– To dobry układ – zgodził się. Był skłonny i od razu zamówić cały kociołek, bo wiedział, że niektórzy wytwórcy woleli od razu przygotować dużą porcję i niechętnie tracili czas na próbki. Nie zamierzał jednak narzekać, skoro Victoria proponowała rozwiązanie znacznie dla niego korzystniejsze. To sporo o niej mówiło.
Podobnie jak to, że mimo pracy w Brygadzie, nawet nie próbowała spytać, po co mu aż tak duży zapas tego typu eliksiru.
– Alguff? To najpaskudniejsza rzeźba w zamku. Parę razy miałem ochotę lewitować ją przez jakieś okno i rozbić na błoniach – odparł, a kąciki ust drgnęły mu lekko, może ze względu na to, że rozmowa zeszła na jego kuzyna, a może na wspomnienie posągu. Który, oczywiście, pamiętał. – Mój kuzyn ma znacznie lepszy gust. Próbował zabrać rzeźbę Loreley z trzeciego piętra – poinformował. Loreley była potomkinią selkie, słynną śpiewaczką i mistrzynią transmutacji oraz charakteryzowała się o wiele przyjemniejszą aparycją niż Alguff Odrażający. – Trafił do Gryffindoru. Mam wrażenie, że zaistniała tam jakaś rywalizacja, kto będzie największymi rozrabiakami Domu, a wojny między Domami… są bardziej gorące niż za moich czasów.
Sam był w Slytherinie. Z dziedzictwem Gauntów inna możliwość chyba nie istniała, ale i bez niego po prawdzie to po prostu pasowało do Cathala. Nie miał jednak problemów z tym, gdzie trafił jego krewny, bo szkolne animozje wiele lat temu zostawił w hogwarckich murach. Raczej bawiło go to, jak niektóre rodziny przywiązują znaczenie do trafienia dzieci do konkretnego Domu.
– W porządku – podsumował tylko cenę, kiwając głową. Jeżeli szło o niego, zapłata była uczciwa i nie miała nadmiernie nadwyrężyć jego budżetu, a jakby nie było, prosił o naprawdę duży zapas. – Nie będę już dłużej zabierał twojego czasu – dorzucił, skoro wszystko mieli ustalone i podniósł się z miejsca.