• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[25.08.1972] Joseph Rookwood | Sauriel & Victoria

[25.08.1972] Joseph Rookwood | Sauriel & Victoria
Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#21
20.01.2025, 20:27  ✶  

Bezsens kłótni polegał na tym, że w zasadzie nie było dobrego zachowania ze strony przeciwnej. Albo... była, tylko pytanie, czy gotowi byliśmy na poświęcenia i do jakiego stopnia, kiedy druga strona ewidentnie odmawiała poświęcać się dla nas. No bo to takie proste - zastanowić się. Zatrzymać. Złapać siebie samego za pysk. Och, Sauriel do pewnego stopnia się powstrzymywał, bo to wcale nie była taka ładna prawda, że on by na Victorię ręki nie podniósł. Raz już podniósł. I zrobiłby drugi raz, gdyby te emocje wyskoczyły ponownie do tak wysokiego pułapu. Był teraz spokojniejszy. Kontrola była łatwiejsza. Ale na cuda nie była warto liczyć, a te granice człowieka stawały się zatrważająco giętkie, kiedy coś zaczynało na nie naciskać. Więc? Ta neutralność. Była złotem, bo przecież gdyby Victoria sama zaczęła krzyczeć, to wszystko eskalowałoby bardziej. Więcej. Neutralność to jedno, dobór słów - kolejne. Przecież to był taniec bosymi nogami po rozbitym szkle. Były dobre kroki, ale jak je dobierać tak szybko, w takim pędzie?

- Jestem... co kurwa? - Mina pełna niezrozumienia połączona z wkurwieniem - oto doskonała mieszanka, która była potrzebna do ocenienia wyglądu tego Kota właśnie w tym momencie. Chyba dobrze, że kłótnia nie była w domu Victorii. Z drugiej strony - gdyby byli w domu Victorii to nie byłoby tej kłótni. Albo? Prędzej czy później coś by się poszło jebać, przecież miała rację - nie mogła w kółko unikać Josepha, nie wspominając, że unikanie takich ludzi czasem kończyło się jeszcze gorzej. Takich, którzy mieli swoje sposoby, by wymusić spotkanie. A wtedy mogło się już ono skończyć na przeróżne sposoby. I nawet jeśli nie byłoby tam woli krzywdy fizycznej, to przecież ta psychiczna... nie ważne, jak wiele zasłaniała oklumencja - środeczek nadal był raniony przez odłamki szkła. Błyszczące w barwach pomarańczy świec odłamki szkła.

- No... okej. - Opuścił dłoń z twarzy. I wyjątkowo nie wiedział nagle, co z tą dłonią zrobić, więc powędrowała ona najpierw wzdłuż jego ciała, potem przesunął nią po drugiej ręce, aż w końcu wetknął ją na biodro. Więc teraz stał jak ten zupełny debil, podparty pod te biodra i gapił się na Victorię. Momentalnie stygnąc. Dziwne, że nie było widać, jak para ulatuje znad jego czarnych włosów. - Nooo.... tak. Możemy. - Tak jakby było potrzebne powtarzanie tego, ale nagle nie wiedział, co powiedzieć. Te emocje znikały bardzo szybko i wręcz poczuł dreszcz na karku. Lekko się wzdragnął, a to pozwoliło mu na moment odwrócić spojrzenie z Victorii. Opuścił te ręce wzdłuż ciała i przeszedł wolnym krokiem (jakby się skradał) w stronę sofy. Nie tak, by usiąść obok Victorii, ale tak, by siedzieć bliżej nie, a nie naprzeciwko. Usiadł po prostu na drugiej kanapie.

To był właśnie ten moment, w którym mówisz: przepraszam, albo: masz rację, albo: zachowałem się jak dureń. Ale Sauriel wybrał nic nie mówienie. Dobrowolny wybór, a ponoć idiotów nie sieją. Podobno. Niektórych za to niedojebanych emocjonalnie ludzi bardzo sprawnie hodowano pod okiem równie niedojebanych emocjonalnie rodziców. To była ta cisza, która była niezręczna, a on się napinał na pierwszą z brzegu myśl o tym, że miałby wydusić z siebie jakieś słowo. Bo to, co przychodziło mu do głowy, były seriami z tych wypisanych. Tak jakby to miało czemuś tutaj urągać. Komuś. Jakby samego siebie teraz miał obrazić. Nie, by to powiedzieć, jeszcze bardziej musiał ostygnąć.

Przechodzimy płynnie w fazę naburmuszoną.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#22
20.01.2025, 21:54  ✶  

Chciała wierzyć, nie – wierzyła, że jednak ręki by na nią nie podniósł. Gdyby uważała, że mogłoby być inaczej, to to wszystko pomiędzynimi nie miałoby najmniejszego sensu, bo co to za relacja, w której oczekujesz, że druga strona któregoś razu cię uderzy? Nigdy tego przecież nie zrobił. Owszem, zachowywał się gwałtownie, popchnął ją na ścianę, ale w gruncie rzeczy nic jej nie zrobił, jedynie zabrał jej różdżkę i się odsunął. Strach miał wielkie oczy i wtedy była to reakcja – z obu stron, gdy nie wiedzieli, co się właściwie dzieje, gdy nie znali się tak dobrze i gdy te uczucia też były inne. Wierzyła więc, że teraz nic by jej nie zrobił. Ufała mu, że nic jej nie zrobi.

– Zazdrosny – powtórzyła, nie zważając na tę jego złą minę bardziej, niż potrzeba. Miała jego uwagę, miała ją całą od samego początku, ale teraz posiadała ją w inny sposób. Wytraciła go z równowagi, ale nie w ten negatywny sposób, w którym zwierzę rzuca się za pręty klatki i je gryzie. Wytrąciła go z równowagi, bo nie wiedział, co ma jej odpowiedzieć. Zmusiła go, by się zatrzymał i… pomyślał? Wyglądał na wkurwionego, ale Sauriel często tak wyglądał i Victoria wiedziała już, że to nie emocja, a po prostu jego twarz, która doń przywykła przez lata. Pamięć mięśniowa. – Jesteś? – o to, że rozmawiała z Josephem, że poświęciła mu uwagę, której nie oddawała wtedy jemu, że śmiała się z czegoś z nim, a nie z Saurielem? O to chodziło? Jego wcześniejsze słowa ją na to naprowadziły, kiedy tak wskazywał na siebie i mówił jej, że przecież to z nim była umówiona; gdy wypominał jej, że świetnie się bawiła z jego ojcem.

I nagle wszystko się zatrzymało. Sauriel się zatrzymał w swoim bardzo statycznym rozpędzie i patrzył na nią z… jakimś zawahaniem, niepewnością. Ona czuła się podobnie. Te słowa, które pomiędzy nimi przeleciały, miny… Lestrange na moment przymknęła powieki i ścisnęła ze sobą usta, a po chwili cicho wypuściła powietrze. Jednym okiem dostrzegła, jak Sauriel bardzo powoli porusza się w stonę kanapy – lecz tej drugiej. I usiadł. A ona… stała tak jeszcze dwie sekundy, nim sama zajęła miejsce, to samo, które zajmowała wcześniej, obok swojej torebki, naprzeciwko pustego kieliszka i szklanki pełnej ginu z wodą. Odetchnęła jeszcze raz, czując chyba każdą komórką ciała tę niezręczność. Irytujące uczucie, które miała ochotę z siebie zrzucić, jak zrzuca się robaki, a potem otrzepuje z tego oślizgłego uczucia. Ale tego nie zrobiła. Nieco nerwowo splotła ze sobą dłonie na kolanie, gdy miała założoną nogę na nogę i patrzyła najpierw naprzeciwko siebie, a potem zerkała na milczącego Sauriela. Miała ochotę go dotknąć, złapać za rękę, przytulić się. Chciała, żeby pogłaskał ją po głowie, jak to robił czasami. I nie wiedziała, skąd się brała ta ochota, ta nagła potrzeba bliskości i ją to denerwowało – to, że nie ma nad tym żadnej kontroli. Ale to był ten moment, w którym Rookwood potrzebuje chwili, prawda? Tak, jak rozmawiali o tym wczoraj… Poruszyła się więc nieco niespokojnie i złapała za torebkę, która ciągle leżała obok niej na kanapie. Nie po to, by ją zabrać i sobie pójść, a po to, żeby ją otworzyć. Widziała jego minę, znała ją bardzo dobrze.

– Przyniosłam ci coś – jej cichy głos w tej wszechogarniającej ciszy musiał brzmieć bluźnierczo – gdy ten uświęcony spokój przerwała tak barbarzyńsko. Lub raczej: niezręczny spokój. Może więc przerwanie go nie było grzechem? Victoria wyciągnęła z torebki tą butelkę whisky przeznaczoną właśnie dla niego i nie wiedząc co z nią zrobić, nie chcąc naruszać dystansu, jaki nakreślił Sauriel, postawiła ją na stoliku. I uśmiechnęła się blado. Powinni o tym porozmawiać, jak cholera powinni. Ale… czy w tej sekundzie? Chciała żeby ochłonął. Żeby oboje ochłonęli. Urażona duma mogła poczekać.

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#23
20.01.2025, 23:12  ✶  

Zazdrosny. Słowo klucz odbijające się po jego głowie z dozą niezrozumienia. Zazdrosny. O co? O Josepha? Jak mógłby być zazdrosny o... Chciał, żeby ten syndrom wyparcia działał, ale chyba nie działał tak do końca. Nie potrafił znaleźć w sobie siły do wyparcia tego jednego słowa ze swojej głowy. Wpasowywało się ono za dobrze. Nie znaczyło to, że zamierzał przyznać temu rację. Milczenie nie raz i nie dwa było bardziej wymowne. Brak odpowiedzi - ale nie musiało tu być żadnej. Zazdrość... myśl o tym, że ona mogłaby się z tym potworem dogadywać wcale mu się nie podobała. Gdzieś tam w sobie wiedział, że przemalowuje obraz Josepha, bo starzec wcale nie był taki straszny... teraz zaczynał tak myśleć. Powoli zaczynał go widzieć w nowym świetle. Było to światło zrozumienia. Lata zmieniają człowieka, zmieniały też pogląd na innych i na prawidła funkcjonowania wszystkich i wszystkiego wokół. Na pewno te lata zmienią też jego spojrzenie na Victorię. To nie dziś, nie. Dzisiaj temat zazdrości miał zostać odepchnięty w kąt, ale pozostały nadal rzeczy, które powinno się dopowiedzieć. Skoro było "a", niech już i będzie "b".

Czego się za to nie spodziewał to tego, że Victoria jakby nigdy nic zamilknie. I pozwoli tej ciszy trwać. Pozwoli, żeby to wygasło. Bo wygasło. Jego mina stawała się bardziej krzywa, przestał napinać mięśnie. Ogień zgasił samego siebie. Płomienie zwalczyły się wzajemnie, nie mając odpowiedniego dopływu powietrza, żeby móc szaleć dalej. Czego nie spodziewał się bardziej to tego, że wyciągnie ich z tej ciszy, już ukojonej przestrzenią czasu, jaki podzielił ich od niedawnej kłótni, poprzez prezent. Jego ulubiony trunek, od którego był uzależniony. Bo to dzięki niemu świat wydawał się kurwa chociaż minimalnie lepszy. Ruda. Ta, którą poślubili ze Stanleyem i byli jej wierni aż po grób. Słusznie? Na pewno nie. Alkohol był tak samo zgubny jak narkotyki, ale była nad nim większa kontrola. Wiedział, kiedy przestać. A narkotyki... te wszystkie używki wyniszczały całkowicie. Robiły papkę z mózgu. A Sauriel całkiem sobie cenił swoją głowę, nawet jeśli często wybierał nią nie ruszać.

Powoli przesunął się na kanapie, bardziej odwracając w kierunku Victorii. Docenił nawet to, że się nie przysunęła i nie przecięła teraz tej przestrzeni, której naprawdę potrzebował. Że postawiła butelkę na stoliku. Tu, gdzie stały dwie lampki i jedna ciągle pełna szklanka. Pstryknął palcami, a lampki zniknęły. Przeniesione zostały na barek, żeby nie drażnić jego oczu. Tak jak butelka wina. Tego, że była prezentem dla Josepha, nie wiedział - i niech tak na razie pozostanie. Pomoże to uniknąć ewentualnej nauki latania tej butelki. Wtedy odłamki szkła stałyby się aż boleśnie prawdziwe. Za to zachęcającym gestem przywołał do siebie butelkę swoją, która przesunęła się grzecznie po blacie, żeby trafić do jego rączek. Ale tylko na chwilę. Nie potrafił się skupić na tej etykiecie. Victoria kupowała mu whiskey, na którą on się nie rzucał. Jej smak był o niebo lepszy od tego, co pijał zazwyczaj. Ale tym razem, choć zrobiło mu się miło, nie była aż tak istotna. Opuścił podarunek dość smętnie i podniósł oczy na czarnowłosą. Zjebałeś. Louvain mógłby sprzedać kolejny cios z dynki, gdyby was tu teraz widział. Niezależnie od tej relacji - przecież rodzina Lestrange stała za sobą murem! Niektórzy mu to udowadniali. Ciekawe, czy Victoria była tego świadoma.

- Dzięki. - Jakże oszczędne słowa! A przecież ciągle tyle było do powiedzenia! Nie popisujesz się, panie Rookwood. Ani trochę się nie popisujesz. No dalej! Pokaż dziewczynie, że ci zależy! Ponoć to wcale nie jest takie trudne... - Sorry. - No, w końcu! Aaach, ależ ciężko to przez gardło przechodziło! Tylko dlaczego? - Nie wiem... nie wiem, co mi odbiło... Po prostu mi odbiło. - Bez zbędnego tłumaczenia się, bo co tu było tłumaczyć? Zachowania zjeba wytłumaczyć się nie dało.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#24
21.01.2025, 00:47  ✶  

Rzeczywiście – brak odpowiedzi też jakąś był, zwłaszcza, gdy ta cisza się przedłużała. Mina Sauriela też mówiła wiele… Victoria nie zamierzała trzeci raz powtarzać, po prostu… przyjęła do wiadomości, że to jest scenariusz prawdopodobny, najbardziej pewny. Zakładała, że Sauriel zacznie zaprzeczać, bronić się przed tą odpowiedzią rękami i nogami, ale zamiast tego otrzymała to: milczącą najpewniej zgodę. Może sam nie wiedział. Może właśnie obracał te słowa w głowie, nie chcąc się przyznać przed samym sobą… Było w tym coś słodkiego, uroczego – to jaki był przy tym niemalże niewinny i zagubiony, i niepewny…

Czy to było aż takie dziwne, że zamilkła? Że nie robiła żadnego wielkiego gestu, mającego skrócić dystans miedzy nimi? Rozmawiali wczoraj, ona uczyła się szybko – nie wiedziała tylko, czy poprawnie, czy tak było okej, ale tamta rozmowa była żywa w jej głowie, jeszcze nie zdążyła być zmieniona przez jej własny mózg i nieidealną pamięć… Obserwowała go spod rzęs, widziała, że przestał być taki napięty, jakby rzeczywiście trzeba się tutaj było gotować do walki. Przecież nie było takiej potrzeby? Nie była jego przeciwnikiem, a on nie był jej – budowali coś razem, cokolwiek to było, nigdy pomiędzy nimi nie nazwane, ale nie po to, by być swoimi wrogami. A przynajmniej ona tak na to nie patrzyła. To on łamał ten dystans, przesuwając się odrobiinkę bliżej, by sięgnąć po butelkę. Przykuła jego uwagę tylko na chwilę, małą chwileczkę, bo widziała, że wcale nie oglądał butelki, nie skupiał się na czytaniu etykiety. Skupiał się na czymś innym. Albo… na kimś innym. A była tutaj tylko ona, puste kieliszki, teraz odsunięte z widoku, butelka i szklanka. Nikogo i niczego innego ciekawego.

