22 maja 1972
Theon & Cynthia
Nie był przekonany do tego czy Cynthia Flint była tą osobą, z której pomocy powinien skorzystać. Znali się głównie z widzenia oraz krótkiego epizodu sprzed lat, kiedy to pomogła mu uniknąć ściągania na siebie niepotrzebnej uwagi. A także udzieliła niezbędnej pomocy medycznej. Nie wiedział na jej temat zbyt wiele. Nie był też w stanie należycie ocenić ryzyka. Dlatego też zastanawiał się nad tym dość długo - ponad jeden, cały dzień - ostatecznie dochodząc do prostego wniosku. Najpewniej jedynego, który mógł w tej chwili wyciągnąć. Nie miał wyboru. Praktycznie żadnego.
Rozchodzący się po ciele chłód, budził niepokój. Nie ustępował. Nie był czymś, do czego można było się przyzwyczaić. Z czym można było funkcjonować. Tak po prostu. Normalnie. Cały czas przypominał o tym, że coś było nie tak; coś się zmieniło. I nie była to żadna drobnostka. Nie miał wiele czasu na to, aby się z tym zagadnieniem zapoznać. Bliżej zapoznać. Lepiej. Polegał głównie na tym, co zdążył już usłyszeć od Louvaina. Musiał zaufać temu, który pomógł mu wrócić. Odzyskać świadomość. Uwolnić się od pozostałości magii, która zdołała pokonać go podczas pobytu w Limbo.
O właściwej porze pojawił się pod wskazanym adresem. Wyglądający jak zawsze, czujący się jak nigdy wcześniej. Niby ten sam, ale jednak inny. Zimny. Całe szczęście nie było to czymś, co dało się dostrzec. Zaobserwować. Jedynie poczuć.
Wprowadzony do środka, mógł przywitać się z Cynthią. Podziękować jej za chęć pomocy. Rozmowy. Zajęcia się tym problemem. Nie musiała tego robić. Nie musiała robić niczego. W ogóle tracić na niego czasu. Całe szczęście jednak nie odmówiła.
Choć może nie tryskajmy zbyt wcześnie optymizmem.
- Dziękuje za możliwość spotkania. - zaczął, rozglądając się po pomieszczeniu, w którym się znaleźli. Obydwoje. Z pewnym zainteresowaniem. Z ciekawością, której nie ukrywał. Wcale a wcale. Detale dużo mówiły o ludziach. To jak żyli. W jakich warunkach funkcjonowali. - Nie wiem od czego powinniśmy zacząć?
Był w tym szczery. Prawdziwy. Naprawdę nie wiedział. To przecież nie tak, że z tego rodzaju problemami zwracał się do różnych ludzi raz za razem. Na okrągło. Co w sumie można uznać za całkiem spore osiągnięcie, skoro zdaniem co niektórych można było mu przykleić łatkę pechowca. Prawdziwego pechowca, pakującego się w różne dziwne sytuacje.
Zarazem takiego, który z każdą kolejną przygodą starał się uporać w miarę możliwości... cóż, całkiem sam.