robiło, z kim się spotykało. Może natkniemy się na punkty wspólne. Poza tym… z kim mamy na pieńku – stwierdził. Nie przygotował żadnych list w tym zakresie, bo i nie musiał się martwić, że o czymś zapomniał. - Chyba że któreś z was ma jakiś lepszy pomysł na początek?
Shafiq był pewny siebie, ale też po to zwykle pracował w ekipie, aby mieć różne punkty widzenia i wiedział, że czasem inni miewają dużo lepsze idee niż on. To zebranie nie różniło się w jego oczach od takiego, jakie odbyliby na wykopaliskach.
Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#5
15.05.2023, 01:50  ✶  
Coś we wzroku Ulyssesa błysnęło, gdy dowiedział się, że Leta również niemal nie zginęła podczas snu. Nie musiał pytać skąd Cathal o tym wiedział. Z miejsca założył, że jeśli kogoś Crouch miałaby wezwać na pomoc do swojego snu to z pewnością wezwałaby akurat stojącego przy stole mężczyznę. Przyjaźnili się od lat, podróżowali razem, łączyła ich niecodzienna praca. Przez wzgląd na zwykłą pragmatyczność, młody Rookwood uznawał, że to śniący musiał w jakiś sposób wzywać pomoc. W przeciwnym wypadku człowiek, który zaatakowałby ich w snach, jednocześnie miałby władzę nad przynajmniej dwiema śniącymi osobami jednocześnie.
- Trzy znające się osoby. Trzy kolejne dni – podsumował neutralnym tonem.
Dla niego to nie brzmiało ani jak przypadek, ani jak dzieło człowieka, który atakowałby losowe osoby w snach. Zbliżył się do Shafiqa by przyjrzeć się zgromadzonym przez niego gazetom. Zawiesił na nich wzrok, zastanawiając się czy nie powinien napisać do Danielle z pytaniem o to, czy ostatnio w Mungo nie pojawili się przypadkiem pacjenci z dziwnymi ranami, tłumaczący, że zostali zaatakowani we śnie. Albo zagaić własnego ojca. Być może biuro aurorów otrzymało podobne zgłoszenia? Nie wszyscy zaatakowani musieliby, jak ich trójka, radzić sobie samodzielnie.
Ba, nawet nie powinni.
Zaczekał cierpliwie na pojawienie się Lety a potem, po prostu stał, wsłuchując się w kolejne wypowiadane przez Cathala słowa. Ulysses był mistrzem neutralnego słuchania. Trochę gorzej szło mu później z właściwym zrozumieniem istoty tego, co usłyszał. Zwłaszcza, gdy w grę wchodziły cudze emocje.
- Początek dnia poprzedzającego nocny atak, był bardzo typowy. Wstałem o szóstej trzydzieści. Wziąłem prysznic. Ubrałem się. Zjadłem śniadanie. Wszystko tak samo jak zwykle – opisał. Lubił schematy. Pomagały mu nie przebodźcowywać i tak przebodżcowanej głowy. - W drodze do pracy poczułem, że jestem obserwowany. Później to uczucie towarzyszyło mi niemal przez cały dzień, tak długo aż wróciłem do domu. Również podczas pracy w Ministerstwie Magii. Zniknęło po powrocie do domu. – A po zaśnięciu nastąpiły trzy ataki we śnie.
Ulysses nie zamierzał opowiadać treści tamtych snów, tak jak nie oczekiwał, że Leta zacznie opowiadać swoje. Po pierwsze i jej, i jego znał Cathal. Po drugie, młodemu Rokwoodowi wydawało się, że sny nie miały większego znaczenia. Należały do śniącego i były powiązane z jego przeżyciami, pragnieniami i rzeczywistością.
Wertował w myślach listę własnych wrogów. O ile mogło im zależeć na uśmierceniu jego, raczej nie mieliby żadnego interesu w ryzykowaniu i zabijaniu Cathala lub Lety. Być może jeszcze zamordowanie Shafiqa odbiłoby się mocniej na Ulyssesie. Ale Crouch? Owszem. Znali się od lat. Trochę ich nawet łączyło, ale głównym spoiwem tej relacji pozostawał Cathal.
- Skupiłbym się na tobie. Nie na nas – dodał jeszcze, posyłając mu dłuższe spojrzenie. – Jesteś z nami bardziej związany niż my ze sobą nawzajem.
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Leta Crouch
#6
21.05.2023, 17:46  ✶  
Słuchała wszystkiego z uwagą, próbując jednocześnie to wszystko przeanalizować i poprzesuwać w głowie na odpowiednie miejsca. Wspomniane przypadki śmierci w istocie brzmiały jak coś, co mogło być czymś podobnym, jednakże równie dobrze właściwą przyczyną śmierci było coś zgoła innego. Czasem się – podobno – zdarzało, umrzeć ot tak. Albo właśnie choroba czy wiek – to też swoje robiło. Uduszenie to już inna sprawa, ale wciąż – niekoniecznie sprawcą musiał być morderca ze snów. Włamywacz, który natknął się na właściciela-świadka niecnych poczynań. Może miała partnera, współlokatora, z którym się przeokrutnie pokłóciła? Może stanęła komuś zbyt mocno na odcisk. Może.
  Palcem po wodzie pisane, niemniej wrzucenie tych przypadków do szufladki „nieistotne i do zapomnienia” mogło na dłuższą metę odbić się czkawką. Na tym etapie wolała nie odrzucać możliwych ewentualności, podobnie jak możliwych opcji, z powodu których ich sny wiązały się ze sobą. Co oczywiście pociągało za sobą kolejne pytania… bo jeśli próbował pochwycić ich trójkę – dlaczego? Wydzierali umarłym tajemnice, lecz były tak stare, że… czy komuś mogło zależeć na ich ukryciu? A jeśli to zemsta? Wtedy Ulysses trochę tu nie pasował, a może wręcz przeciwnie – pasował aż za dobrze, ze względu na relację łączącą go z Cathalem. „Nici powiązań”? Też to nie brzmiało znowu tak bardzo nieprawdopodobnie, tylko znów, czy te łączące całą tę trójkę były wystarczająco silne…?
  - Biorąc pod uwagę, że od lat praktycznie nie ma mnie w Brytanii, nie licząc krótkich przerw, jakoś nie przychodzi mi na myśl nikt, z kim miałabym na pieńku. Pomijając… ale to już sam wiesz najlepiej – skwitowała, odwołując się – rzecz jasna – do wydarzeń, których oboje byli uczestnikami. Dawno i nieprawda, chciałoby się rzec, jednakże pamięć o nich nadal kładła się cieniem. A ci, którzy musieli pochować zmarłych bynajmniej nie musieli darzyć Crouch i Shafiqa ciepłymi uczuciami – Ewentualnie moja rodzina stanęła komuś na odcisk, zwłaszcza że sędziów nie brakuje – dodała jeszcze, bez większego przekonania.
  - Koło południa wyszłam z domu – przeszła do wydarzeń z tamtego dnia, nie wgłębiając się, co działo się wcześniej – najwyraźniej nie uznała za istotne, kiedy dokładnie zwlokła się z łóżka, jak długo trwał kawowy rytuał i poranne ablucje. Prawdziwe „mięso” kryło się gdzie indziej – Początkowo nie działo się nic, ale jak wyszłam z „Esów i Floresów”, to już miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Ale nic nie zauważyłam. Zerknęłam też do zielarskiego i Scribbulusa, za każdym razem, gdy wchodziłam do środka, to wrażenie znikało, ale gdy tylko wychodziłam... – skrzywiła się nieco, z niesmakiem wręcz. To frustrujące – czuć coś, a nie móc dostrzec, o co tak naprawdę chodzi – Aportowałam się potem do domu. I niby wszystko w porządku, a jednak pod wieczór nie mogłam się pozbyć wrażenia, że ktoś jest za bramą. Tyle że naprawdę nikogo nie było widać, nie licząc zwykłych przechodniów – podsumowała. I chyba raczej by zauważyła, gdyby jakiś konkretny przechodzień ciągle chodził w tę i we wtę, nieprawdaż? Przy założeniu, że stała przez dłuższą chwilę w oknie, ewentualnie oddelegowała skrzata do tego zadania.