Kąciki jej warg uniosły się w górę na krótką chwilę, kiedy usłyszała to „dzięki”. Nie trzeba było dziękować – chciała mu wręczyć prezent w dobrej wierze, na pomyślność, skoro przeprowadził się do nowego domu. Mógł to potraktować jako prezent z okazji bardzo nieoficjalnej i jednoosobowej parapetówki, która chwilowo była przerwana głupią kłótnią o uwagę. Albo o cholera wie o co.

Sorry.

To słowo sprawiło, że uniosła wyżej głowę i spojrzała na Sauriela z lekkim zaskoczeniem, równie zagubiona co on. Tak, powinien przeprosić, to było jasne jak na dłoni, ale nie sądziła, że… Że to nastąpi tak szybko. Albo, że w ogóle. Jej duże oczy rozszerzyły się w lekkim zdziwieniu, ale spojrzenie zaraz zmiękło. Zawsze miękło, kiedy na niego patrzyła, gdy chodziło o niego.

– W porządku – miała wrażenie, że wstrzymała oddech, że serce jednocześnie jej przyspieszyło i mocno zwolniło. – Nic takiego się nie stało… – dodała, jakby chcąc odsunąć kawałeczek powagę sytuacji. Trochę się stało, padły słowa, które nie powinny. Ton, który nie powinien… Ale nic definitywnego, nic, czego nie dało się naprawić. – Chcesz… chcesz o tym porozmawiać? Czy… nie bardzo? – bo było o czym rozmawiać, tak?

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#25
21.01.2025, 18:47  ✶  

"Sorry" z jakiegoś powodu brzmiało o wiele bardziej zjadliwie od "przepraszam". Sorry nie miało w sobie tego ciężaru, które sprawiało, że te literki tak ocieżale układały się na języku. Wpasowywały w gardło. W struny głosowe, które potem wytwarzały dźwięk - w całej swojej mądrości Sauriel nie dotarł do wiedzy medycznej. Było bliższe. Krótsze. Nie rodziło się w bólach uroku i wyroku, że zaboli. Słowo, które zaboli. Proszę bardzo. Nie kurwy latające wokół ani dziwne insynuacje, tylko właśnie to jedno, krótkie słowo. To "przepraszam".

Nienawidził przepraszać. Dziękowanie już szło mu lepiej.

- Nie jest w porządku. Nie chcę na ciebie krzyczeć. - Nie patrzył na nią, kiedy to mówił. Przed nim - wygaszony kominek. W dłoniach? Ta whiskey. Była doskonałym punktem do zawieszenia wzroku, nawet jeśli żadna z literek nie składała się teraz w jego głowie w słowa, a słowa dalej - w zdania. Za to mógł śledzić to zdobione pismo, estetykę etykiety, piękno bursztynu skrytego w eleganckiej butelce. Niby wiedział, że powiedziała to, żeby go odciążyć, ale nie chciał, żeby sądziła, że on sam to uważał za "okej", skoro już to jedno magiczne słowo powiedział. Nie chciał, żeby myślała, że to dla niego tylko jakiś rodzaj pustego słówka, nad którym możemy iść dalej. To słówko tak jak nie raniło, tak i nie rozgrzeszało. Potrzeba było czegoś więcej. Chociaż to prawda, że "nic takiego". Ostre słowa od strony Sauriela nie przechodziły w kierunku wyzywania Victorii, weszły za to na ten rynsztok, który wywołała do tablicy. - O czym? - Spojrzał na nią. Trochę ciężko, opuszczając te ręce z butelką. Finalnie ją odstawił i podniósł się, żeby usiąść już obok niej. Tak bliżej. Nie zupełnie stykając się, ale przełamując dystans, który stworzył. Tego też nie chciał - żeby sądziła, że ją teraz odtrąca, bo się wkurwił. - O Josephie? - Pomimo tego, że jego pierwsze pytanie mogło brzmieć zniechęcająco, opryskliwie, to żeby uratować sytuację postanowił po prostu... dodać do tego kolejne pytanie. Żeby wykazać swoje zainteresowanie i otwartość na to. Jeżeli cokolwiek chciałaby wiedzieć, bo on w zasadzie wcale nie czuł wielkiej potrzeby dysputowania nad tym. W jego mniemaniu - nie było w sumie pretekstu nawet do rozmowy. Stało się, emocje wezbrały górę. Tyle.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#26
21.01.2025, 20:57  ✶  

„Sorry” brzmiało mniej personalnie i mniej poważnie. Właśnie jakby nic się nie stało i mówiło się to trochę na… odczep się. Przecież się przeprosiło, o co tu się gniewać? Ale Sauriel rzadko mówił nawet „sorry”, a przepraszał ją raz… Przyszedł wtedy z kwiatami, które sam nazbierał, już po tym jak wytrzeźwiał, a tamtego dnia Victoria poszła sobie obrażona. Dzisiaj nigdzie nie poszła, została tu – Rookwood musiał się więc ratować tym, co miał: słowami.

A kto lubioł przepraszać? Kto lubił się przyznawać do błędu? Z pewnością nie Victoria. I z pewnością nie Sauriel, a jednak… czasami trzeba było zrobić krok w tył i się ukorzyć. Lekko – tak jak zrobił to Czarny Kot, by duma ucierpiała na tym jak najmniej.
[a]Nie patrzył na nią, ale ona patrzyła na niego, a przynajmniej do czasu, bo kiedy kontynuował, ciemnooka cicho nabrała powietrza w płuca, lekko rozchyliwszy usta i spojrzała na swoje splecione na kolanie dłonie.

– To nie krzycz – powiedziała cicho i miękko, bez wyrzutu. To był wybór – jego. Emocje czasami ponosiły, nie panowało się nad sobą, ale to, że nie chciał na nią krzyczeć, było wyborem. To, że chciał się starać, jakoś, że coś budować – również. Nie było pomiędzy nimi nikogo innego, kto miałby dyktować warunki gry, byli pozostawieni sami sobie. Czasami nie wychodziło, miało się jak najlepsze intencje, ale punkt zapalny powodował, że zbaczało się ze swojej ścieżki, ale Victoria doceniała jedno: tę intencję. Starania. I to… że się zatrzymał. Ona też nie chciała, by na nią krzyczał – zwłaszcza za nic.

Taniec, jaki Sauriel rozpoczął, jak podnosił się i zmieniał te kanapy, żeby zmniejszyć dystans, miał w sobie nutę słodyczy. Był uroczy w swej nieporadności i na twarzy Victorii pojawił się cień uśmiechu, kiedy usiadł obok. Nie tak całkiem, ale dużo bliżej niż był jeszcze chwilę temu. Sama lekko się obróciła w jego stronę, kierując półprofilem, i podparła jedną dłonią na siedzisku kanapy. „O czym?” Jak to o czym… Może jednak było za wcześnie? Może wcale nie chciał tego wyjaśnić? Tak brzmiał – jakby było to dla niego nieznośne utrapienie.

– Na pewien sposób – nie chodziło o Josepha samego w sobie, Victoria wcale nie byłą na tym tak zafiksowana, że chciała teraz o nim słuchać. – Bardziej myślałam o tym… co się stało. Chciałabym cię po prostu zrozumieć – co się zadziało w jego głowie, skąd taki wybuch… Przecież żadne z nich tego nie chciało. – I przedstawić moją wersję… Jeśli chcesz – bo przecież to też było ważne: poznać punkt widzenia drugiej strony. On nie chciał poznać jej?

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#27
21.01.2025, 22:54  ✶  

Pokręcił nieco głową. Nie krzycz. Piękne, proste zdanie, które mówiło tak wiele i zarazem... dawało nic. To nie był wybór. Nie krzyczał z wyboru. To zawsze działo się mocniej i szybciej, niż był w stanie to kontrolować i czasem tylko te pojedyncze elementy układanki pozwalały się zatrzymać. Tego już chciał - zwolnić, albo zupełnie stanąć w miejscu. Dla niej chciał to robić. Niestety marzenia o tym, żeby jego zjebana głowa stała się ostoją spokoju i spełnionych marzeń o zachowywaniu się zawsze na miejscu, zawsze delikatnie, było tylko marzeniem. Mógł sobie mówić, że chce się zmienić, poprawić, ale wtedy naprawdę musiałby nad sobą pracować. Ta wola w nim była raczej mocno przetarta. Mało dostępna. Tylko co miał jej powiedzieć? Że nie da rady? Że tak będzie zawsze? Fatalizm sytuacji przecież ciągnąłby w kierunku prostego stwierdzenia, że skoro tak, to w ogóle starać się nie warto. Pamiętacie te czarne scenariusze? Ano właśnie - oto i one!

