19 listopada 1971
Sankt Petersburg
Loretta Lestrange i Louvain Lestrange
Westchnięcie obmierzłe na licu wszechświata rozkładało rozgwieżdżony koc nad ziemią; migotliwe punkty na niebie mrugały niepewnie do wszystkich, którzy zechcieli tą śnieżną porą odwiedzić prospekt newski - Petersburg kipiał wręcz chłodem, który wzierał do kości, zamykał się we wnętrzu, a welon białego puchu miękko spoczywał na brutalistycznych, starych budynkach. Pora zimowa łączyła w sobie tak wiele - smak umierania oraz ożywania na nowo; na jej zaczerwienionych policzkach odbijał się spory pąs zimna, a w kruczych lokach topniały niewinne płatki śniegu, pozostawiając po sobie raptem mokrą plamę, która sklejała pukle w strąki. Sowicie ujemne temperatury sprowadzały skostnienie na palcach, które choć ukryte pod powłoką eleganckich rękawiczek, odczuwały dogłębnie kaprys śnieżnej pogody.
Odziana w kotarę ciężkiego kożucha, trzymała brata pod ramię, stukotem obcasów zwiastując swoją duszną, energiczną obecność. Milkliwość zawierała w sobie wszelkie słowa i choć na ogół rozgadana i filuterna, teraz jedynie układała usta w wąską linię, doceniając delektowanie się tym, co niewypowiedziane.
Tym, jak był jej bliski.
Pomysł wspólnego, urodzinowego wojażu zrodził się w umysłach dosyć prędko, a obranie za destynację skostniałą, omiecioną oddechem chłodu Rosję zdawało się idealnym. Oboje wszak nie gustowali w cieplnej duchocie, za wartościowszy uważając ten oddech chłodu, którym Petersburg zionął.
Non omnis moriar.
Przełknęła odrobinę ciężej ślinę, zerkając pod nogi, na lodową ślizgawicę, upewniając się, iż nie traci równowagi na oblodzonym bruku.
Dwudziesta-piąta wiosna musiała być uczczona należycie; nigdy nie spodziewała się, że przeżyje aż ćwierć wieku w swojej rozciągłości; wiedziała jednak, że gdyby ją opuścił, złożony gdzieś parę stóp pod ziemią, w ciemności, otulony prześcieradłem śmierci, również nie byłaby w stanie przetrwać.
Był dla niej najważniejszy.
Zsunęła niepewnie dłoń z jego ramienia, splatając palce z jego. W ten właśnie sposób chodzili jako dzieci; dwie bliźniacze dusze, stworzone na swoje podobieństwo.
- Lou! Ależ tu pięknie. Wszystko jest piękne - ty, ja, to miejsce. Wspominałam ci ostatnio, jak bardzo cię kocham? Jeśli nie, to robię to teraz - rzekła, usta rozklejającym w urokliwym, niebanalnym uśmiechu.