20.04.2023, 20:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.04.2023, 20:48 przez Cathal Shafiq.)
Kontynuacja wątku z tej, tej, tej, tej i tej sesji
Cathal chciał kogoś zamordować.
Problemem nie był tu sam fakt dokonania morderstwa. Ani zaplanowanie jego przeprowadzenia, zapewnienie sobie alibi na czas zbrodni czy pozbycie się ciała. Nie, kłopot polegał na czymś innym: Shafiq nie znał ani danych personalnych człowieka, którego chciał się pozbyć, ani nie miał pojęcia, gdzie go szukać. Nie oznaczało to jednak, że po prostu się podda. Cathal nigdy nie poddawał się łatwo, kiedy na czymś bardzo mu zależało, a w tej chwili straszliwie chciał tę konkretną osobę zabić.
Próbował już sześciokrotnie. Podobnie jak ten człowiek sześciokrotnie chciał zabić kogoś, kogo Cathal znał. I potem trzykrotnie próbował zabić jego samego.
Dwudziestego kwietnia wieczorem był w domu swojej matki w Little Hangleton. Na parterze budynku mieściły się salon, kuchnia i łazienka – na piętrze trzy pokoje, jego własna sypialnia, gabinet i pokój kiedyś należący do Isabelli, a z którego pozwolił swobodnie korzystać Ulyssesowi. Cathal na Aletheę i Rookwooda czekał w salonie właśnie: sporym pomieszczeniu, z którego już kiedyś usunął większość rodzinnych pamiątek, aż pozostały tutaj głównie kanapy, już dość stary stół, dwa fotele, regały, zastawione bardzo drogimi książkami i kilka oprawionych papirusów, zasłaniających na ścianach ślady po zdjętych niegdyś obrazach, przedstawiających przodków. Okno, wychodzące na nieduży ogródek, otworzono na oścież. W oddali, ponad ogrodzeniem, widać było kamienny mur, otaczający posiadłość Gauntów. Powoli zachodziło ponad nim słońce.
Drzwi wejściowe nie były w żaden sposób zamknięte, goście mogli więc ewentualnie wejść. Sam Cathal z kolei pochylał się nad stołem. Zasłał blat gazetami z kilkunastu ostatnich tygodni, a także własnymi notatkami. Na jednym z foteli piętrzył się stosik książek – większość wyglądała na nową. I taka była, bo Cathal wiedział, że nie znajdzie potrzebnych mu odpowiedzi w żadnym woluminie, stojącym na półkach w tym domu, jego londyńskim mieszkaniu albo rezydencji Shafiqów. Kupił więc skoro świt wszystkie nieznane sobie jeszcze pozycje na temat nici powiązań między ludźmi, magii snów, świadomego śnienia oraz magii mentalnej, jakie udało mu się znaleźć w księgarni na Pokątnej. Miał paskudne przeczucie, że zetknęli się z czymś, czego prawdopodobnie dotąd nie udało się nikomu opisać, ale to zawsze był jakiś punkt wyjścia.
Nie miał już siniaków na szyi ani rany po nożu. Odwiedził i aptekę, by zakupić eliksir wiggenowy. Wspomnienie odniesionych obrażeń pozostawało jednak świeże. Bardzo świeże, nawet jak na standardy Cathala, który doskonale pamiętał ból, jaki towarzyszył złamaniu w wieku sześciu lat. I rozpalał w jego duszy wściekłość oraz pragnienie mordu.
Cathal chciał kogoś zamordować.
Problemem nie był tu sam fakt dokonania morderstwa. Ani zaplanowanie jego przeprowadzenia, zapewnienie sobie alibi na czas zbrodni czy pozbycie się ciała. Nie, kłopot polegał na czymś innym: Shafiq nie znał ani danych personalnych człowieka, którego chciał się pozbyć, ani nie miał pojęcia, gdzie go szukać. Nie oznaczało to jednak, że po prostu się podda. Cathal nigdy nie poddawał się łatwo, kiedy na czymś bardzo mu zależało, a w tej chwili straszliwie chciał tę konkretną osobę zabić.
Próbował już sześciokrotnie. Podobnie jak ten człowiek sześciokrotnie chciał zabić kogoś, kogo Cathal znał. I potem trzykrotnie próbował zabić jego samego.
Dwudziestego kwietnia wieczorem był w domu swojej matki w Little Hangleton. Na parterze budynku mieściły się salon, kuchnia i łazienka – na piętrze trzy pokoje, jego własna sypialnia, gabinet i pokój kiedyś należący do Isabelli, a z którego pozwolił swobodnie korzystać Ulyssesowi. Cathal na Aletheę i Rookwooda czekał w salonie właśnie: sporym pomieszczeniu, z którego już kiedyś usunął większość rodzinnych pamiątek, aż pozostały tutaj głównie kanapy, już dość stary stół, dwa fotele, regały, zastawione bardzo drogimi książkami i kilka oprawionych papirusów, zasłaniających na ścianach ślady po zdjętych niegdyś obrazach, przedstawiających przodków. Okno, wychodzące na nieduży ogródek, otworzono na oścież. W oddali, ponad ogrodzeniem, widać było kamienny mur, otaczający posiadłość Gauntów. Powoli zachodziło ponad nim słońce.
Drzwi wejściowe nie były w żaden sposób zamknięte, goście mogli więc ewentualnie wejść. Sam Cathal z kolei pochylał się nad stołem. Zasłał blat gazetami z kilkunastu ostatnich tygodni, a także własnymi notatkami. Na jednym z foteli piętrzył się stosik książek – większość wyglądała na nową. I taka była, bo Cathal wiedział, że nie znajdzie potrzebnych mu odpowiedzi w żadnym woluminie, stojącym na półkach w tym domu, jego londyńskim mieszkaniu albo rezydencji Shafiqów. Kupił więc skoro świt wszystkie nieznane sobie jeszcze pozycje na temat nici powiązań między ludźmi, magii snów, świadomego śnienia oraz magii mentalnej, jakie udało mu się znaleźć w księgarni na Pokątnej. Miał paskudne przeczucie, że zetknęli się z czymś, czego prawdopodobnie dotąd nie udało się nikomu opisać, ale to zawsze był jakiś punkt wyjścia.
Nie miał już siniaków na szyi ani rany po nożu. Odwiedził i aptekę, by zakupić eliksir wiggenowy. Wspomnienie odniesionych obrażeń pozostawało jednak świeże. Bardzo świeże, nawet jak na standardy Cathala, który doskonale pamiętał ból, jaki towarzyszył złamaniu w wieku sześciu lat. I rozpalał w jego duszy wściekłość oraz pragnienie mordu.