- Nie wiem. - Przeciągnięte pomrukiem litery spajały się w obraz osoby, która może i chciałaby coś powiedzieć, znaleźć prawidłową odpowiedź na zadane pytanie - ale naprawdę nie wiedziała. Teraz mu się nawet wydawało, że nie pamiętał początku tej konwersacji. Kłótni. Wszystko zasnute było czerwoną mgiełką i wyłowienie z niej informacji było jak grzebanie w lesie podczas mgły. A poszukiwaliśmy pod sosnami jednej igły o konkretnej długości. Dobre jednak pytanie, jakie trafne - co się właściwie stało? Kiedy tu wszedł, był zły, a złość bardziej wynikała ze stresu osobą Josepha, który znajdował się w tym samym pomieszczeniu co Victoria. No dobrze, a co dalej? Rozpoczęcie rozmowy. Naskoczenie na nią, ale ona... w sumie chyba nie powiedziała niczego złego? Więc czemu to tak szybko odpaliło lont? Podniósł na nią spojrzenie, kiedy wspomniała, że chce przedstawić swoją perspektywę. Lepiej chyba, żebyś ruszył pierwszy. Dzięki temu obraz będzie klarowniejszy i nie zostanie przysłonięty punktem widzenia pary pięknych oczu Victorii Lestrange. - Stresuje mnie jego obecność. Przy tobie. - Stresowała go ogólnie - bał się go. Przestał się bać Erica, ale Josepha nadal się bał. Nawet jeśli trochę mniej. - A potem już momentami zaczęłaś brzmieć jak Anna czy Eryk, więc... jakoś to samo poleciało. - A przedtem? Jeszcze było coś przedtem... tak. Tak, oczywiście, że było! "Nie mów mi, co mam robić", które zadziałało w dwie strony. On to wytoczył najpierw, ona później. Ona ma nie rozmawiać z Josephem, on ma do niej takim tonem nie mówić. - Byłem bardziej zestresowany niż zły. Na początku. - Wyjaśnił. Na stres ludzie reagują różnie - Sauriel nauczył się, że jedynym wyjściem jest reagowanie agresją. W innym wypadku pożrą cię żywcem. - I tak jakoś... więc... przepraszam. - Teraz jakoś łatwiej było to powiedzieć. A to "sorry"... ciągle brzmiało jak tymczasowa solucja. Czy się z tym lepiej poczuł? Wcale. Ale zasłużyła na przeprosiny. - Wiem, że to przypadek... ten kmiot Josepha to wredna kurwa... - Sauriel lubił skrzaty. Tego akurat nie lubił bardzo.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#28
22.01.2025, 00:08  ✶  

Chęć i marzenie były pierwszymi sygnałami zwiastującymi zmianę. Czasami wystarczało tylko tyle, bo zmieniała się percepcja, a za nią, bardzo naturalnie, szły inne zmiany. Bez większego wysiłku. Czasami trzeba było postarać się trochę bardziej, wysilić… ale najpierw i tak pierwszym krokiem było marzenie. Victoria była gotowa się tym zadowolić, przynajmniej na razie. Wiedziała doskonale, że takie zmiany nie przychodziły z dnia na dzień, czasami potrzeba było miesięcy, lat… Niektórzy nigdy nie uświadamiali sobie, że w ogóle czegoś chcą. A inni potrzebowali do tego jakiegoś bodźca, kroku nad przepaść. Nie oczekiwała, że Sauriel stanie się ostoją spokoju, ale to, że tak szybko się uspokoił i wziął w garść można było uważać za niemały sukces.

Lekko uniosła brwi. Naprawdę nie wiedział, co się stało? Przecież… był jedyną osobą, która w ogóle mogła o tym opowiedzieć. Bo kto, jak nie on? Ale nie brzmiał, jakby kłamał, albo odsuwał to na bok, albo nie chciał mówić. Nie, brzmiał jak ktoś, kto szczerze nie wie, co się stało. Nie panował nad tym? Nad sobą? Swoimi emocjami…? Mało kto panował prawdę mówiąc. Victoria się nauczyła, to było długotrwałe szkolenie pod okiem innego oklumety, ćwiczenia na uspokojenie umysłu, wyczyszczenie go z emocji, a nawet ją czasami ponosiło. Więc co, gdy ktoś takiego szkolenia nie odbył?

Ale wtedy zaczął mówić dalej. Próbować. I pomijając treść – ujmowało to za serce, to, że w ogóle się starał, a nie rzucił jeszcze dwoma kurwami i poszedł, zostawiając ją tutaj samą. Nie, naprawdę coś tutaj budowali. Słuchała go uważnie, w ciszy, całkiem zapominając o tej szklance ginu i o tym, że są w obcym dla niej salonie. Cicho wypuściła powietrze przez nos i zamiast odpowiedzieć – wyciągnęła do niego rękę, dając mu wyraźnie do zrozumienia, żeby złapał ją za dłoń. Nie przysunęła się bliżej, cały czas zachowywała pomiędzy nimi dystans i to nie ona pierwsza go złapała, a dawała mu wybór: pozwalała mu odrzucić ten gest.

– Co dokładnie cię stresuje? – pytała dalej, ciągnąć ten temat trochę bardziej. Nie pytała o Josepha, nie. Pytała o Sauriela, to on ją interesował, a nie stary wampir. Pytała, dając mu tą zahaczkę, by mógł wyartykułować to, co w pierwszej chwili nie przychodziło do głowy. – Ja też przepraszam – proszę: powiedziała to. Oboje powiedzieli, oboje tacy dumni i nie lubiący się przyznawać do porażek. – Że brzmiałam jak twoi rodzice. Nie chciałam – bo nie chciała. Nawet nie wiedziała, który dokładnie to był moment. – Podniosłeś głos i rzucałeś kurwami i to z kolei wkurzyło mnie – było jak oznaka braku szacunku. Jakby była tą ścierą z rynsztoku. Jakby nie rozumiała, co się do niej mówi, bez tych wszystkich inwektyw. – Chyba myślał, że przyszłam tutaj nie w celach towarzyskich – to, co powiedziała, było bardzo dyplomatycznie ujęte. – Rzucał mi bardzo jednoznaczne i wymowne spojrzenia – ten skrzat. Miał w spojrzeniu coś świńskiego. Świńskie oczka. – Skojarzył kim jestem jak mu się przedstawiłam, zaprowadził tu i powiedział, że przyprowadzi pana. Cóż, później przyszło mi do głowy, że przyprowadził nie tego, którego powinien – miała różne myśli w głowie. To, że Joseph trafił tu przypadkiem, a Sauriel stoi za ścianą i słucha, było również jedną z opcji, która przewinęła jej się przez myśli.

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#29
25.01.2025, 00:51  ✶  

Wyciągnąć do kogoś dłoń. Rękę. Symbol pomocy, nadzieja na to, że wstaniesz ze swoich kolan, kiedy już jedziesz na dno. Możliwość zawrócenia. Nie musisz pełzać - możesz się wyprostować. Prosta możliwość. Banalna możliwość. Prosty gest. Wielkie możliwości. Jak z tą nadzieją, tak? Zawsze warto ją mieć, bo gdybyśmy byli jej pozbawieni to próba budowania czegokolwiek z góry mogła zostać skazana na porażkę. Nadzieja. Jak ten gest - wszystko zamykało się w kole, które tworzyło nowe możliwości. Perspektywy te były jak drzewa, których gałęzie rozrastały się we wszystkie strony świata, we wszystkich kierunkach i zaczynały się ze sobą plątać. Jak ludzie się plątali. Ze swoimi problemami, emocjami, dzieląc się swoim szczęściem. Nagle to wszystko stawało się handlem wymiennym. Nie rozliczaliśmy się w walucie namacalnej, bo mijało się to z celem. Lecz rozliczamy się nagle w walucie emocji. Ty mi coś dasz, ja ci coś dam, a nawet nikt nie dostrzega, że to była swoista transakcja. Tutaj też ona obowiązywała. Jedynym problemem było to (ale i urokiem), że żaden z nich nie znał cen kursu.

Wyciągnął dłoń do jej i dotknął jej. Złapał ją, zacisnął palce, chociaż wydawałoby się w pierwszej chwili, że jednak swojej ręki nie poda. Kiedy tak spoglądał na jej palce i niepewność osiągała inny wymiar... albo może i nie? Wahanie. Przecież nie rosła w nim niepewność - było w nim tylko wahanie. A w Victorii? Tej osobie, która wybór dawała i przecież nie kładła presji na to, że którykolwiek z nich był nieprawidłowy. Jeśli nawet zrobi jej się smutno - skryje to. Przecież tak to działa, tak?

- Ja nie... nie wiem. - Zmarszczył brwi i znowu widać było niezadowolenie na jego twarzy, tą irytację, która powróciła, a kiedy przymus (samemu sobie nadany) skupienia się na niechcianej i odtrącanej emocji wpełzał do niego. To nie Victoria tworzyła ten przymus. On go tworzył, bo chciał na to odpowiedzieć. No bo czy to nie było frustrujące? Fakt, że nawet nie wiedział, co tak mocno go frustruje? Co go wkurza, bo przecież łatwiej określić, co tworzy element presji... przynajmniej tak to sobie teraz w głowie tłumaczył. Że łatwiej. Samousprawiedliwienie, musiał jakoś to wszystko rozwiązywać. - Boję się, że on ci coś zrobi. - Tylko co? Nawet nie potrafił tego wymyślić. I dlaczego w ogóle miałby? Na pewno by się coś znalazło, a już mógł słyszeć, jak to będzie ta niechciana dźwignia. Tylko czy kwestia porozmawiania z nim chwili naprawdę robiła taką różnicę? W jego głowie - tak. Świat, w swojej niedoskonałości, nie chciał znaleźć tu prawidłowej odpowiedzi. - Ay... no, kurwa... - Uśmiechnął się pod nosem, jak odkrył, że właśnie na jej hasło, że przeprasza, ale się zdenerwowała, rzuca kurwami - właśnie rzucił kurwą. Przyłożył drugą (wolną) rękę do czoła i opuścił głowę, kręcąc nią. Nie to, żeby szczególnie kiedykolwiek stopował się z przekleństwami, ale przecież rzucanie nimi miało różne wymiary. Były takim samym nawykiem jak ciągłe poprawianie włosów czy strzelanie długopisem w ręce. - Czekaj, CO? - I to go obudziło. - Joseph myślał, że..! - Prawie się zerwał, prawie zapłonął świętym gniewem, gdyby był żywy to właśnie by jego policzki stały się czerwone. - Aaaa..! Kuurwa! - Teraz to się wręcz plasnął w czoło, kiedy dodała, bardzo zwinnie, że to SKRZAT. Że chodziło o skrzata. - Ten skrzat jest zjebany, warty swojego pana... nie żeby Joseph był... ale wiesz... - To ostatnie to już tak burknął, że Victoria mogła wręcz nie zrozumieć, co on tam zaczął mamrotać pod nosem. - Jego panem jest tylko Joseph. Tak na przyszłość. To wyjątkowy skrzat. Odbiega od... norm grzecznych elfiątek domowych.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#30
25.01.2025, 13:49  ✶  

Sekundy mijały, czas tykał, ale ona go nie poganiała. Nie wyciągnęła do niego dłoni, by po dwóch uderzeniach serca ją zabrać. Jasne, gdyby Sauriel na nią patrzył i przez dłuższy czas odmawiał, to by ją cofnęła – i pewnie skryłaby ten smutek, jak skrywała wiele innych emocji, nauczona, że tak jest łatwiej i lepiej. Widziała zawahanie się w Saurielu, jak patrzył na nią, na wyciągniętą do niego rękę – rzeczywiście wyglądało to tak, jakby jednak nie zamierzał jej złapać, ale wtedy nastąpił ruch; ceny zostały przeliczone i zimna dłoń dotknęła drugą zimną, a potem Victoria poczuła zaciśnięcie palców. I swoje też zacisnęła, chociaż bardzo delikatnie i nawet uśmiechnęła się do Sauriela zachęcająco. To było trochę surrealistyczne: w chwilę przejść od złości i krzyków do tego. Nie przerywała tej ciszy za szybko.

A kiedy powiedział, że nie wie, lekko przesunęła głowę, jakby chciała mieć na Sauriela lepszy widok, co było nie do osiągnięcia, skoro siedziała obok niego, twarzą w jego stronę, i widziała go przecież z bliska – na wyciągnięcie ręki, bo taka odległość ich właśnie dzieliła: i ich splecione dłonie pośrodku. Była jednocześnie zaskoczona i z drugiej strony wcale nie, że to taką odpowiedź dał: nie wiem. Victoria czuła, że wielu rzeczy względem swoich emocji nie wiedział, albo nie rozumiał, ale przy tym sądziła, że akurat złość w stosunku do Josepha będzie dla niego jasna do wyjaśnienia. Nie chciała go poganiać, ani wzdychać ciężko, że jak to nie rozumie – milczała więc i przyglądała mu się w spokoju, zastanawiając się wciąż, czy nadal się uspokajał, czy może raczej przechodziło mu równie szybko, co się zapalał? Pasowałoby to do niego – szybki skok emocji, szybkie ochłodzenie. Victoria była inna: w niej to wzbierało, a potem był wybuch supernowej i powolne zbieranie tego, co zostało.

– Słodki jesteś – uśmiechnęła się do niego. To naprawdę było słodkie: to zmartwienie, że coś mogłoby jej się stać. Nie pytała, co mógłby jej zrobić stary wampir, bo możliwości było sporo. Wystarczał sam strach, być może zakorzeniony w Saurielu gdzieś głęboko, bo Joseph go przecież zabił, a Sauriel wcale nie chciał zostać wampirem. Może to wszystko było irracjonalne dlatego, że drzemało to pod jego skórą, jak pamięć mięśniowa. Victoria się nie bała, bo codziennie zaglądała śmierci w oczy, a żywi ludzie potrafili skrzywdzić tak samo, jak i ci, którzy powstali z martwych. Musiałaby się więc bać wszystkiego i wszystkich, a to nie miało najmniejszego sensu. Ale Sauriel był słodki: bo się martwił. Niesłodkie było za to to, że zmartwienie powodowało agresję również do niej, chociaż wcale tego nie chciał.

Nie chodziło o to, że przeklinał w ogóle, ale w jaki sposób i kiedy – co ją rozsierdziło jak kotkę i też gotowa była syczeć i drapać w obronie własnej. Niepotrzebnie. Cały tamten wybuch był niepotrzebny i teraz było to całkowicie oczywiste.

– Nie, nie – nie Joseph. Och Joseph zdecydowanie nie patrzył na nią jak na posiłek, według niej on doskonale wiedział, czemu tutaj była i nie wyglądał, jakby chciał to wykorzystać w ten sposób. – Spokojnie, nic takiego mi nie insynuował – nie było sensu do tych Saurielowych emocji dokładać więcej i jeszcze bardziej go nastawiać przeciwko Josephowi. – Wydaje mi się, że był po prostu ciekawy kim dokładnie jestem – bo co innego znać personalia i wiedzieć rzeczy od innych, a co innego porozmawiać twarzą w twarz bez wymuszonego spotkania towarzyskiego jakim były tamte zaręczyny. Victoria miała wrażenie, że Joseph był jej ciekawy głównie ze względu na Sauriela. Sugerował jej bardzo dobitnie zainteresowanie Czarnego Kota, przy czym wydało jej się, że chociaż Sauriel się go bał i przynajmniej kiedyś nienawidził, bo Joseph może na swoje wampirze dziecko patrzeć znacznie inaczej. Protekcjonalnie nawet.

W końcu… dlaczego w ogóle przemienił Sauriela? Ewidentnie nie dla zabawy – Sauriel nie został porzuconym na pastwę pisklakiem.

– Taak, domyśliłam się – bo to rzeczywiście stało się dla niej jasne: że skrzat miał tylko jednego pana. – Wiesz co? Mam pomysł – machnęła do niego drugą ręką, by się do niej zbliżył. Chciała mu to powiedzieć na wypadek, gdyby ściany miały uszy. – Następnym razem mogę ci dać znać przez lusterko, że już jestem – to, plus umówioiną godzina i można było w ogóle wyrzucić z równania skrzata otwierającego drzwi i wołającego Josepha, skoro to dla Sauriela było takie ważne. – Co myślisz? – to powiedziała już normalnie, nie szeptem.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Sauriel Rookwood (17222), Victoria Lestrange (19233)


Strony (7): « Wstecz 1 2 3 4 5 … 7 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa