adnotacja moderatora
Rozliczono - Anthony Shafiq - osiągnięcie Badacz tajemnic I
—31/07/1972—
Anglia, Londyn
Isaac Bagshot & Anthony Shafiq
![[Obrazek: Nr0Ojhi.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Nr0Ojhi.png)
Rwałem dziś rano czereśnie,
Ciemno-czerwone czereśnie,
W ogrodzie było ćwierkliwie,
Słonecznie, rośnie i wcześnie.
Gałęzie, jak opryskane
Dojrzałą wiśni jagodą,
Zwieszały się omdlewając,
Nad stawu odniebną wodą.
Zwieszały się, omdlewając
I myślą tonęły w stawie,
A plamki słońca migały
Na lśniącej, soczystej trawie.
![[Obrazek: Nr0Ojhi.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Nr0Ojhi.png)
Rwałem dziś rano czereśnie,
Ciemno-czerwone czereśnie,
W ogrodzie było ćwierkliwie,
Słonecznie, rośnie i wcześnie.
Gałęzie, jak opryskane
Dojrzałą wiśni jagodą,
Zwieszały się omdlewając,
Nad stawu odniebną wodą.
Zwieszały się, omdlewając
I myślą tonęły w stawie,
A plamki słońca migały
Na lśniącej, soczystej trawie.
Słońce było w zenicie już jakiś czas temu, kiedy pojawił się w domu Isaaca i ciężko było określić, który był bardziej zdziwiony swoją obecnością w tym miejscu.
– Mam nadzieję, że nie przeszkadzam? – gładki głos zapytał uprzejmie. Nie rozglądał się po otoczeniu, już raz był tu i to kilka dni temu, gdy przeskoczył po stażystę, aby wesprzeć się dodatkowymi oczyma podczas rekonesansu domu oraz ewentualnie zaproponować swojemu przyjacielowi odrobinę rozrywki wynikającej z potoku słów, które Isaac wypluwał z siebie z taką urokliwą ochotą. Ich rozstanie prawdopodobnie nie przebiegło w przyjemnej atmosferze, choć pod tym względem Shafiq wyzbyty był głębszej refleksji i analizy, wszak dał do zrozumienia, że jak na razie chłopak nie miał się czego z jego strony obawiać. Nie miał przestrzeni, by zastanawiać się, czy to do niego dotarło, czy nie, tamtego dnia... Tamtego dnia był już zwyczajnie zmęczony.
Ale dziś dzień był inny i Anthony był inny, co Isaac mógł zauważyć swoim przenikliwym oczkiem już od progu. Po bladej twarzy błąkał się nieobecny uśmiech, oczy miał lekko szkliste, nieco rozbiegane. Ubrany zwyczajnie po mugolsku, w lnianą białą koszulę i kremowe spodnie, błyszczał po oczach tylko złotym sygnetem na małym palcu lewej dłoni. Wyglądał jak sąsiad, który zajrzał po cukier, albo akwizytor, który zapomniał teczki ze swoim towarem.
– To zajmie tylko moment. Przyszedłem po... – umilkł szukając odpowiedniego określenia. Przychodziło mu całkiem zgrabne francuskie słowo, włoski idiom i dwa wietnamskie stwierdzenia na to, o co chciał prosić. Rozmasował sobie więc nasadę nosa, próbując zebrać myśli. – Przychodzę po poradę przed jutrzejszym jarmarkiem. Tak. Będziesz na nim słyszałem? Prorok dał Ci zlecenie na reportaż? Czy to też zamierzasz sobie dopisać do swoich nadgodzin, jako dbanie o dobrą relację z prasą?– Spróbował lekko zakpić, choć w jego głosie nie był przygany, a następnie bezceremonialnie przekroczył próg. Raz już był zaproszony. Wcześniej. To wystarczyło.
– Mam nadzieję, że nie przeszkadzam? – gładki głos zapytał uprzejmie. Nie rozglądał się po otoczeniu, już raz był tu i to kilka dni temu, gdy przeskoczył po stażystę, aby wesprzeć się dodatkowymi oczyma podczas rekonesansu domu oraz ewentualnie zaproponować swojemu przyjacielowi odrobinę rozrywki wynikającej z potoku słów, które Isaac wypluwał z siebie z taką urokliwą ochotą. Ich rozstanie prawdopodobnie nie przebiegło w przyjemnej atmosferze, choć pod tym względem Shafiq wyzbyty był głębszej refleksji i analizy, wszak dał do zrozumienia, że jak na razie chłopak nie miał się czego z jego strony obawiać. Nie miał przestrzeni, by zastanawiać się, czy to do niego dotarło, czy nie, tamtego dnia... Tamtego dnia był już zwyczajnie zmęczony.
Ale dziś dzień był inny i Anthony był inny, co Isaac mógł zauważyć swoim przenikliwym oczkiem już od progu. Po bladej twarzy błąkał się nieobecny uśmiech, oczy miał lekko szkliste, nieco rozbiegane. Ubrany zwyczajnie po mugolsku, w lnianą białą koszulę i kremowe spodnie, błyszczał po oczach tylko złotym sygnetem na małym palcu lewej dłoni. Wyglądał jak sąsiad, który zajrzał po cukier, albo akwizytor, który zapomniał teczki ze swoim towarem.
– To zajmie tylko moment. Przyszedłem po... – umilkł szukając odpowiedniego określenia. Przychodziło mu całkiem zgrabne francuskie słowo, włoski idiom i dwa wietnamskie stwierdzenia na to, o co chciał prosić. Rozmasował sobie więc nasadę nosa, próbując zebrać myśli. – Przychodzę po poradę przed jutrzejszym jarmarkiem. Tak. Będziesz na nim słyszałem? Prorok dał Ci zlecenie na reportaż? Czy to też zamierzasz sobie dopisać do swoich nadgodzin, jako dbanie o dobrą relację z prasą?– Spróbował lekko zakpić, choć w jego głosie nie był przygany, a następnie bezceremonialnie przekroczył próg. Raz już był zaproszony. Wcześniej. To wystarczyło.