Otarł dłonią kącik obolałych warg. Powinny być spuchnięte, powinna polecieć krew na dolnym rozcięciu. Powinien krwawić z łuku brwiowego, a siniak zdobić jego ciało to tu to tam. Nic takiego jednak nie miało miejsca. Ledwo zarysowania na skórze świadczyły o tym, że cokolwiek mogło się wydarzyć. No body - no crime. Nie ma śladów przemocy, więc żadnej przemocy nie mogło być. Poprawił marynarkę na ramiona. Właściwie była tak samo wygodna jak skórzana kurtka - po prostu w nieco inny sposób. Jeden mankament, na który już narzekał - zdecydowanie łatwiej było powiedzieć "te spodnie takie były" - przetarte i przedarte - przy dżinsie, a nie przy tych ładnych, prasowanych porteczkach do kompletu, które nosiły wszystkie te szanujące się paniczyska. Ale do noszenia porteczek prasowanych w kant jeszcze trochę mu brakowało. To jest - brakowało tych niektórych chwil, w których by je założył. Pomijając nawet to, jak łatwo było je zadrzeć, to ciągle były wymiętolone i wyglądały przez to tragicznie.
Poprawił kwiatka pod pachą i zapukał do drzwi domu, który od niedawna (albo dawna?) miał być domem Victorii. Tym, w którym się układała, do którego się przenosiła i w którym chciała zamieszkać. Na teraz, na potem, na zawsze - jej sprawa. Mieszkanie było wygodne - łatwy dostęp do całego czarodziejskiego świata, brak tracenia czasu na kominki czy na inne dojazdy. Bo na pewno nie "doloty". Z jej lękiem wysokości na pewno nie. Ale Victoria chyba była przyzwyczajona do tego "wiejskiego życia". No i tutaj nie miała ogrodu. Czy ona w ogóle mogła żyć i mieszkać bez ogrodu? Może. Chyba. Nie wiem?
Zapukał.
Wyciągnął kartkę z wewnętrznej kieszeni i rozłożył ją, żeby upewnić się, że to dokładnie ta notatka, którą chciał dostarczyć. I kiedy tylko drzwi się otworzyły wystawił ją przed siebie... nie. Wróć. Najpierw się odezwał. Tak, dokładnie tak to było.
- Przyniosłem odpowiedź na list. - I wtedy pokazał karteczkę. Karteczkę z napisem "ok". Oczywiście była to ta sama karteczka, na której Victoria napisała swój list. On po prostu napisał swoją odpowiedź na drugiej stronie. Wręczył tę karteczkę w progu Victorii nie pytając, czy ją chce czy nie. No jak mogłaby nie przyjąć? Przecież to była odpowiedź na jej zapytanie! Listy trzeba przyjmować. A potem sobie wszedł do środka, niekoniecznie czekając na zaproszenie. - Przyniosłem ci kwiatka do domu. Moja psiapsi nazywa ją "pisanką". Czy jakoś tak. - Dobrze, to była właściwie dopiero sadzonka. Przynajmniej ta laska, którą zatrudnił do zrobienia sadzonki twierdziła, że to sadzonka i że z tego coś wyrośnie. Wyciągnął teraz drugą rzecz do rąk Victorii. - Podobno owoce są śmiertelnie trujące. Nie wiem, nie jadłem. I nie karmiłem nimi nikogo. - Dodał, bo to wcale nie było oczywiste w jego wypadku. Szczególnie, że zamierzał to zrobić i przekonać się, jak te owocki działają.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.