wieczór przed zachodem słońca
Pola Doliny Godryka
Zbieranie ziół z Samuelem rozbudziło we mnie chęć na więcej. Postanowiłam zająć się ulubionym zajęciem wszystkich uczniów podstawówki, czyli skompletować zielnik. Ale żeby dodać temu więcej praktyczności, zbiorę też przy okazji różne przydatne zioła. Mam wolny dostęp do wielu pól i ogrodów sąsiadów, którzy sami zachęcali mnie do "częstowania się" ich zasobami.
Na pierwszy ogień (bardzo złe wyrażenie) poszło niezagospodarowane poletko najbliżej mieszkających mugoli. Kawałek pola odpoczywał drugi rok po zasiewach, zamieniając się w uroczą łąkę. Przy jego brzegu, obok rozłożystych krzewów, zdawała się rosnąć szałwia, a przynajmniej takie miałam wrażenie przechodząc tu ostatnio.
Tak też było. Zioła było tyle, że niemal stworzyło odrębny krzew. Zebrałam część i ułożyłam przy ścieżce w stosiku. Nie dam rady zabrać wszystkiego naraz, tak więc tam sobie zmagazynuję wszystko, a potem przyjdę z większą ilością koszy. A tą ścieżką i tak nikt o tej porze nie będzie chodził.
Po trzykrotnym powiększeniu kupki szałwii, wróciłam pod krzew tracąc motywację do zebrania tego więcej. Bo w końcu po co mi tego tyle? Z tego i tak będzie zapasu herbaty na kilka miesięcy, jeśli byśmy tylko taką pili. A najpewniej zachowamy na okresy bólu gardła. Może zasuszę sobie trochę w woreczku, żeby mieć ładny zapach pod poduszką? Ale do tego było wiele o wiele lepszych roślin.
Siedziałam na trawie i zrywałam listki z gałązek, myślami będąc już gdzieś daleko. Którą ścieżką one poleciały, że od szałwii dotarły do rozważań o tym, czym jest miłość?
To taniec serc. Niezrywalna więź. Przenikanie się dusz. A przynajmniej tak piszą o tym poeci. Sama dotarłam tylko do zakochania. Tak mi się wydaje. Bezpieczniej byłoby to nazwać wzdychaniem do osób, które nawet nie wiedzą o moim istnieniu. Albo które same są tylko wytworem czyjejś wyobraźni... Smutne sprawy. Ale chyba nie byłam jeszcze tak bardzo zakochana, żeby oszaleć. Czy zawsze trzeba oszaleć? Czy można się zakochać rozsądnie? Czy to tak bardzo zmienia stan umysłu? A może dopiero przemiana zakochania w miłość przywraca jasność umysłu? Chociaż to chyba jakiś etap wcześniej. I miłość jest efektem przejścia go pozytywnie, a jeśli nagle mózg ochłonie i dostrzeże wady obiektu westchnień i westchnienia się skończą... to mamy koniec negatywny. To brzmi logicznie. Zbyt logicznie jak na coś, co nie powinno być logiczne. Uczucia są zbyt skomplikowane.
Westchnęłam, ale byłam zbyt daleko od ścieżki, żeby przebiegający tamtędy mężczyzna mnie usłyszał.
Prompt