• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Bliskie Okolice Londynu v
« Wstecz 1 2 3 Dalej »
[07-08.07.1972] W drodze do Londynu | Robert & Rodolphus

[07-08.07.1972] W drodze do Londynu | Robert & Rodolphus
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#41
08.03.2024, 09:05  ✶  

Zmierzając do salonu, tuż za skrzatem i Rodolphusem, myślał. Cały czas zastanawiał się nad tym, co miało ich czekać. Jaki ciąg dalszy miała mieć ta konkretna historia? Poszczególne elementy układanki zdawały się do siebie nie pasować. Nie łączyły się. Nie tworzyły jednej całości. Albo to może oni, wciąż uparcie nie dostrzegali czegoś, co miało znaczenie? Było cholernie istotne? Salon wyglądał tak samo jak wczoraj. Regały. Komoda. Masa książek. Ten przeklęty fotel, w którym siedziała Una. Sofa. Stolik kawowy, niewysoki. Kilka obrazów. Okno, przez które wpadały promienie słońca. I stojący przy tym oknie mężczyzna. Zwrócony do nich tyłem. Ubrany dość elegancko.

Człapek zatrzymał się prawie że na środku. Nerwowo bujał się na boki.

- Człapek przyprowadził panów czarodziejów. Człapek chciał o panów czarodziejów odpowiednio zadbać, ale panowie czarodzieje Człapkowi nie pozwolili. Człapek przeprasza. - skrzat zwiesił głowę, zamiast w plecy swojego pana, spojrzenie wlepiał w miękki dywan. Jasny dywan. Może i momentami bywał bezczelny, ale zdawało się, iż znał swoje miejsce. Swojego pana szanował.

- Zostaw nas samych. - jasne polecenie, wyraźny brak chęci prowadzenia rozmowy ze sługą. Wysłuchiwania jego tłumaczeń. W efekcie tego nastąpiło ciche puff! i skrzat rozpłynął się w powietrzu. Zniknął. Angus natomiast nie śpieszył się z tym, żeby odwrócić się w stronę swoich gości. Więźniów? Kimkolwiek w zasadzie byli Robert oraz Rodolphus. Cały czas obserwował dość zaniedbany ogród, który widoczny był przez okno. Otrzymywał tyle samo uwagi, co Una, pozostawiona w tym domu sama. Pod opieką skrzata i w towarzystwie licznych książek. Tylko czy ogród ten zasłużył na taki los? W przeciwieństwie do kobiety, nie tworzył kolejnych problemów... - Muszę panów na początek przeprosić. Ta sytuacja nie powinna była mieć miejsca. Wydawało mi się, że obecnie mam wszystko pod kontrolą i co za tym idzie, do podobnych zdarzeń już nie dojdzie. - zaczął wreszcie. Mówił spokojnym, opanowanym tonem. Nie zdradzał emocji, nawet jeśli jakieś nim targały. - Niestety Una jest typem kobiety, która zawsze musi się spod kontroli wyrwać i sięgnąć po to, czego w danym momencie chce. Kiedyś szalenie mi się to w niej podobało, teraz to moje przekleństwo. Jak również obowiązek. - dopiero po tym krótkim wyjaśnieniu odwrócił się w ich stronę. Jeśli do tej pory nie zdecydowali się usiąść, gestem wskazał sofę. Tylko czy chcieli z niej korzystać? Przez wzgląd na wcześniejsze wydarzenia, Robert najchętniej zatrzymałby się w pobliżu drzwi. Tak na wszelki wypadek, żeby móc szybko rzucić się w długą. Tylko jak daleko byłby w stanie uciec? Pewnie zrobiłby ledwie kilka kroków. I na tym byłby koniec. 

Angus musiał być w wieku zbliżonym do Roberta. Niewiele starszy, niewiele młodszy. Ciężko było jednoznacznie określić. Włosy momentami zdające się zahaczać o kolor rudy, ale typowo rudymi niebędące. Inaczej wyglądało to w przypadku lekkiego zarostu, takich wątpliwości nie pozostawiającego. Oczy ni to w kolorze zielony, ni niebieskim. Niejednoznaczne. Zmarszczki, gdzieniegdzie zdobiące twarz, wskazywały na to, iż nie był już pierwszej młodości. Nie pozostawiały złudzeń.

