Kochał nowy nurt muzyki, który pożerał ten świat. Rock. Wszystkie te zespoły, w których tekstach można było się zanurzyć, każdy dźwięk gitary, każda słodka melodia, która przepływała przez uszy. Dlatego lubił grać - na tej gitarze - bo wtedy chociaż przez moment można się było poczuć tak, jakby człowiek spełnił swoje marzenie życia i był... był kimś innym, niż był dnia dzisiejszego. Zanurzony w pozornym istnieniu, pochłonięty marą marazmu i spierdolenia psychicznego nie stał równo na swoich nogach przez ostatnie dni. Właściwie to ledwo stał w ogóle. Z wrażenia, że teraz wszystko może być lepiej, że jakaś jebana sprawiedliwość istnieje na tym świecie, że w zasadzie Tomek spoko ziomek - tylko trzeba z szacunkiem... Ale o to ostatnie nie było trudne. Kiedy Śmierciożercy z psychopatów zamienili się w jego rodzinę? Kiedy zaczęli być dla niego "swoimi" i kiedy ta misja, której się poddawali, stała się warta gry? Może w tym samym momencie, kiedy pękła jego dusza i zanurzyła go w pogromie uniesień mordu. Moros byłby dumny, och tak. Widok upadających chłopców musiał bardzo cieszyć Boga. Bawił się wszak już wyśmienicie przy Ikarze.
Dziś - tego jednego wieczoru - to miało znaczenie zupełnie przelotne i ulotne. I dziś to nie rock grał w tym klubie, do którego zaprosił Bellę. Był jej to winien - jak chuj! Tak jak wyjaśnienie - że w zasadzie to popełniony został błąd, bo Sauriel nie wiedział, że to był mugolak. Wtedy rozważyłby, czy na pewno zapraszać Belle... albo i nie? Bo w końcu za często najpierw coś robił, a dopiero potem myślał. Zdecydowanie zbyt często. Właściwie to dobrze było, jeśli pomyślał - i przemyślał - w ogóle. W końcu ci, którzy go znali, wiedzieli, że istnieją przynajmniej trzy stopnie upartości: uparty -> uparty jak osioł -> Sauriel. Uparty jak Sauriel. I ten uparty jak Sauriel Sauriel siedział przy barze, oglądając teraz drzwi wejściowe przy rytmach jazzu. Na razie jednego ze spokojnych utworów, gdzie na parkiecie bujały się wtulone w siebie pary. Zamówił sobie drinka - i pił. Nie sądząc, że Bella będzie kazała na siebie długo czekać, a nawet jeśli - przecież w kręgach czystej krwi to nawet wypadało się spóźnić parę minut. I nie było w tym niczego niepoprawnego. Tym bardziej dla wampira, który miał cały czas tego świata. Gorzej już z samym światem. Gorzej z ludźmi, którzy jak kwiaty - starzeli się, bledli, umierali. Ubrany w czerń - a jakże - w czarną koszulę i czarne spodnie - prezentował się całkiem mdło przy wszystkich tych kreacjach i kolorach, jakie się przewijały, szczególnie w kobiecych strojach. Koszula nieco niedbale rozpięta, pierścienie na placach, jakaś bransoletka na podwiniętym jednym rękawie, medalik na szyi, niesforne kosmyki kruczych włosów opadające na śmiertelnie blade czoło - ot i cały obraz Rookwooda. W ostatnich tygodniach zmieniło się tylko to, że naprawdę zaczął nosić koszule, a nie wiecznie poszarpane spodnie i skórzaną kurtkę.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.