Serce waliło jej tak szybko jak przy ich pierwszym spotkaniu, ale już się nie rumieniła, już nie była zawstydzona. Doskonale wiedziała na co go stać i po prostu mu na to pozwalała. Przywykła do jego obecności. Czasami jeszcze wprowadził ją w zakłopotanie, ale nie dziś. Dzisiaj sprawił, że miała inny obraz jego osoby. Pełny! Pełny obraz Rookwooda, od stóp do głowy – cały, w swojej potędze, słabości i osobie. Był tak majestatycznie piękny anwet, gdy miał oczy zalane łzami, nawet wtedy, gdy nieporadnie je wycierał, gdy suszył dłonie o koszulę i gdy złapał jej policzki. Przytulił jeden z nich do jednej z dłoni i cicho się uśmiechnęła, wciągnęła [powietrze powstrzymując te cholerne łzy w oczach.
Czemu mi to robisz? – zapytała siebie w myślach. Nie chciała znać odpowiedzi na to pytanie. Chciała je sobie zadawać do usranej śmierci. Zastanawiać się nad tym, czy gdyby miała więcej odwagi to, czy by przeżyła swój pierwszy pocałunek właśnie z nim? Chciała go pocałować, chciała, aby nigdy już nie wypuszczał ją z ramiona, ale nie zrobiła nic w tym kierunku. Patrzyła mu w oczy zagryzając usta, aby się nie rozpłakać. Czuła jak gula zbiera jej się w gardle i powoduje ten głupi ból z bezsilności.
Oh, Rookwood – ty cholerna szujo jak mogłeś jej to zrobić? Jak mogłeś zniszczyć jej wspomnienie ciebie tymi cholernymi łzami? Złapała jego nadgarstki jakby nie chciała, aby puszczał jej twarz. Zaciskała na nich mocno swoje dłonie jakby sprawdzała, czy na pewno tu był. Świat jakby zwolnił, otoczenie nie istaniało.
– One kończą się szczęśliwie i… – pocałunkiem. Nie powiedziała tego głośno, bo nie chciała, by ją całował. Chciała zatrzymać chociaż ten ból i niedopowiedzenie z dala od niego, z dala od rzeczywistości. Pociągnęła nosem z cichym westchnięciem. W końcu odważyła się to przerwać z bólem na twarzy, ale maskującym uśmiechem cofnęła się o krok wyswobadzając swoją twarz z jego dłoni. Po policzkach popłynęły jej łzy, więc znowu wciągnęła głośno powietrze. – Pieprzony, Rookwood – szepnęła patrząc na niego, nie odrywając od niego wzroku. – Czemu to tak utrudniłeś?
Chciała go błagać o jakikolwiek cios, o złośliwe słowo, o wyzwisko, a nawet cios fizyczny. Chciała, aby sprawił, by na nowo go znienawidziła, ale nie potrafiła nic z siebie wydusić. Był zbyt piękny, zbyt rozbity, aby mogła go prosić o coś tak cholernie bolesnego. Wiedziała, że był zdolny do tego. Wiedziała, że jeśli poprosi go o rozbicie tego pieprzonego lustra złudnego uczucia to on to bez wahania zrobi. Był osobą, która w jej oczach mogła robić za destruktora. Świetnie sobie radził niszcząc siebie, więc czemu nie mógł zniszczyć też tego?