Dlaczego przepraszał? Dlaczego się tłumaczył? Coraz mniej elementów układanki do siebie pasowało. Albo może inaczej? Pasowało ich do siebie z każdą chwilą więcej, tylko nie tworzyły one takiego obrazu, którego Robert oczekiwał? Może należało się nieco cofnąć oraz zacząć wszystko łączyć ze sobą na nowo? Z uwzględnieniem kolejnych pozyskanych danych? Kobiety zawsze były problemem, a ta konkretna historia mogła stanowić kolejny dowód dla tego twierdzenia.

- Ta sytuacja miała miejsce. Proszę zwrócić nam różdżki i pozwolić opuścić ten dom. - trzeba było zaryzykować. Trzeba było zrobić cokolwiek? Może błędnie, może zbyt szybko, ale... na Merlina! Ile to miało trwać? W jaki sposób miało się dla nich skończyć?!

W reakcji na te słowa Roberta, Angus jedynie pokręcił głową. Nie mógł tego zrobić. Jeszcze nie teraz. Nie tak wcześnie. Pierw należało wszystko uporządkować.

- Nie mogę się na to zgodzić. Do tego tematu wrócimy później. - odpowiedział, na ten moment ustępować nie zamierzając. Miał inne plany, tylko jakie? - Może jednak zechcą panowie zjeść śniadanie i może... może odrobinę się odświeżyć?

Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#42
08.03.2024, 10:01  ✶  
On nie za wiele w tej chwili myślał. Nie rozważał, nie gdybał nad tym, co by było jeśli i dlaczego znaleźli się w takiej a nie innej sytuacji. Robił to już wcześniej, w pokoju, i nie doszedł do żadnego wniosku. A nie miał absolutnie żadnych nowych danych, by rozważać kolejne scenariusze. Szedł więc w milczeniu, rozglądając się po korytarzu, a potem: salonie. Wszystko wyglądało tak samo, jak wczoraj. Nie widział, by cokolwiek się zmieniło, ale nie mógł mieć przecież pewności. Wczorajszego wieczoru nie był w pełni władz umysłowych, coś mogło mu umknąć.

Gdy Angus zaczął mówić, Lestrange przeniósł na niego spojrzenie. Nie odwracał się do nich, więc zerknął na okno. Najpierw jedno, potem drugie. Drzwi były za daleko... Różdżki nie miał. Czy mógłby go zaatakować? Czy dałby radę? Gdyby nie ten pieprzony skrzat, który właśnie zniknął, to pewnie daliby mu z Robertem radę. Ale magia skrzatów była nieprzewidywalna, sam fakt że oni nie mogli się wcześniej teleportować, a on skakał w przestrzeni, dużo mówił. Lestrange dostrzegał szczegóły, które widział wczoraj. Książki, sofa, kurzołapy... Na szczęście mieli tu skrzata, który dbał o to, by w pomieszczeniu było czysto. Bo wątpił, żeby Una sprzątała sama, nawet jeśli musiała się tu potwornie nudzić.

