Zniknął na chwilę albo dwie, żeby się w końcu oporządzić. Wymyć, otrzeć, stać się, wielkosłowo mówiąc, czystym. I nie koniecznie pchał się do przodu, kiedy ciasta nadal latały, kiedy ostatki tej imprezy ciągle pląsały w podwojach. Wyciszył swoje trzecie oko, dopilnował tego, żeby zgasły i jak każdy człowiek jego pokroju miał jedno zadanie - dzielnie podpierać ścianę. Ścianę, której tutaj nie było, więc zostało mu tylko i wyłącznie drzewo. Szumiące zielenią, uspakajające. Ten wielki plan zostałby uskuteczniony gdyby nie jedno wielkie ALE. Tym "ale" było to, że to paskudztwo nie znikało. Ciasto i krem częściowo zniknęły, ale tylko i wyłącznie ono. Nie ważne, jak bardzo Cain szorował tę cholerną koszulę pozostawał biały proszek? Nalot? Nie miał pojęcia, co to było, ale efekt był taki, że koszula była mokra, Cain półgoły siedział zupełnie z boku towarzystwa, za drzewem i próbował z tym walczyć, a w tle latały nadal torty i ciasta. Parę razy wymemrał niewyraźnie coś o cholerstwie, że nie chce schodzić i czemu w ogóle tak. Rysowało to jakąś niespokojną część jego mózgu. W końcu musiało do niego dotrzeć to, że sprawa była przegrana. Szczególnie, kiedy uzmysłowił sobie, że jego skóra też nie jest wcale w lepszej formie.
Przez moment spojrzał na towarzystwo, ale jak na emo Caina przystało już się do nich nie pokwapił. Przyjrzał się dłuższy moment Millie, jak siedziała z nosem schowanym w swoim... w notatniku? Do końca nie był pewien, co to było, ale ewidentnie zatonęła w rysowaniu bądź malowaniu. Miła popołudnie. Złote wręcz.
Bletchley w końcu się podniósł, otrzepał tę swoją koszulę i cichutko opuścił to wesołe miejsce. Miłe miejsce w bardzo niemiłych czasach.