  - Jeśli Cal byłby celem, to dlaczego nie zaczął od niego? – zmarszczyła brwi, zerkając na Ulyssesa. To by raczej oszczędziło – w opinii Lety – wszelkich podchodów. Oraz uprzedzenia ofiary o swoim modus operandi i że sen może nie być tylko snem.
Syn czarnoksiężnika
wiek
35
sława
IV
krew
czysta
genetyka
dziedzic Slytherina
zawód
Archeolog
Cathal wdał się w dużej mierze w matkę z Gauntów: po niej ma dość jasne włosy i jasne oczy. Mężczyzna bardzo wysoki, około 192 cm wzrostu, któremu wyraźnie nie był w życiu obcy wysiłek fizyczny. Gdzieś pomiędzy trzydziestką a czterdziestką.

Cathal Shafiq
#7
23.05.2023, 15:32  ✶  
- Leta ma rację, gdyby chodziło tylko o mnie, pewnie byłbym pierwszy – mruknął Cathal z zastanowieniem, kładąc dłoń na jednej z książek, którą parę chwil temu przekartkował. Rzeczywiście, z jednej strony był spoiwem, łączącym tę dwójkę. Z drugiej, mogło być też i tak, że ich wybrano czy to przypadkowo, czy to z trudnych do odgadnięcia w tej chwili powodów, a on sam stał się celem, ponieważ nie pozwolił ich zabić. W tej chwili Shafiq nie był jeszcze pewien, czy to na pewno on miał być obiektem ataku.
– Sam też byłem za granicą, ale to nie takie proste, Let. Równie dobrze to może być ktoś, kto miał do ciebie uraz ze szkoły, a teraz zyskał nową umiejętność, w wizji był przecież Hogwart. Albo tak jak mówisz, jakiś wróg twojego ojca… może to jest właściwy trop? – rzucił, opadając na kanapę. Machnął przy tym przy okazji ręką w bliżej niesprecyzowanym kierunku, jakby chciał w ten sposób im zasugerować, by też usiedli. Nie byli w końcu na spotkaniu wewnętrznego kręgu Voldemorta. Wprawdzie też spiskowali, jak kogoś znaleźć i zapewne zabić, ale nie musieli przy okazji stać na baczność.
Ożywił się trochę, kiedy Alethea wspomniała o „Esach i Floresach” i spojrzał na nią jakby uważniej.
– Też byłem w „Esach i Floresach” i też mniej więcej po wyjściu stamtąd zacząłem mieć wrażenie, że coś jest nie tak. Spotkałem tam… sprzedawczynię, młoda, ruda, chyba świeżo po Hogwarcie, jakąś matkę z dwójką dzieci, niska blondynka, dzieciaki koło pięciu, sześciu lat i Fineasa Wellingtona. Wciąż mieszka zdaje się w pobliżu, na skraju Little Hangleton – wyrecytował Cathal. Fineas Wellington był mężczyzną od nich starszym, fascynatem numerologii i astronomii, niespełnionym archeologiem, który czasem współpracował z Shafiqami i który zdaniem Cathala – ze swoją pamięcią mającego wyjątkowo duże wymagania – cechował się inteligencją przeciętnego osła. Dość paskudnie pomylił się w obliczeniach, które zlecili mu Shafiqowie przy okazji wykopalisk w Egipcie.
– Pamiętałem, co przydarzyło się wam, więc próbowałem przyłapać go na gorącym uczynku. Zatłoczone sklepy, boczne alejki, nagłe zmiany kierunku. Nikogo nie zobaczyłem częściej niż dwa razy. Spośród osób, które znałam, mignął mi uzdrowiciel z Munga z Fawleyów, jeden z twoich kuzynów Crouchów, poza tym Jared Quinbeck. – Z nim Cathal był kiedyś na roku, a teraz pracował w Ministerstwie Magii, więc od biedy też był pewnym powiązaniem, bo Ulysses na pewno znał go z pracy, Alethea z Pokoju Wspólnego, a Cathal z zajęć. Problem polegał na tym, że był to czarodziej półkrwi, wysoki jak tyczka, blady jak duch, miał blond włosy i nie tylko zupełnie nie przypominał mężczyzny, o którym śnili. Poza tym był raczej typem lizusa niż mordercy. – Przeszedłem właściwie całą Pokątną, specjalnie zatrzymałem się też w alejce przy Nokturnie. Aportowałem się pod dom i nie zauważyłem, żeby ktoś w pobliżu się kręcił, a to sprawdzałem. Dostrzegacie jakieś punkty wspólne?
Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#8
12.06.2023, 14:21  ✶  
- Może za pierwszym razem nie chodziło o to, by cię bezpośrednio skrzywdzić, ale by zmusić do współpracy lub ukarać – podsunął obojętnie. Młody Rookwood daleki był od przeceniania własnej przydatności w Shafiqowej pracy, ale jeśli miał szukać jakiegokolwiek powiązania (jego analityczny umysł opierał się myśli, że to wszystko mógł być aż tak niewiarygodny przypadek), szukałby ich właśnie w archeologii.
I to nie tak, że jakoś szczególnie upierał się, że wszystko zaczęło się od Cathala, ale nie widział sposobu by nie było z nim powiązane. Z nim bardziej niż z nimi. Tak. Równie dobrze rodzina Lety mogła mieć wrogów, ale czy wtedy ich prześladowca zechciałby zaatakować akurat Ulyssesa? Po co miałby ryzykować przemyślanym morderstwem kogoś, kogo właściwie Crouchowie nie znali? A jego wrogowie? Pomijając, że najpewniej uciekliby się do aresztowania go i zaciągnięcia przed sąd, nie mieli żadnego interesu w atakowaniu Cathala lub Lety. O jego istnieniu może jeszcze mgliście wiedzieli, ale jej? Zamiast Lety zaatakowaliby Danielle. I z pewnością nie uciekliby się do tak podłego ataku. Ludzie prawi działali w świetle słonecznego dnia. Nie musieli skrywać się w mrokach snów, publiczne zniszczenie Rookwoodów przyniosłoby im większy zysk.
- Nie zapominaj, że byłeś obecny we wszystkich trzech snach – dodał uprzejmie.
Obszedł zawalony gazetami stół by usiąść sztywno w fotelu. Zawsze zajmował ten konkretny fotel, gdy przebywał w domu Shafiqa. Posłał poważne, pozbawione głębszego wyrazu, choć nie charakteru, spojrzenie Lecie. Ulysses był zawzięty jak mało kto i uparty. Mimo, zdawałoby się spokojnego charakteru, była w nim również jakaś skłonna do przemocy część natury, która rozbłyskała niespodziewanie i znikała pod maską sztywnego spokoju.
- Jaki interes miałby wróg jej ojca w zabiciu mnie? – zapytał a w głębi jego głosu, jak echo, pojawił się cień zniecierpliwienia. – Albo wróg mojego ojca. Jaki interes miałby w zabiciu któregokolwiek z was?
I jeszcze we śnie. Z jednej strony wyglądałoby to na morderstwo doskonałe, z drugiej… z drugiej jednak nie do końca, bo ciała nadal nosiły ślady przemocy i nadal wymagałoby sporo zachodu. Dużo więcej niż cicha avada ciśnięta w zaułku lub choćby sparaliżowanie magią i wrzucenie do stawu.
Zamyślił się, szukając w głowie wskazówek, które okazałyby się na tyle istotne, by powiedzieć o nich na głos. Wrócił wspomnieniami do tamtego dnia. Zmarszczył brwi, od razu przypominając sobie to nieprzyjemne uczucie bycia obserwowanym.
- To nie może być Quinbeck. – Westchnął, pamiętając, że tamtego dnia stali razem w stołówce. A właściwie Quinbeck stał przed Ulyssesem, gdy ten znowu poczuł się obserwowany. Nie chodziło więc nawet o tak zupełnie niepasujący wygląd, który różnił Jareda od prześladowcy, ale o to, że raczej nie mógł być w dwóch miejscach jednocześnie. – Wellington. Wellington to ten, który nazwał moje obliczenia bublem malkontenta – podsumował.