Angus zaczął mówić - i rozwiał trochę wątpliwości, które targały Rodolphusem. Czyli dobrze przypuszczał, że blondynka była tutaj niejako uwięziona. Co prawda mężczyzna mówił naokoło, nie przyznawał się do tego wprost, ale nie musiał. Lestrange doskonale zrozumiał przekaz. Nie miał zamiaru też dyskutować, przynajmniej na razie. Gdy pan tego domu wskazał sofę, zerknął na Roberta. Ale sam usiadł, bo chociaż nie miał na to ochoty, to zdawał sobie sprawę z tego, że sprawa była stracona. Byli na przegranej pozycji i musieli wysłuchać, co Balfour miał do powiedzenia. Ku jego zadowoleniu wcale nie było tego tak dużo, jak się spodziewał. Owszem, przeprosił ich, lekko zarysował sytuację, związaną z Uną. Ale nie rozwiał wszystkich wątpliwości, a na dodatek wyglądało na to, że nie zamierzał oddać im różdżek.
- Przeprosiny przyjmujemy, panie Balfour - powiedział w końcu spokojnie, wlepiając spojrzenie w mężczyznę. Studiował jego twarz od momentu, w którym ten się odwrócił. Sprawdzał, jak reaguje na ich widok. Czy w oczach widać było wstyd, czy może przeciwnie: nic? Zadowolenie, niechęć... Cokolwiek, co nakierowałoby Lestrange'a na to, w jakim humorze jest Angus. Bo od tego zależało to, w którym kierunku rozmowa się potoczy. - Jesteśmy umówieni na ważne spotkanie. Musimy dotrzeć do Glenfinnan jeszcze przed południem.
Żaden z nich nie wspominał Unie, kiedy mieli znaleźć się w wiosce. Ale za to jeżeli Angus chciałby z blondynką porozmawiać, to mógłby się dowiedzieć że właśnie tam we dwójkę zmierzają. Należało więc powrócić do tej gry, przycisnąć odpowiednio tu i tam. Nie wyciągać na razie wszystkich kart, nie zdradzać się z tym, że wiedzą o nim więcej, niż mógłby podejrzewać.
- Nalegam, żeby oddał nam pan różdżki, a my zapomnimy o całej sprawie. W grę wchodzą duże pieniądze i z całym szacunkiem, panie Balfour, ale jest to dla nas bardziej paląca sprawa niż pańska... żona? - specjalnie postawił w tym zdaniu znak zapytania. Jakby nie był pewny, czy Una była jego żoną. Jakby go to nie interesowało, co przecież było nieprawdą, bo interesowało bardzo. Ale jeszcze bardziej interesowało go wyjście stąd. Bo miał już serdecznie dość tego pierdolenia o śniadaniu. Musieliby go związać i na siłę nakarmić, bo sam z siebie nie zamierzał wziąć do ust niczego, co pochodziło z tego domu.
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#43
08.03.2024, 20:27  ✶  

Odmawiał zwrotu różdżek, a zarazem nie traktował ich jak więźniów. A przynajmniej nie do końca. Takie wrażenie można było odnieść z jego słów. Z tego w jaki sposób się do nich zwracał. Rozum podpowiadał, iż w takiej sytuacji musiał coś jeszcze od nich chcieć. Czegoś konkretnego oczekiwał. Tylko czym to coś było? Mózg nie przestawał pracować. Prawdopodobnie mało brakowało, aby z uszu Roberta zaczęła wydobywać się obrazująca ten stan rzeczy para.

Widząc, że Rodolphus zdecydował się usiąść, sam również postanowił ostatecznie swoje cztery litery posadzić na sofie. Co innego miał zrobić? Stać niczym ten kołek? Prawie na środku salonu? Nie miało to większego sensu. Pozwolił młodemu mówić. Pozwolił też, aby Angus zareagował jakoś na jego słowa. Czy to co mignęło na twarzy szkota to był jakiś wyraz niewielkiej irytacji? Takiej, która wywołana została ich uporem?

- Zdaje sobie sprawę, że czas to pieniądz, ale niestety będą musieli panowie uzbroić się w cierpliwość. Nie mogę wam oddać różdżek, ani pozwolić opuścić tego domu tak długo, aż uda nam się dojść do porozumienia. Proszę mnie zrozumieć. Nawet jeśli moja żona nie stanowi dla was palącej sprawy, nie mogę pozwolić, żeby jej los zależny był od nieznajomych czarodziejów. - po tych słowach zaczął przechadzać się z wolna po pokoju. Dla niego również ta sytuacja musiała być mało komfortowa. Nie chciał ich przetrzymywać, zatrzymywać, zarazem jednak, nie mógł ich tak po prostu wypuścić. Ryzykując, że sprawa zostanie przekazana dalej. Może nawet zainteresują się nią odpowiednie służby? - Wysłałem już sowę do zaufanego człowieka, który pomoże nam pozbyć się tego problemu. Kiedy sprawy zostaną już uporządkowane, będą mogli panowie wyruszyć do Glenfinnan. Jeśli bardzo zależy wam na spotkaniu z klientem, mogę udostępnić wam sowę, przez którą prześlecie prośbę o przesunięcie terminu spotkania.

Cóż za łaskawca. Pozwalał im nawet przesłać list, który zapewne będzie musiał przejść przez jego ręce. Tak przynajmniej należało założyć. Na to wskazywał ton głosu, postawa Angusa. Był ostrożny. Nie chciał, żeby na ten dom ściągnięta została niepotrzebna uwaga. Wyglądało na to, że rudowłosy był gotowy na wiele, aby chronić blondynkę. Tę blondynkę, która ochrony chyba niekoniecznie potrzebowała. Zwłaszcza, jeśli pod uwagę wziąć wydarzenia dnia wczorajszego. A dokładniej, to wczorajszego wieczora.

Oczywistym było, że musieli jakoś go przekonać do ustępstw. Tylko w jaki sposób?

- Panie Balfour, zaręczam że nic nie będzie z naszej strony groziło panu, ani pańskiej małżonce. Rozumiem, że musi pan się o nią bardzo w tym momencie martwić, że chce pan zadbać o jej bezpieczeństwo. To się naprawdę chwali. Gwarantuje jednak, że razem z moim wspólnikiem, zapomnimy o wszystkim dokładnie w tej samej chwili, kiedy opuścimy ten budynek. - próbował przekonać szkota, próbował namówić mężczyznę do tego, żeby im tak po prostu, no cóż... zaufał. Tylko czy był w tym wszystkim wystarczająco przekonujący? Miało się okazać za chwilę. Na razie Angus to wszystko analizował, zastanawiał się nad tym jak postąpić. Miał wyraźnie widoczne wątpliwości.


Rzut O 1d100 - 14
Akcja nieudana
rzucam na charyzmę, może uda mi się Angusa jednak przekonać, żeby nam zaufał
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#44
08.03.2024, 20:31  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.03.2024, 09:18 przez Rodolphus Lestrange.)  
Lestrange miał ogromną ochotę, by przewrócić oczami. A potem przewrócić stolik kawowy, wziąć krzesło i po prostu pizgnąć Angusa w łeb. Mężczyna naprawdę działał mu na nerwy - swoją manierą, swoimi słowami... I tym, że chciał zająć się ich problemem. Wyglądało na to, że dziad chciał im mieszać w głowach. A do tego nie mógł dopuścić. Zarówno on, jak i Robert, posiadali tak wiele wrażliwych informacji, które mogłyby pogrążyć całą sprawę, że prędzej by się zabił, niż pozwolił komuś grzebać we wspomnieniach.
- Oczywiście, że pan nie może - przyznał mu rację. A więc jednak żona. Dobrze, miał jakiś punkt wyjścia. Rodolphus zerknął na Roberta, który próbował jakoś wyjść z tej sytuacji. - Bezpieczeństwo naszych bliskich jest najważniejsze. Nawet, jeśli są problematyczni.
Cóż... Sam coś o tym wiedział, prawda? Być może to dlatego, że mówił z własnego doświadczenia, w jego oczach błysnęło coś na kształt zrozumienia. I być może współczucia.
- Panie Balfour, być może ma pan nasze słowa za nic. Być może uważa pan, że będziemy chcieli się mścić... Ale prawda jest taka, że to, co się stało wczoraj, jest dla nas okropnie krępujące - powiedział ostrożnie, lekko przekręcając głowę.

Angus spojrzał na niego z ciekawością. Krępujące? Do tej pory myślał, że mężczyznami targała złość. A urażone męskie ego potrafiło pchać ludzi do naprawdę wielu złych rzeczy. Czy tak było i teraz? Czy przez to, że byli zawstydzeni tym, co się stało poprzedniego wieczoru, chcieliby im zaszkodzić?
- Panie Balfour, mam narzeczoną. Robert ma żonę. Ta sytuacja nie może opuścić murów tego budynku również ze względu na nas - powiedział poważnie, mrużąc nieznacznie oczy. Ponownie: technicznie nie skłamał. Chociaż być może nie wstydził się tego, co się działo wczoraj, to czuł coś na kształt zażenowania. Nie dlatego, że dali się omamić, ale dlatego, że tak łatwo wpadli w tak głupią pułapkę. Że rozjebał ich skrzat domowy. Że to stworzenie ich związało, odebrało różdżki i wrzuciło do pokoju, który zamknęło na klucz.
- Bardzo mi przykro - powiedział w końcu, przenosząc wzrok z Rodolphusa na Roberta. - Kobiety faktycznie potrafią być... Nieprzewidywalne.
- Panie Balfour, nie ma pan nawet pojęcia, co by się stało, gdyby ta sprawa wyszła na jaw - Lestrange przymknął oczy. Och, kurwa, tu też nie kłamał. Gdyby się ktoś dowiedział, to byłaby katastrofa. Nie ze względu na kobiety, które wymienił, a ze względu na masę innych okoliczności, które tu zaszły.
- Tak... W pana przypadku, panie Robercie, mogłoby dojść do paskudnego rozwodu - przytaknął. Jego dłoń sięgnęła do rudej, poskręcanej brody. Palce gładziły ją w zamyśleniu. Wracał wspomnieniami do swojego ostatniego, nieudanego małżeństwa. Nie to, żeby to w którym teraz tkwił, było udane, ale przynajmniej Una nie próbowała go zabić. - Tylko widzą panowie. W tych czasach słowo czarodzieja może znaczyć wszystko i nic.
Odezwał się w końcu, ponownie patrząc na Rodolphusa. Potrzebował jakiegoś zapewnienia - zabezpieczenia, które miałby w przypadku, gdyby jednak mężczyźni złamali dane słowo. Sam fakt, że zaczął to rozważać, był ogromnym sukcesem. Ale do osiągnięciu celu mieli jeszcze cholernie długą drogę. Bo co mogli mu zaoferować w zamian?


Rzut na charyzmę

Rzut PO 1d100 - 69
Sukces!
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#45
09.03.2024, 11:55  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.03.2024, 12:24 przez Robert Mulciber.)  

Próba przekonania Angusa do ustępstw nie powiodła się. Przynajmniej nie ta, którą podjął Robert. Znacznie więcej szczęścią, zdawało się, miał w tym przypadku Rodolphus. Może to kwestia tego zrozumienia? Współczucia, które mignęło w oczach? Własnych doświadczeń? Tak jakby Mulciber nie miał nigdy styczności z problematycznymi kobietami... różnica taka, że nigdy tymi problematycznymi kobietami się nie przejmował. Po prostu pozbywał się problemu. Tak jak to miało miejsce teraz, z Henriettą.

- Zgadza się. Kobiety potrafią zaskoczyć. I to niekoniecznie w ten dobry sposób. - przytaknął, kiedy Angus spojrzał w jego kierunku. Nie zagłębiał się jednak w ten temat, skoro Rodolphus najwyraźniej chciał kontynuować. I najwyraźniej to kontynuowanie szło mu całkiem nieźle. Zdołał wywołać wątpliwości? Przekonać rudowłosego do tego, żeby raz jeszcze wszystko przemyślał? Zastanowił się nad tym, co planował z nimi zrobić?

Tylko widzą panowie. W tych czasach słowo czarodzieja może znaczyć wszystko i nic.

W jaki sposób mieli na to zareagować? W jaki sposób mieli zapewnić go o tym, że danego słowa zamierzali dotrzymać? Robert spojrzał na młodego niewymownego. Obydwoje zapewne starali się w tym momencie wymyślić jakieś sensowne rozwiązanie. Znaleźć wyjście z sytuacji, w której się znaleźli. Bo przecież nie mogli pozwolić na to, aby jakiś kompletnie obcy czarodziej grzebał w ich głowach. To byłoby zbyt ryzykowne. Cholera jedna wie, na co ten człowiek by natrafił? Do czego by jego odkrycia doprowadziły? I tak, liczba mnoga nie jest tutaj przypadkowa. Robert był przekonany, że odkryć byłoby więcej niż tylko jedno. Zbyt wiele rzeczy trzymał w tajemnicy przed innymi. W dodatku od wielu, cholernie wielu lat.

- Panie Balfour, można zadbać o to, żeby dane przez czarodzieja słowo, było wszystkim oraz skutecznie zabezpieczało interesy obydwu stron. - pozwolił sobie wtrącić. Nie miało dla niego znaczenia to, że stosownego zapewnienia ten zdawał się oczekiwać od Rodolphusa; że to właśnie na nim chwilowo skupiał swoją uwagę. Nie zamierzał biernie się wszystkiemu przyglądać. Nie w sytuacji, kiedy mógł dodać od siebie coś więcej. Może wreszcie przekonać mężczyznę do współpracy?

Kolejna przysięga wieczysta nie była co prawda tym, do czego go ciągnęło. Nie chciał nakładać na siebie zbyt wielu ograniczeń. Nie chciał wiązać sobie rąk. Gdyby jednak została ona odpowiednio skonstruowana... wszystko opierało się o to cholerne gdyby. Trzeba było jakoś to przeskoczyć. W jakiś sposób z tego wybrnąć.

- Do czego pan zmierza, panie Robercie? - coś w oczach rudowłosego mignęło. Rozumiał o czym Robert mówił? Podejrzewał? Nawet jeśli, chciał żeby wybrzmiało to wprost. Bez zbędnego owijania w bawełnę. Miała to być kawa wyłożona bezpośrednio na ławę. Albo raczej na ten stolik, który Rodolphus tak chętnie by teraz przewrócił. Może nawet zniszczył?

Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#46
09.03.2024, 20:19  ✶  
Rodolphus przeklinał w myślach Roberta. Po co się wtrącał? Po co sugerował coś, czego oboje nie chcieli? W jego opinii szło mu dobrze - nawet lepiej niż dobrze. Udałoby mu się przekonać Angusa do tego, by zmienił zdanie. Być może podpisaliby jakąś umowę? Albo zawarli taką w formie ustnej. Być może zdążyłby się przedstawić, bo w świecie czarodziejów nazwiska starych czystokrwistych rodów znaczyły dużo. I co prawda słowo Lestrange'a nie miało żadnego znaczenia, bo każdy z jego rodziny kłamał jak najęty, ale jednocześnie wszyscy dbali o to, by nikt się o tym nie dowiedział. Ja pierdolę, Robert...
- Jesteśmy ludźmi biznesu, panie Balfour - powiedział spokojnie, na powrót skupiając uwagę rudego na swojej osobie. Jego palce ostrożnie gładziły miękki materiał kanapy, na której siedzieli z Robertem. Miał ochotę mu przyłożyć za to, że w ogóle tak szafował tymi przysięgami. To nie było coś, na co chciał się zgodzić tak łatwo. Gdy przysięgał przed Mulciberem, doskonale wiedział, w co wchodzi. Teraz jednak, gdy przed sobą miał rudego Irlandczyka, który po prostu miał problem w ujarzmieniu swojej kobiety... Nie chciał tego robić. - A w biznesie ważne jest zaufanie. Również nim kierujemy się w życiu prywatnym. Co ważniejsze jednak - cała nasza trójka nie chce zbędnych komplikacji. Jedyne, na czym na zależy, to opuszczenie pańskiego domu, podpisanie umowy z klientem i powrót do naszych kobiet. Bez wracania do tego, co się wydarzyło wczoraj. Mogłoby to wpłynąć na naszą reputację, a proszę mi wierzyć, że nie mogę pozwolić sobie na jej skalanie takim niefortunnym wydarzeniem.
Spojrzał na Angusa poważnie. Jego twarz nie wyrażała w tej chwili za wiele, chociaż naprawdę musiał się powstrzymywać, by po prostu nie wstać i nie spróbować wyjść. Oczywiście że wiedział, że odpowiednio skonstruowana przysięga nie zagroziłaby im w żaden sposób, ale było ważniejsze pytanie: czy Angus by przystał na taką formułę, którą stworzyłby Robert? Czy może sam by chciał dodać coś od siebie? Co już byłoby cholernie niebezpieczne.

Nie był pewny, czy rudzielec mu zaufa. On sam by sobie nie zaufał, ale z jakiegoś powodu ludzie ufali bogatym czarodziejom, którzy byli czystej krwi. Chociaż w tych czasach było coraz trudniej, to jednak dobre nazwisko i garść galeonów naprawdę potrafiły działać cuda.
- Mój ojciec, Reynard Lestrange, by mnie zabił, gdybym kiedykolwiek chociaż napomknął komukolwiek o tym, co się tu stało - może to pomoże? Oby. Bo jak nie to, bo wszystko pozostanie w skonstruowaniu tej cholernej przysięgi. Będą mieli już drugą na koncie. Drugą w przeciągu dwóch miesięcy. Nie za dużo?

Rzut na charyzmę
Rzut PO 1d100 - 14
Akcja nieudana
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#47
09.03.2024, 21:45  ✶  

Zdarzały się sytuacje, w których nie dało się więcej zdziałać. Takie, kiedy nie było innej opcji, jak pójście na pewne ustępstwa. O ile Rodolphus nie chciał decydować się na składanie kolejnej przysięgi, tak dla Roberta jasnym było, że Angus potrzebował solidnego zabezpieczenia. Rozumiał go. Być może z tego względu, że sam nie tak dawno temu znalazł się w położeniu podobnym? Nie liczyło się wówczas dla niego otrzymane słowo, nie miały też znaczenia żadne zapewnienia. Czy Balfour widział wszystko w podobnych barwach? Jakiś głosik podpowiadał Robertowi, że owszem.

Mimo tego pozwolił Rodolphusowi na kolejną próbę. Nie wtrącał się. Po prostu obserwował, może po trosze i licząc na to, że Lestrange jednak zdoła rudowłosego jakimś cudem przekonać? Nawet jeśli niewiele na to wskazywało. A już na pewno nie wskazywała na to postawa Angusa. O ile bowiem jeszcze chwilę temu Angus zdawał się zainteresowany tym, co Rodolphus miał do powiedzenia, teraz jakby skupiony był na czymś innym. I tylko imię i nazwisko, na które niewymowny się powołał, na krótką chwilę zdołały przyciągnąć jego uwagę. Wywołały reakcje.

Reakcje w postaci grymasu, którego interpretacja nie stanowiła żadnego wyzwania.

- Jeśli pańskie słowo byłoby warte tyleż samo, co słowo pańskiego ojca, miałbym już dwa zapewnienia, które pozbawione byłyby jakiegokolwiek znaczenia. - padło z jego strony. Ton głosu był w tym przypadku dość oschły. Tylko co to miało znaczyć? Do czego Balfour właśnie nawiązywał? Ciężko było stwierdzić. Nie powiedział bowiem niczego więcej. Nie padła z jego strony żadna wskazówka. Można było jedynie założyć, że coś było na rzeczy. I na tym koniec. To zaś nie ułatwiało im zadania. Dawało im bowiem wyraźnie do zrozumienia, że na drodze znajdywała się jakaś niezidentyfikowana, nieznana im przeszkoda. Taka, co do której niekoniecznie wiedzieli w jaki sposób należało ją pokonać. Czy w ogóle było to możliwe?

Czy mógł dłużej czekać? Odkładać w czasie wyłożenie kawy na ławę? Dawać Rodolphusowi szanse na to, żeby spróbował Angusa przekonać swoim sposobem? Mulciber dostrzegał wiążące się z tym ryzyko. Widział, że ich szanse na dogadanie się malały. Przynajmniej te szanse, z których próbował korzystać Rodolphus.

- Możemy złożyć przysięgę, przysięgę wieczystą. - zaproponował, choć podobnie jak Lestrange, nie był takim rozwiązaniem zachwycony. Widział w nim coś na kształt ostatniej deski ratunku. - Zagwarantujemy tym sposobem, że po opuszczeniu przez nas tego domu, pańska żona będzie nadal tak samo bezpieczna. Nie zgłosimy nigdzie wydarzeń, które miały miejsce wczoraj. Nic z tego nie wyjdzie poza naszą trójkę.

Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#48
10.03.2024, 12:23  ✶  
Zmrużył lekko oczy. No tak, oczywiście. Nie mogło być za łatwo. Jego ojciec był bogaty, miał mnóstwo kontaktów. Ale miał prawie tyle samo przyjaciół, co wrogów. Rodolphus miał 50 procent szans na to, by się udało. Niestety, przeliczył się. Lestrange westchnął - pograne, przegrane. Gdy Robert wypowiedział słowa o przysiędze wieczystej, westchnął. Podejrzewał, że na tym się skończy, ale gdzieś w duchu liczył, że się uda. Jakiś nikły cień nadziei, że obejdzie się bez tego.
- Czwórkę - powiedział Angus, patrząc na Roberta. Na Rodolphusa nie chciał spoglądać, bo nie mógł wyzbyć się obrzydzenia, malującego się na jego twarzy za każdym razem, gdy na niego spoglądał. Nie spodziewał się, że jeden z Lestrange'ów przyjdzie do jego domu - gdyby wiedział, że to on, ta cała rozmowa potoczyłaby się zupełnie inaczej. Być może Robert by wyszedł, związany tylko przysięgą wieczystą. Być może nie wyszliby stąd oboje. Ale skoro już powiedział A... Musiał powiedzieć B. A przecież dał słowo, chociaż nie padło ono wprost. Zależało mu tylko na bezpieczeństwie swoim i Uny. Zaginięcie dwóch biznesmenów w tych okolicach prędzej czy później sprowadziłoby na ich głowy Brygadę. Zwłaszcza, jeśli jeden z nich miał ojca tego pokroju. - Gwarant powinien zaraz się zjawić.

Nie mówił nic więcej. Odwrócił głowę w stronę okna i rozmyślał. Przez kilka dobrych minut milczał, jakby zastanawiając się co dalej począć. W końcu zaproponował śniadanie, po raz kolejny. Odświeżenie się. Jeżeli nie chcieli, trudno - nie naciskał więcej. I tak wiedzieli, że wyjdą stąd dopiero w momencie, gdy w domu znajdzie się osoba, po którą posłał. W chwili gdy wypowiedzą słowa przysięgi, w której zobowiążą się do dochowania tajemnicy. Na ich szczęście Angus nie kombinował - naprawdę zależało mu tylko na bezpieczeństwie swoim i swojej żony, która przecież przysporzyła mu tylu kłopotów. Nie tylko dzisiaj, ale i w przeszłości. I najpewniej przysporzy im w przyszłości.

Gdy było już po wszystkim, mogli opuścić dom. Człapek oddał im różdżki. Mogli opuścić teren posiadłości, skierować się w stronę wioski. A potem odkryć, że po wczorajszej burzy zarówno teleportacja, jak i świstokliki, działają.
- Przynajmniej nie muszę ci mówić, że to ma nigdy nie wyjść poza nas - powiedział cicho, poważnie, zanim obaj nie uznali, że czas się pożegnać. Chyba zarówno Lestrange, jak i Mulciber, mieli dosyć swojego towarzystwa na najbliższych kilka dni.

Wielcy czarodzieje, potężni śmierciożercy - pokonani przez babę i skrzata domowego.

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Robert Mulciber (10538), Rodolphus Lestrange (10293)


Strony (5): « Wstecz 1 2 3 4 5


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa