Poza tym jak sam wcześniej stwierdził: do pewnego stopnia ufał osobom zajmującym się tamtą częścią badań. Ponadto zawsze znacznie więcej ochotników pchało się do tych najbardziej pasjonujących czynności przynoszących dreszczyk emocji. Sianie i badanie piachu oraz przelewanie i analiza wody były niezbędne w myśl zasady, że powinno się zwracać uwagę na wszystkie elementy układanki.
Natomiast niespecjalnie dziwił się, że ich grupa składała się z tych bardzo określonych osób. Zarówno Cameron jak i Nora mieli zacięcie eliksiralne, chemiczne, medyczne. O sobie mógł powiedzieć, że gdyby nie irytacja na własny nos, zmęczenie i brak wiary w zabezpieczenia postawione przez Towarzystwo Herbologiczne (zazwyczaj ufał głównie swoim, których nie mógł tu wykorzystać) to możliwe, że chętniej poszedłby do akcji, ale z drugiej strony wolał to zostawić Roselyn, która aż rwała się do działania.
A więc piach i woda. Mieszanki ziemi i płynnych substancji nawożących. Mozolna, bardzo metodyczna praca przynosząca jasne, ale zastanawiające wnioski.
- Mhm. Też to widzę - odpowiedział Norze w dalszym ciągu przyglądając się wyjałowionym próbkom.
Miał już otworzyć usta do Camerona, żeby spytać młodzieńca o więcej wniosków dotyczących wody oraz substancji nawożących, gdy gwałtownie przerwano im dotychczasową ciszę. Wejście nowej osoby do pomieszczenia odbyło się pokazowo, ale ściągnięcie Lupina w żaden sposób nie zdziwiło Greengrassa. Takie rzeczy się zdarzały. Nawet częściej niż rzadziej. Pożegnał młodszego kolegę kiwnięciem głową, po czym wrócił wzrokiem do panny Figg.
- Chyba nie ma sensu wchodzić na jego miejsce. Powiedziałby nam, gdyby było tam coś niezwykłego - stwierdził, ale mimo wszystko przeszedł do części stanowiska po Lupinie, przyglądając się wynikom, podczas gdy Nora kontynuowała.
- Nie, nic nie mam. To, co mówisz może mieć sens, natomiast zadajmy sobie również drugie pytanie. Jakim cudem ona w dalszym ciągu rośnie? - Zmarszczył brwi, patrząc na Norę, ale po chwili przeniósł wzrok na tubę mieszczącą bydlaka ten rzekomo całkiem pokaźny okaz - niestety w dalszym ciągu skryty przed ich oczami. No nic.
Z opisów przedstawionych wcześniej nie wyglądało, jakby roślina miała niedługo więdnąć i umierać z braku substancji odżywczych, skoro była w stanie atakować ludzi z Ministerstwa. Wręcz przeciwnie. A skoro nikt nie uprzedził ich o tym, że ziemia jest wyjałowiona i przez to do czasu ponownego przesadzenia dostaje więcej odpowiednich substancji wraz z wodą do podlewania (Cameron również pewnie by im o tym powiedział) to oznaczało, że Towarzystwo prawdopodobnie tego nie wie. Zaś to znaczyło, że dawki nawozów nie powinny wystarczyć, żeby podtrzymać roślinę w co najmniej dobrym stanie. Nie mówiąc o tym, żeby się dalej rozrastała, na co wskazywała wielkość tuby.
- Czym ona się karmi, skoro nie otrzymuje zwiększonych dawek substancji odżywczych? - Mruknął do Nory, ale jednocześnie do siebie, bardziej pod nosem niż głośno i wyraźnie, po czym uniósł brew i spojrzał w kierunku drugiej grupy, szukając wzrokiem obciętej witki, której tam nie było. Zastanawiające. Nie zdołali jej pozyskać. - Energia z zewnątrz? Nekromancja? Ale to znaczyłoby - no właśnie: to znaczyłoby coś bardzo konkretnego i mogącego uderzyć w Towarzystwo albo przynajmniej jakiegoś z członków.
Nawet miał już swój typ. Raczej szybko wydawał osądy. Mimowolnie rzucił kątem oka w kierunku zastępcy pani Abbott, przy czym odruchowo nasunął nauszniki głębiej na uszy - tak, że teraz odciął sobie dostęp do dźwięków. Kopułka spadła wraz z przerwaniem im działań, więc to było rozsądne.
Znajdując się na powrót tuż przy Norze, bez słowa nasunął jej te absurdalne kocie nauszniki. Jak matka dziecku, szczególnie przy ich różnicy wzrostu, ale przezorny zawsze ubezpieczony a nie chciał tracić czasu, bo drugą grupa właśnie wracała do badań.
- Idziemy do nich? - Pokazał jej na migi, poruszając ustami. Decyzja była jasna, więc w miarę możliwości przeszli do drugiej grupy.
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down