20.06.2024, 18:08 ✶
Patrick cofnął się o krok w chwili, w której zaklęcie Brenny końcowo oderwało głowę żywego trupa od jego ciała. Westchnął pod nosem, przyglądając się resztkom, które z niego pozostały. Na dłuższą metę wiedział, że postępował nierozważnie i powinien raczej – zamiast rzucać się przed Sebastiana, uciec się do magii, ale był chyba zbyt zmęczony, by się nad tym dłużej zastanawiać.
Zasadniczy problem polegał na tym, że niewiele wiedział o tym, co się właściwie działo w Ośrodku Windermere. Nie brał udziału w dziennych poszukiwaniach Owena Bagshota. Nie widział też wcześniej żadnego ataku roślinności. Ale słowa Brenny brzmiały groźnie.
Drgnął, czując dłoń Sebastiana na ramieniu. Odwrócił się w jego stronę. Zawinięta w koszulkę czaszka ciążyła mu w ręku. Gdyby nie był tak zmęczony, pewnie spróbowałby zażartować, zapytać czy to jakaś propozycja wspólnej kąpieli, ale tak uderzyło w niego tylko, że… no cóż, był brudny. To prawda. Ciężko było pozostać czystym, kiedy przez kilka godzin grzebało się w ziemi, wysilało mózg by uruchomić aurowidzenie i walczyło z szepczącymi do ucha głosami ludzi, których znał, kochał i na których uwadze mu zależało.
- Masz rację. Jak tylko wrócimy do ośrodka, obiecuję od razu wskoczyć do jeziora – odpowiedział Sebastianowi, kompletnie nie zdając sobie sprawy z tego, co w tym momencie działo się w jeziorze. Ba, zapominając nawet o tym, że przecież tylko co wiedział się, że jezioro owładnięte było czernią. – To ja powinienem zapytać czy wszystko w porządku. Przecież ty nie jesteś nawykły, wy obaj – tu posłał krótkie, uważne spojrzenie Peregrinusowi – wy obaj chyba nieczęsto uczestniczycie w takich rzeczach – zauważył.
W głowie Patricka odejście z tego miejsca jak najszybciej, było najlepszym możliwym rozwiązaniem. Dużo lepszym niż tkwienie tutaj i próba odprowadzenia na drugą stronę dusz uwięzionych w czaszce. Mimo usunięcia jej z ruin kościoła, to miejsce nadal wionęło czarną magią. Pewnie potrzebowało miesięcy, może lat, by dojść do siebie i na nowo się oczyścić.
- Nas nie zaatakowała – odpowiedział Atreusowi, zastanawiając się nad jego słowami. Bo w ogólnym rozumieniu to właściwie mogło mieć głębszy sens. Fiolet chronił i walczył z czernią. Mógłby więc atakować tych, których oblekała czerń. Ale chyba chodziło o różnicę w funkcjonowaniu pewnych rodzajów magii. Czarna Magia niszczyła. Fiolet chronił. Stewardowi wydawało się, że sam w sobie nie jest agresywny. Agresywny dopiero mógł się stać pod wpływem… Westchnął. – Chociaż, chociaż możesz mieć częściowo rację. To znaczy, zakładając, że czerń wpływała na tych, których oblekła bardziej, mogła ich prowokować do ataku. A wtedy fiolet by się bronił i również atakował.
Patrick pamiętał co czuł do Brenny przed zaledwie kilkoma minutami. I jak to było silne. Gdyby przebywali dłużej w swoim towarzystwie, naprawdę mógłby opacznie zrozumieć jej zachowanie i ją zaatakować. Może właśnie to tłumaczyło te tajemnicze śmierci? Może czasami czerń wygrywała na tyle, że owładnięty ją człowiek atakował drugiego, owładniętego fioletem? Jak to było? Martin Scott rozpłynął się w powietrzu, ale rozwleczone zwłoki jego dziewczyny Elodie Legrand znalazł ich przyjaciel.
Przez to, że był pochłonięty własnymi myślami, nieco odpłynął przy rozmowie reszty i powrócił do niej dopiero po dłuższej przerwie.
- Zaraz, wy naprawdę chcecie odprawiać egzorcyzmy tutaj? Wcześniej zrobiłeś to w zamkniętym pomieszczeniu i miałeś pomocnika – zauważył, spoglądając na Sebastiana.
I to nie tak, że nie wierzył w umiejętności Macmillana, ale no… tkwili w jakichś wyjałowionych przez czarną magię ruinach. Patrick wolałby nie testować cudzych umiejętności w takich okolicznościach. Choć jednocześnie – do czego mógł się szczerze przyznać, nie miał pojęcia jak magia Windermere zareaguje na niego, gdy wejdzie na teren ośrodka, niosąc zawiniętą w koszulkę kryształową czaszkę. I ten ostatni fakt wpływał na to, że tak kurczowo trzymał artefakt sam, zamiast oddać go Brennie lub Atreusowi na przechowanie.
Zasadniczy problem polegał na tym, że niewiele wiedział o tym, co się właściwie działo w Ośrodku Windermere. Nie brał udziału w dziennych poszukiwaniach Owena Bagshota. Nie widział też wcześniej żadnego ataku roślinności. Ale słowa Brenny brzmiały groźnie.
Drgnął, czując dłoń Sebastiana na ramieniu. Odwrócił się w jego stronę. Zawinięta w koszulkę czaszka ciążyła mu w ręku. Gdyby nie był tak zmęczony, pewnie spróbowałby zażartować, zapytać czy to jakaś propozycja wspólnej kąpieli, ale tak uderzyło w niego tylko, że… no cóż, był brudny. To prawda. Ciężko było pozostać czystym, kiedy przez kilka godzin grzebało się w ziemi, wysilało mózg by uruchomić aurowidzenie i walczyło z szepczącymi do ucha głosami ludzi, których znał, kochał i na których uwadze mu zależało.
- Masz rację. Jak tylko wrócimy do ośrodka, obiecuję od razu wskoczyć do jeziora – odpowiedział Sebastianowi, kompletnie nie zdając sobie sprawy z tego, co w tym momencie działo się w jeziorze. Ba, zapominając nawet o tym, że przecież tylko co wiedział się, że jezioro owładnięte było czernią. – To ja powinienem zapytać czy wszystko w porządku. Przecież ty nie jesteś nawykły, wy obaj – tu posłał krótkie, uważne spojrzenie Peregrinusowi – wy obaj chyba nieczęsto uczestniczycie w takich rzeczach – zauważył.
W głowie Patricka odejście z tego miejsca jak najszybciej, było najlepszym możliwym rozwiązaniem. Dużo lepszym niż tkwienie tutaj i próba odprowadzenia na drugą stronę dusz uwięzionych w czaszce. Mimo usunięcia jej z ruin kościoła, to miejsce nadal wionęło czarną magią. Pewnie potrzebowało miesięcy, może lat, by dojść do siebie i na nowo się oczyścić.
- Nas nie zaatakowała – odpowiedział Atreusowi, zastanawiając się nad jego słowami. Bo w ogólnym rozumieniu to właściwie mogło mieć głębszy sens. Fiolet chronił i walczył z czernią. Mógłby więc atakować tych, których oblekała czerń. Ale chyba chodziło o różnicę w funkcjonowaniu pewnych rodzajów magii. Czarna Magia niszczyła. Fiolet chronił. Stewardowi wydawało się, że sam w sobie nie jest agresywny. Agresywny dopiero mógł się stać pod wpływem… Westchnął. – Chociaż, chociaż możesz mieć częściowo rację. To znaczy, zakładając, że czerń wpływała na tych, których oblekła bardziej, mogła ich prowokować do ataku. A wtedy fiolet by się bronił i również atakował.
Patrick pamiętał co czuł do Brenny przed zaledwie kilkoma minutami. I jak to było silne. Gdyby przebywali dłużej w swoim towarzystwie, naprawdę mógłby opacznie zrozumieć jej zachowanie i ją zaatakować. Może właśnie to tłumaczyło te tajemnicze śmierci? Może czasami czerń wygrywała na tyle, że owładnięty ją człowiek atakował drugiego, owładniętego fioletem? Jak to było? Martin Scott rozpłynął się w powietrzu, ale rozwleczone zwłoki jego dziewczyny Elodie Legrand znalazł ich przyjaciel.
Przez to, że był pochłonięty własnymi myślami, nieco odpłynął przy rozmowie reszty i powrócił do niej dopiero po dłuższej przerwie.
- Zaraz, wy naprawdę chcecie odprawiać egzorcyzmy tutaj? Wcześniej zrobiłeś to w zamkniętym pomieszczeniu i miałeś pomocnika – zauważył, spoglądając na Sebastiana.
I to nie tak, że nie wierzył w umiejętności Macmillana, ale no… tkwili w jakichś wyjałowionych przez czarną magię ruinach. Patrick wolałby nie testować cudzych umiejętności w takich okolicznościach. Choć jednocześnie – do czego mógł się szczerze przyznać, nie miał pojęcia jak magia Windermere zareaguje na niego, gdy wejdzie na teren ośrodka, niosąc zawiniętą w koszulkę kryształową czaszkę. I ten ostatni fakt wpływał na to, że tak kurczowo trzymał artefakt sam, zamiast oddać go Brennie lub Atreusowi na przechowanie.