Więc mieli tutaj eliksir na słońce, ale nie wiedzieli, ile może trwać. Nie wiedzieli nawet, czy da się go stworzyć zmieniając skład. Wiele rzeczy było niewiadomych. Wiadome było zaś, że to było możliwe. Że mogli, że mieli szansę, zasmakować życia na nowych zasadach - oni, wampiry. Albo on, przypadkowy wybraniec Victorii Lestrange, tylko dlatego, że ta miała chwile nadmiarowego czasu, problemy z bezsennością, które marnowała na udanych i nieudanych próbach tworzenia eliksirów i miała do niego tę słabość, która nakazywała się jej za nim uganiać. Nie było niczego gorszego, kiedy ktoś za tobą latał bez wzajemności i przestawał być już nawet przyjacielem, stawał się komarem koło ucha. Tylko że Sauriel nie chciał się pozbywać Victorii. Nie było tam braku wzajemności, nawet jeśli to uczucie nie rezonowało tak samo, było zmienne, wiło się sinusoidą, bo logika nie pozwalała na pozwalanie sobie na uczucia, które były poza obrębami jego dłoni.
Poza zasięgiem jego dłoni było jednak też słońce, a jednak - oto jest. Właśnie tutaj, na tym słońcu. Ciesząc się jego ciepłem i przekleństwem zarazem, kiedy instynkt spychał każdą komórkę jego ciała. Kiedy wszystko w nim samym nakazywało mu odpuścić, schować się w bezpiecznym miejscu, jakim był cień. A najlepiej wrócić do domu, gdzie żadne promienie nie zasłaniały. Głęboka ciemność, którą przecinają tylko świecie.
Życie też nie było poza zasięgiem jego dłoni. Mimo zimna płynęło w Victorii - a było tak samo zimne? I pulsowało w jej głowie złożoną propozycją. Kim stałby się, gdyby znów był człowiekiem? Tą samą osobą? Byłby ciągle sobą? Co powiedzieliby ci, którzy chcieli mu wbić nóż pod żebra?
Rozchylił powieki, spoglądając na błyski natury. Nigdy nie był wielbicielem ogródków i lasów, ale nie dało się ukryć - powietrze tutaj bolałoby go w płuca po takim czasie przebywania na Ścieżkach, gdyby tylko musiał oddychać. Teraz zaś było ukojeniem zmysłów, które doświadczały tylko gówna tego podziemnego świata. Chciał powiedzieć, że czuł się dobrze, ale im dłużej tu stał tym czuł się gorzej. Nie dlatego, że samo doznanie nie było wspaniałe. Było. Tylko kiedy spływał z niego pierwszy szok to docierały bodźce, które już nie były takie przyjemne. Tym mocniej szarpał się z nim instynkt. Tym bardziej przeszkadzało i osłabiało go to wszystko, co zebrało się po łyknięciu eliksiru. Zrobił niepewny krok w tył, drugi. I z powrotem znalazł się w cieniu. Czuł wręcz, jak wszystkie włoski na jego ciele się elektryzowały, własny organizm sprzeciwiał się takiemu traktowaniu. Głupi, głupi instynkt. Przecież nie wystawiał się na zagrożenie, w którym naprawdę mógłby spłonąć. No przecież, że nie.
Nie bardzo miał odpowiedź na to proste pytanie. Spojrzał na Victorię i przechylił głowę, jakby już miał zacząć mówić, ale zdanie nigdy nie opuściło jego ust. Warto rezygnować z życia? Poświęcić się nocy, żeby już nigdy nie zobaczyć słońca? Ci, którzy dobrowolnie się tego wyrzekali nie wiedzieli, co mówią. Robiła się z tego jakaś bzdura. Albo po prostu dobrowolnie zapominali. Pozwalali sobie na to, bo tęsknota inaczej by zabijała. Tak wyłączali kolejne prawdziwe uczucia, wyłączali sumienie i stawali się jedynie zimnymi trupami.
- Ciepło. - Powiedział w końcu z dźwiękiem szacunku zaklętym w tym słowie. Wybrzmiało to nawet na jego zaciśniętym gardle. - Przepraszam. Wiem, że nie czujesz teraz ciepła. - Ale o wiele lepiej je pamiętała niż on sam. - Ciepło światła jest - kąciki ust mu drgnęły w uśmiechu - wyjątkowe.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.