27 czerwca był kolejną z plam w kalendarzu. Kolejnym dnio-nocą, klątwą dla tych, którzy nie potrzebują jeść, nie muszą spać, gdzie wegetacja toczyła się w przód i była lęgiem dla kolejnych szczypawic wypełzających spod spróchniałej kłody. Był plamą w kalendarzu, której krople atramentu układały się w coś. Miały wyraz wizytówki w zimnych palcach z ulicy Pokątnej - wizytówki Klubu Pojedynków, którą zabrał przy okazji włócząc się po nocach, gdy Nokturn stawał się bardziej żywy od samej Pokątnej. Choć latem, gdy nie brakowało imprez, gdy wszyscy chcieli korzystać z tych letnich godzin ochłody, potrafiła pulsować krew w żyłach tego miasta zwanych ulicami.
Spoglądał na wizytówkę w mijających godzinach. Ledwo sobie o tym przypomniał. Miał nie iść. Miał zostać. Godziny spędzone na tej wegetacji niczego nie zmieniały, ale co miałoby zmienić ruszenie się stąd? Zegar tykał. Miał napisać list do Brenny i chyba dobrze, że tego nie zrobił. Zdrada przecież nie mogła pulsować w nim tak, jak pulsowało to miasto. Wskazówki mijały. Miał za to nie pisać listu do Erika. Po co? Przecież i tak się w zasadzie nie znają. Co to zmieni. Zjawi się, nie zjawi... pewnie będzie dziesięciu na jego miejsce. Dla takich jak Longbottom zawsze było dziesięciu następnych, którzy chętnie poświęciliby mu swój czas. Miał też tam w ogóle nie iść.
I portierka okazała się wcale nie ładna. Klub był już w zasadzie zamknięty, albo właśnie zamykali. Pusto, chociaż ulicą przechodzili ludzie. Zmierzali w stronę dźwięków i gwarów - gdzie grała muzyka i gdzie człowieka wabiło ciepło, śmiech i śpiew. Tam pachniało whiskey i tam moczyli wargi w kremowym piwie. Tam też pewnie rano sprzątać będą rzygi po tych, którzy przecholowali.
- Longbottom Erik zaprosił mnie na dzisiejszy wieczór na pojedynek. - Zagaił cicho do kobiety, która spoglądała na niego wielkimi jak spodki oczami, jakby zastanawiała się, czy ma uciekać, krzyczeć, oba, czy jednak nie jest zdolna do niczego. Włącznie do zebrania gardła w jakikolwiek dźwięk, bo Sauriel czekał. I czekał. A odpowiedź nie nadchodziła. - Aktualne? - Dopytał chłodno, z rezerwą, krzywiąc się lekko z niezadowolenia. Czując podryg napięcia przechodzący przez ciało. Kobieta przełknęła ciężko ślinę, otrząsnęła się i z roztargnieniem otworzyła księgę, jakby chciała tam sprawdzić, czy to aktualne, ale chyba tylko kupowała sobie czas. Przekartkowała kilka stron i ją po prostu zamknęła.
- Yyyyy tak, tak! Jak najbardziej! Pan Erik uprzedzał, że może pan przyjść... to znaczy, że jest Pan umówiony, panie..? - Schowała swoje dłonie pod ladą.
- Sauriel Rookwood. - Już chciał odejść, ale kiedy zrobił krok uświadomił sobie, że w zasadzie... nie wie, gdzie ma iść. Cofnął się więc o krok i jeszcze raz spojrzał na kobietę.
- Korytarzem prosto, pierwsze drzwi na lewo! - Pokazała gestem, jakby instrukcja zapodana mogła być zbyt skomplikowana.
Ściągnął czarny płaszcz, zostając w samej koszuli z rozpiętymi paroma pierwszymi guzikami. Odsłaniały srebrny łańcuszek na szyi. Światło na sali błyszczało, kiedy przemierzał ją wzdłuż. Nie słychać było nawet szmeru kroków Rookwooda. Zblazowanymi, czarnymi oczyma chłonął to otoczenie i rzucił odzienie wierzchnie na pierwsze z brzegu krzesło, zapewne dla małej widowni na treningach, albo dla oczekujących na trening, które mu się nawinęło. Zatrzymał się przed samą sceną, plecami do wejścia. Nasłuchiwał.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.