26.05.2024, 01:20 ✶
Nie histeryzowała, ale zdecydowanie nie była spokojna. I nie było możliwości, aby ot tak się uspokoiła, gdy tuż obok mogli umierać znani jej ludzie, a mapa wedle słów Pereginusa została z jednym z nich.
– Między drzewami? – powtórzyła, odruchowo spoglądając w tamtym kierunku. – Może… wyczuwasz czaszkę. – W końcu ta była pełna duchów, Macmillan był egzorcystą, a oni obaj Trelawneyami, skoro Pereginus też mógł „to” widzieć.
Pani Księżyca ma nas tam, gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę, pomyślała jeszcze Brenna. Ale nawet gdyby postanowiła to powiedzieć, nie zdążyła.
Głos Triony ponownie rozbrzmiał w jej uszach, echo przeszłości, tym razem trudniejsze do zignorowania, bo powracające już po raz kolejny.
Była zielarką. Leczyła ludzi. Nic zaskakującego: takie kobiety najłatwiej oskarżyć o to, że są czarownicami. Mlecz, melisa, pokrzywa, ani słowa o magicznych roślinach, o których opowiadano w Hogwarcie na lekcjach zielarstwa.
A biskup ją znał. Wracał do niej częściej niż raz, skoro zawsze pojawiał się za jej plecami (i Brenna nie mogła już wypierać myśli o tym, że to pewnie on był czarodziejem), rozmawiał z nią, a potem posłał tę dziewczynę na stos. Ochronił miasteczko przed czarną magią i przed najazdem Normanów, pod którymi zawaliła się kościelna wieża, i jakaś pragmatyczna część Brenny może przyznałaby, że jedno życie za wiele to rozsądny targ, ale ta bardziej emocjonalna szeptała, że nie musiał wybierać niewinnej kobiety, i że za takie rzeczy zawsze płaci się cenę…
– Chcesz, żebyśmy to znaleźli? – rzuciła w przestrzeń, cicho, nie do żadnego z mężczyzn a do… nie wiedziała. Bo jak zignorowała poprzednie echo, tak to było już kolejne, jakby jakaś siła sama je jej podsuwała, i Brenna nie miała pojęcia, czy to przypadek, czy coś je podsuwało. Skutecznie zagrodzono im drogę do obozu, ale nie zamknięto tej w głąb lasu, gdzie znajdowała się czaszka czarnoksiężnika – na to, że psuła pewnie zaklęcie, wpaść było już w tej chwili dość łatwo. Ot magia szalała, czy było to celowe działanie jakiejś dziwnej mocy? Fioletu (o którym ona wciąż przecież nie wiedziała), przegrywającego powoli z czernią, samego lasu, wypełnionego magią, jak mityczne Inglewood, jakiegoś echa pozostałego po tamtej dwójce, samego ?
Nie czekała ani na odpowiedź, ani na to, co zrobi pozostała dwójka. Nie głosowała, bo przecież nawet gdyby obaj się uparli tu zostać, ona poszłaby dalej, a nie chciała tracić cennego czasu na dyskuje. Ruszyła na wąską ścieżkę, w stronę wskazaną przez Macmillana, tak szybko, jak tylko mogła, nie ryzykując, że zniszczy roślinność, czepiającą się ubrań – wolała nie ryzykować, że znowu las zacznie ich atakować, opóźni przed dotarciem na miejsce. Wypatrywała przy okazji, czy gałęzie nie postarają się znowu jej zabić. Nie było to może dobre rozwiązanie, ale dla Brenny jakiekolwiek działanie było lepsze od braku działania, i chociaż las bez wątpienia nie był im przyjazny, była gotowa zaryzykować i powędrować tam, dokąd pozostawił im otwartą drogę. Czy jak to ujął Sebastian „zaufać limbo”.
– Między drzewami? – powtórzyła, odruchowo spoglądając w tamtym kierunku. – Może… wyczuwasz czaszkę. – W końcu ta była pełna duchów, Macmillan był egzorcystą, a oni obaj Trelawneyami, skoro Pereginus też mógł „to” widzieć.
Pani Księżyca ma nas tam, gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę, pomyślała jeszcze Brenna. Ale nawet gdyby postanowiła to powiedzieć, nie zdążyła.
Głos Triony ponownie rozbrzmiał w jej uszach, echo przeszłości, tym razem trudniejsze do zignorowania, bo powracające już po raz kolejny.
Była zielarką. Leczyła ludzi. Nic zaskakującego: takie kobiety najłatwiej oskarżyć o to, że są czarownicami. Mlecz, melisa, pokrzywa, ani słowa o magicznych roślinach, o których opowiadano w Hogwarcie na lekcjach zielarstwa.
A biskup ją znał. Wracał do niej częściej niż raz, skoro zawsze pojawiał się za jej plecami (i Brenna nie mogła już wypierać myśli o tym, że to pewnie on był czarodziejem), rozmawiał z nią, a potem posłał tę dziewczynę na stos. Ochronił miasteczko przed czarną magią i przed najazdem Normanów, pod którymi zawaliła się kościelna wieża, i jakaś pragmatyczna część Brenny może przyznałaby, że jedno życie za wiele to rozsądny targ, ale ta bardziej emocjonalna szeptała, że nie musiał wybierać niewinnej kobiety, i że za takie rzeczy zawsze płaci się cenę…
– Chcesz, żebyśmy to znaleźli? – rzuciła w przestrzeń, cicho, nie do żadnego z mężczyzn a do… nie wiedziała. Bo jak zignorowała poprzednie echo, tak to było już kolejne, jakby jakaś siła sama je jej podsuwała, i Brenna nie miała pojęcia, czy to przypadek, czy coś je podsuwało. Skutecznie zagrodzono im drogę do obozu, ale nie zamknięto tej w głąb lasu, gdzie znajdowała się czaszka czarnoksiężnika – na to, że psuła pewnie zaklęcie, wpaść było już w tej chwili dość łatwo. Ot magia szalała, czy było to celowe działanie jakiejś dziwnej mocy? Fioletu (o którym ona wciąż przecież nie wiedziała), przegrywającego powoli z czernią, samego lasu, wypełnionego magią, jak mityczne Inglewood, jakiegoś echa pozostałego po tamtej dwójce, samego ?
Nie czekała ani na odpowiedź, ani na to, co zrobi pozostała dwójka. Nie głosowała, bo przecież nawet gdyby obaj się uparli tu zostać, ona poszłaby dalej, a nie chciała tracić cennego czasu na dyskuje. Ruszyła na wąską ścieżkę, w stronę wskazaną przez Macmillana, tak szybko, jak tylko mogła, nie ryzykując, że zniszczy roślinność, czepiającą się ubrań – wolała nie ryzykować, że znowu las zacznie ich atakować, opóźni przed dotarciem na miejsce. Wypatrywała przy okazji, czy gałęzie nie postarają się znowu jej zabić. Nie było to może dobre rozwiązanie, ale dla Brenny jakiekolwiek działanie było lepsze od braku działania, i chociaż las bez wątpienia nie był im przyjazny, była gotowa zaryzykować i powędrować tam, dokąd pozostawił im otwartą drogę. Czy jak to ujął Sebastian „zaufać limbo”.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.