Obliczenia, które może i należały do amatora, ale były prawidłowe. Dużo lepsze od tych które sam wykonał. Ale czy to mogłoby popchnąć Finneasa do próby morderstwa? Tego młody Rookwood nie wiedział. Ludzie zabijali i za znacznie mniej niż zranione ego i znacznie więcej puszczali płazem.
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Leta Crouch
#9
17.06.2023, 16:08  ✶  
Pokręciła powoli głową. Oczywiście że nie było to takie proste, tyle że…
  - Mówiłam, że nikt nie przychodzi mi na myśl, a nie, że przez nieobecność w Brytanii nikogo takiego być nie może – sprostowała. Fakt faktem, trudno było teraz usiąść i wskazać palcem „o! To ten na pewno nie lubi nas na tyle, żeby chcieć się dobierać do naszych zadków!” - bo przecież wszystko, co działo się tutaj, przynajmniej z punktu widzenia Lety stawało się jakieś takie… mało istotne.
  Jej życie toczyło się gdzie indziej i tam co do zasady kierowała swoją uwagę. Co za tym szło, więzi w Brytanii – zwłaszcza te złe – w większości przypadków traciły na znaczeniu i osuwały się w niepamięć.
  - Też racja – westchnęła na uwagę Ulyssesa. W istocie, jedna z pierwszych myśli niekoniecznie zaliczała się do racjonalnych. O ile wróg jej ojca w istocie mógł rzucić się na nią samą, żeby pokazać sędziemu Crouch, iż „za wiele sobie pozwala” bądź też wpłynąć po prostu na wyrok w prowadzonej sprawie (czy nawet całkiem odsunąć! Kto tam wie, co takiemu delikwentowi mogło chodzić po głowie), to jaki miałby interes w rzucaniu się na Ulyssesa? Na Cathala to jeszcze, w odwecie za przeszkodzenie w zamierzeniach, niemniej ostatecznie ten element nie wpasowywał się w całość układanki.
  Klapnęła na kanapę, przeczesując palcami burzę włosów. I nie, ani trochę im to nie pomogło, wręcz przeciwnie – zdawały się tylko bardziej napuszyć, jakby chciały pokazać, że nikt i nic nie będzie miało nad nimi kontroli. Cóż, gdyby Leta się uparła, to zmusiłaby je do współpracy – co przecież potrafiła zrobić, gdy jej na tym zależało.
  Esy i Floresy – punkt wspólny. Przykuło to mocno uwagę Lety. Jak Fawley nie wywoływał żadnych skojarzeń, nie mówiąc już o sprzedawczyni czy Quinbecku, tak Wellington…? Gdyby znajdowali się w komiksie, to niewątpliwie nad głową Crouch zaświeciłaby się właśnie żarówka. Ogromna, oślepiająca swym światłem żarówka.
  Bo Wellingtona kojarzyła.
  - Wellington... – zaczęła powoli – To jest padalec – oświadczyła w końcu, tonem podszytym irytacją – Wiecie, było kiedyś otwarcie wystawy, a ten… ten... – zapowietrzyła się; musiała odetchnąć, żeby nadal kontynuować – Pamiętam, że stwierdził, iż te znaleziska są gówno warte i zniszczone, bo zastosowano niewłaściwe metody konserwacji i nie przyniosą już żadnego pożytku. I że same wykopaliska prowadzi się w tylko jeden możliwy sposób, bez uwzględniania wszelkich możliwych okoliczności. I jeszcze… a, szkoda gadać – żachnęła się w końcu – W każdym razie ci, co słyszeli tę rozmowę, poparli mnie, nie jego… Cal, nie miałeś z nim przypadkiem na pieńku? – tylko jego knuta w ogródku teraz brakowało, skoro, jak widać, Leta i Ulysses wrzucili tam swoje.
Syn czarnoksiężnika
wiek
35
sława
IV
krew
czysta
genetyka
dziedzic Slytherina
zawód
Archeolog
Cathal wdał się w dużej mierze w matkę z Gauntów: po niej ma dość jasne włosy i jasne oczy. Mężczyzna bardzo wysoki, około 192 cm wzrostu, któremu wyraźnie nie był w życiu obcy wysiłek fizyczny. Gdzieś pomiędzy trzydziestką a czterdziestką.

Cathal Shafiq
#10
18.06.2023, 15:06  ✶  
- Nie zapominam – zapewnił Cathal, przez moment nawet kąciki ust drgnęły mu lekko. Jak mógłby zapomnieć? – Mam wrażenie, że w waszych snach się mnie nie spodziewał, ale kto wie, może było inaczej. A co do waszych ojców… mam na myśli raczej wspólną sprawę. Ojciec Lety to sędzia, Chester to auror, zemsta nie byłaby czymś nadzwyczajnym.
Wtedy on byłby albo przypadkową ofiarą, którą wybrano, bo pokrzyżował plany zabójstwa w snach, albo ta sprawa miałaby coś wspólnego z którymś z jego krewnych – co też nie byłoby nadzwyczajne. Ojciec Cathala nie żył od lat, ale pracował w Ministerstwie, ojczym narobił sobie wrogów, a Gauntowie…
…nie warto było nawet mówić o Gauntach.
Tę teorię jednak Shafiq dość szybko zepchnął na bok. Zmarszczył czoło, kiedy Leta i Ulysses zaczęli mówić o Wellingtonie. Wyglądało na to, że choć pozornie obracali się w dość różnych kręgach, z tym konkretnym osobnikiem wszyscy mieli na pieńku.
I gdy Cathal odtworzył sobie teraz jego sylwetkę przed oczyma… musiał przyznać, że był całkiem podobny do mężczyzny ze snów. Nie identyczny. Ale może się… odmłodził? Wellington był dokładnie tego samego wzrostu, miał oczy w identycznym kolorze, też był brunetem, ale trochę bardziej łysym i trochę bardziej korpulentnym. Jeżeli mógł zabijać w snach, czemu nie miałby zmienić własnego wyglądu?
- Któreś z was widziało go ostatnio? – spytał z nagłą czujnością. – Wellington chciał prowadzić wykopaliska w Walii, ale sprawę powierzono Shafiqom. Podobno się tym wściekł. Poza tym wrzuciłem do kosza jego wyliczenia do Egiptu – wyjaśnił krótko, a potem zamilkł na długą chwilę: odtwarzał w głowie wszystko, co wiedział o tym mężczyźnie, każde spotkanie, pracę naukową, zasłyszaną plotkę… Opuścił w końcu jasnowłosą głowę i utkwił spojrzenie w jednej z ksiąg na stoliku.
Magia słów.
- Poza numerologią i historią magii, interesował się wróżbiarstwem. Zwłaszcza snami proroczymi. Przez dwa lata pracował w Departamencie Tajemnic. Chodziły plotki, że wyrzucono go stamtąd, bo przeprowadził jakiś nieudany eksperyment – powiedział bardzo powoli, jakby starannie ważył każde słowo. Wellington mieszkał w Little Hangleton, był więc blisko i jego domu, i posiadłości Rookwoodów. Cathal spotkał go tamtego dnia, gdy zdawało się mu, że ktoś go śledzi. Mężczyzna nie cierpiał ich wszystkich. Jeśli Ulysses miał rację i chodziłoby o niego, od niego by się zaczęło, to Wellington nie cierpiał go od dawna i miał co najmniej dwa dość świeże powody, żeby go nie cierpieć.
Oczywiście, nie było powiedziane, że to on.
Ale zdawał się niezłym punktem zaczepienia.
– Chyba trzeba będzie… trochę popytać – stwierdził w końcu, a potem znów się uśmiechnął. Dość zimno. – Myślę, że na wstępie pójdę zamienić parę słów z Wellingtonem.
Nie była to metafora, Cathal nie planował od razu iść i go zamordować.
Najpierw trzeba było się upewnić, że to on jest jego celem. Porozmawiać. Zobaczyć, jak zareaguje. Co powie.
Na mordowanie przyjdzie czas później.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Cathal Shafiq (2565), Leta Crouch (2151), Ulysses Rookwood (2061)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa