Niektórzy ludzie byli stworzeni do tego, by znikać w tłumie. Martin Crouch, który powinien błyszczeć z koroną na głowie, należał właśnie do tych osób. Czy był zupełnie niewidzialny? Lauretn nie wiedział. Im jesteś bardziej charyzmatyczny, im bardziej cię zauważają tym lepiej... tak długo, jak długo nie masz czego ukryć. Przecież nikt się nie oszukiwał, czym się zajmowała rodzina Crouch. Tak jak niby wszyscy wiedzieli, że Prewett to była jedna wielka mafia, ale wszystko przykrywały śliczne uśmiechy i konie. Hodowcy koni - tak, tak, z tego w końcu słynęli. W chwilach spokoju na takich okazjach Laurent lubił czasem spoglądać nie na tych, których widać od razu, gołym okiem, a właśnie na tych, którzy w towarzystwie całkowicie ginęli.
Podziękował za wspólny posiłek po pozwoleniu na to, żeby dać się zachwycić deserem i zostawił na razie Pandorę i Notta w swoim towarzystwie. Jedna obiecała tatusiowi, że będzie grzeczna, jeśli jej nie wyda za mąż, drugi... nad drugim rodzina chyba nie miała już żadnej kontroli. To pewnie dlatego brat Philipa tak wylewał nad nim łzy - był straconym przypadkiem. Choć - kto wie? Może ten rytuał naprawdę coś miał zmienić..? Przyglądał im się, kiedy siedzieli razem. Nie, nie wyobrażał sobie tego, że cokolwiek miałoby ich połączyć - to byłoby śmieszne. Musiałby znać sto razy mnie Pandorę i jakieś dwadzieścia razy mnie Philipa. Zresztą z tego co się orientował to jego piękna siostrzyczka już miała swój malutki zryw serca... tylko chyba jeszcze niekoniecznie chciała się do tego przyznać. Nic dziwnego. Z uśmiechem na wargach Laurent wyobrażał sobie płacz Edwarda, gdy Pandora oświadczy, że musi jej dłoń powierzyć innemu.
- Zastanawiam się dlaczego główny realizator tego wydarzenia ginie w jej cieniu. - Odezwał się cicho w kierunku Martina Croucha, gdy ten, chyba jak przez cały ten czas po przywitaniu gości, snuł się od jednej burty do drugiej. Nie było to złe, w żadnym wypadku. Ludzie byli różni i mieli różne potrzeby. Laurent tego nie oceniał, a w jego głosie nie brzmiał wyrzut. Był taki sam w intonacji jak jego uśmiech - ciepły, sympatyczny. Takim też spojrzeniem obdarzył mężczyznę. Różne oprawy spotkań dyktowały różne zachowanie. Przynajmniej dla Laurenta tak była. Wąż o tęczowych łuskach dopasowywał się do towarzystwa i otoczenia - tak chyba działał niesławny kameleon? Śmieszne zwierzątko - a określenie kogoś jego mianem prawie zawsze było podsycone negatywem. W każdym razie - ten konkretny wąż nie przynosił do Martina złych intencji. Za to skorzystał z chwili pewnej... prywatności? Żeby nie powiedzieć - intymności? Bo właściwie dlaczego tak przystojny mężczyzna nie był oblegany przez stado panienek? Przez blizny? Przez apatię, jaką nosił na twarzy? Tak, to potrafiło odstraszyć. Nadawały mu wyrazu złego chłopca, który mógłby zrobić krzywdę, gdyby tylko krzywo na niego spojrzeć. I może też tak było. Może... bo blondynowi się nie wydawało. - Miałem okazję się z panem przywitać, ale jedynie przelotnie. Więc może teraz zrobię to prawidłowo? Laurent Prewett. Miło mi poznać. - Wyciągnął do mężczyzny dłoń.
Tak, kilka chwil, nim zacznie się przedstawienie.