Nie wierzył w to już sam - jaka znowu zła wizja na życie, jaki pech? Czarne koty nie przynosiły pecha. Co najwyżej przed nim ostrzegały. Tak jak wierzono w Anglii - przynosiły szczęście. Czy on przyniósł szczęście Victorii? Miał nadzieję, że tak. Chociaż trochę. Przetaczając się przez dziennik, w którym spisano wszystkie ich baraszki chciał wierzyć, że te dobre chwile między nimi warte były zapamiętania i że znaczyli dla siebie coś więcej. Ona nadal dla niego znaczyła. On dla niej chyba też. Jakoś nie potrafił sobie wyobrazić tej kobiety odsuwającej go od siebie. Była właśnie taka - przepraszała go za to, że było jej źle. Bo jemu było źle, jak było źle jej. Kurwa, no było! Chujkurwajapierdole BYŁO I JEST. Dlatego teraz chodził wkurwiony jak osa, a na co był wkurwiony to nawet nie wiedział. Brakowało mu tego uczucia prawdę mówiąc. Chyba po prostu brakowało mu w tej ziejącej pustce jakiegokolwiek ludzkiego uczucia, które potwierdziłoby, że nie jest naoliwioną maszyną zaprojektowaną do codziennego funkcjonowania, a kimś więcej. Czymś więcej. Tak jak ona była czymś więcej. I oto objawienie! Jego światło znów przyniosło tchnienie życia w jego pierś! Ożywiła serce, chociaż nie biło nadal. Chciała znaleźć lek dla wampirów, ale daleko szukać nie musiała. Wystarczyło spojrzeć w lustro.
Zatrzymał się na drugim krańcu przy sofie, plecami do Victorii, z rękoma splecionymi na klatce piersiowej, kiedy mówiła o nekromantach i spirytystach. Szukał. Nurkował w swojej głowie za najbardziej mrocznymi osobami, które znał z tej dziedziny... osobami, które nie byłyby Voldemortem. I nie wiedział. Wcale nie był pewien, w którą stronę się obrócić, ale to nie dlatego, że nikogo takiego nie znał. Teraz miał trochę za duży "mętlik" w głowie. Piszę: "mętlik", bo w zasadzie bardziej była to ziejąca pustka, po której obijała się o ściany piłeczka zwana myślą. Ta myśl nie była zbyt oświecona inteligencją. Raczej była czerwona od gniewu.
- Pomyślę o kimś. - O kimś, kto nie będzie tak pokurwiony, żeby od razu wbić sztylet w plecy. To w tym najbardziej tkwił problem. Niektórym ludziom można ufać, bo można ufać ich żarłoczności, inni wyznawali zasady, a jeszcze inni byli właśnie takimi piłeczkami, co z kąta w kąt latają. Potrzebujesz ich, ale wiesz, że cię zdradzą. Kwestia czasu, kto się wkurwi i ich złoi.
Chciałby sprowadzić jej wiedzę o tym, co robić, gdzie robić i jak robić. Chciałby jej nawet sprowadzić gwiazdkę z nieba, jeśli by tego potrzebowała, żeby być szczęśliwą. Kurwa, mógłby! Oczywiście najpierw by ponarzekał, może poprzeklinał i wywrócił oczami, podrażniłoby go to, że musi ruszać dupę, gdyby miał akurat gorszy dzień. To tyle. Potem by się ruszył. Ale jakoś odpowiedź nie spływała jak ta spadająca gwiazdka i na szczęście gwiazdki też nie potrzebowała. Potrzebowała czegoś bardziej przyziemnego. I, o zgrozo, tego bał się najbardziej.
- Dobra, może być schabowy. - Machnął ręką. - Tylko gdzie ja teraz schabowego znajdę... - Podrapał się po głowie, jakby TO był realny problem, a nie jakieś umierania czy... inne takie... Obrócił się do niej i przeszedł przez pokój. - Czy ty naprawdę oczekujesz ode mnie, że moje zajebiste wyczucie czasu pozwoli mi określić, kiedy jadłem krewetki? - Zapytał ze śmiertelną powagą. Umówmy się - królem i bogiem pamięci to on nie był. Dla niego 'niedawno' było coś, co działo się dwa lata temu. I nie widział w tym żadnego problemu. - Zanim zostałem wampirem. Z 4 lata? - To był jakiś wyznacznik, ale pewnie niedługo zacznie się w tej rachubie gubić. A do tego jeszcze doliczał jakiś tam czas, bo przecież to nie tak, że jadł krewetki dzień przed zostaniem wampirem...
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.