16.07.2024, 18:35 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.07.2024, 18:37 przez Dægberht Flint.)
nietypowe spotkanie na alei horyzontalnej
dægberht & leo
dægberht & leo
Przybicie do portu nie było dla Dægberhta tak spektakularne jak zwykle. Ostatnia z jego podróży nie poszła mu najlepiej i w Docklands zjawił się z przykrą nowiną - jego łajba zatonęła i to tak dramatycznie, że nie zamierzał podejmować się wyciągania wraku, a do Londynu wrócił siłą cudzych żagli. Na szczęście z katastrofy uchował się kot - pan Kapitan, aktualnie z niechęcią przemierzający brukowaną ulicę w kierunku mieszkania, jakie Flinty wynajmował od lat na spółkę z Vioricą. Za dużo tu było ludzi dla tak drobnej i puchatej istoty... Wskoczył więc na skrzeczący, metalowy wózek, jaki jego właściciel pchał przed siebie ze zmieszaną miną. Wypchany po brzegi walizkami i pierdołami, budował wokół żeglarza wrażenie domokrążcy, ale mijało się to z prawdą i to daleko - żadnej z tych rzeczy nie zamierzał sprzedawać, przywiózł je tutaj, żeby obdarować wszystkich swoich znajomych, jednego po drugim, ale najpierw musiał dotargać je na Horyzontalną.
To był piękny, sierpniowy dzień. Jeden z tych ciepłych, ale nie na tyle gorących, żeby nie dało się oddychać. Słońce na moment wynurzyło się zza gęstych chmur i towarzyszyło mu w tej nieprzyjemnej, wyboistej drodze. Kto kiedyś pchał metalowy wózek na kółkach przez taką właśnie nawierzchnię, dobrze wie, o czym mówię - prowadziło się go tragicznie i bardzo hałasował, co zwracało na niego uwagę wszystkich wokół, jednocześnie jego ekscentryzm powodował, że szybko odwracało się od niego wzrok.
Musiał wyglądać na wyjątkowo nierozważną jednostkę, bo sakiewka pełna brzęczących monet była przypięta do tego paska tak, że właściwie to wystarczyło delikatnie pociągnąć za trzymający ją sznurek i była twoja... Flinty nie wyglądał też szczególnie groźnie. Wysoki był, to prawda, ale nie górował nad innymi czarodziejami przemierzającymi magiczne dzielnice. Ubierał się dziwacznie, w stylu charakterystycznym dla dzielnicy portowej. Różdżkę nosił niedbale wciśniętą w kieszeń spodni, ciężko mu będzie po nią sięgnąć, gdy coś się stanie. Długie, nieuczesane, rozwiane wiatrem włosy zalegały mu na ramionach. No i te zęby - ich krzywizna stała się bardzo zauważalna, nawet bardziej niż lekki zez, kiedy zagadała go jedna ze straganiarek.
- Dægberht! Wróciłeś zza morza...
- Tak pani Pippins - powiedział, szeroko otwierając usta i poprawnie artykułując każdą głoskę. - Nawet coś dla pani mam, ale na dnie torby jest, więc muszę się rozpakować wpierw.
- Oh Berty, nie trzeba mi nic kupować...! Chcesz może wafla?
Dægberht skinął głową i zatrzymał się w miejscu, a pani Pippins zanurkowała pod ladę, szukając składników i odpalając ogień pod blaszką, na której te wafle podgrzewała. W tym momencie nie obserwował ich nikt wokół. No, nikt oprócz jednego, chciwego kociaka.
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr