Eryk Rookwood & Lucky Luke & The Beast
Gdy tylko przekroczył próg Banku Gringotta i wszedł na zatłoczony chodnik, jego nienagannie neutralny wyraz twarzy zmienił się w kwaśny grymas. Nie znosił wizyt w tym przybytku pasożytów nawet wtedy, kiedy nie obejmowały one irytującej biurokracji. Było już grubo po osiemnastej — spędził tam ponad godzinę. Gdyby nie to, że umówił się z kolegami z pracy na piwo w Dziurawym Kotle, to teleportowałby się bezpośrednio do swojego londyńskiego mieszkania.
Chwilę debatował ze sobą, czy jednak nie wolał wypiąć się dzisiaj na chłopaków (pełna dokumentów aktówka ciążyła mu w dłoni, mięśnie pleców nieprzyjemnie pobolewały), ale prędko zorientował się, że nawet jakby chciał, to nie byłby w stanie oddalić się od tłumu na tyle, aby uniknąć przypadkowego zabrania za sobą czyjejś części ciała podczas teleportacji. Musiał cierpliwie przesuwać się z tłuszczą do najbliższego skrzyżowania. Jak jakieś zwierzę juczne.