04.02.2025, 17:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.02.2025, 17:21 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Jak na szpitalne standardy był jeszcze całkiem wczesny wieczór. Ledwo po dwudziestej, może dwudziesta dziesięć lub dwanaście. Z pewnością nie później. Atmosfera panująca w szpitalu była całkiem przyjemna, przynajmniej jak na standardy tego miejsca. Zero nagłych przypadków, brak jakichkolwiek problemów z już przyjętymi pacjentami. Przynajmniej na oddziale Urazów pozaklęciowych i łamania klątw, co bez cienia wątpliwości było całkiem przyjemną odmianą od normy.
Za to położone piętro niżej Zatrucia eliksiralne i roślinne? Oj, bez wątpienia miały naprawdę ciekawy wieczór. Wystarczyło bowiem znaleźć się w części przedsionka należącego do oddziału, by przekonać się, że praca na nim szła wręcz śpiewająco. Nie uprzedzajmy jednak faktów, dobrze?
- Ty, ty, ty - zwielokrotnione słowo wydostawało się z ust magipielęgniarki truchtającej pustym korytarzem. - Ty, tak ty, młody! Zatrzymaj się na chwilę, jeśliś łaskaw! - Wydyszała nie przestając poskrzypywać klapkami o śliską, bez wątpienia niedawno umytą podłogę, jednocześnie decydując się zacząć machać ręką w powietrzu, aby jeszcze bardziej zwrócić na siebie uwagę. - Na łaskawą Morganę, przysięgam, macie coraz dłuższe nogi! - Sapnęła pod nosem, bardziej do siebie niż do młodego chłopaka, wreszcie doganiając Camerona, który wedle ogólnie przyjętych standardów może i był raczej średniego męskiego wzrostu, ale przy jej metrze pięćdziesiąt w kapeluszu mógł się wydawać długonogim gigantem.
Niziutka i jeszcze bardziej pulchniutka czarownica (taka z gatunku łatwiej przeskoczyć niż obejść jak zresztą lubiła żartować) zamilkła na ułamek sekundy. Machnęła ręką, ewidentnie dając Lupinowi do zrozumienia, że miał się nigdzie nie oddalać. Po czym pochyliła mocno lokowaną blond głowę, starając się odzyskać dech w piersiach. Była niemal tak samo soczyście różowa na twarzy, co na wręcz obrzydliwie świńskoróżowym kitlu. Zdecydowanie łamiącym przynajmniej część wytycznych odnośnie ubioru służbowego personelu Munga, jednak jakimś cudem uchodziło jej to płazem już od niemal dwóch dekad.
Identyfikator przyozdobiony akwarelowymi kwiatkami głosił: Barbara Pettigrew, Starsza Magipielęgniarka, Zatrucia eliksiralne i roślinne.
Potrzebowała co najmniej minuty, żeby unieść wzrok na młodego człowieka, jednocześnie niemalże uderzając go przy tym lokowaną głową. Fryzura, której mogłaby jej pozazdrościć sama Dolly Parton, nawet nie drgnęła. W przeciwieństwie do Barb, która zachybotała się na nogach, ledwo utrzymując równowagę.
- Urazy pozaklęciowe, tak? - Wyrzuciła z siebie głosem wprawionego konesera tanich wyrobów tytoniowych, nawet nie czekając na odpowiedź. - Wyśmienicie. Wybornie. Potrzebuję cię... ...ze mną. Najlepiej już teraz - zakomunikowała bez pardonu, jednocześnie rozglądając się dookoła.
Najwyraźniej uznała, że skoro ten młody człowiek mógł pałętać się po korytarzu, ewidentnie nigdzie nie spiesząc to miała święte prawo go zaczepić, zamierzając zaangażować go w coś, o czym nawet mu nie odpowiedziała. Jeszcze nie, bo z pewnością zamierzała to zrobić. Wyglądała na gadułę.
Jednak w tej chwili rozglądała się po oddziale, wypatrując kogoś jeszcze, a gdy dostrzegła jedną ze starszych uzdrowicielek, zamachała ręką w jej kierunku.
- Marlene, kochanieńka, pożyczam! - Zakomunikowała, jednocześnie machając ręką w kierunku Camerona, ewidentnie mając na myśli właśnie jego.
Nie pytała go o zdanie, nie wyglądała też na kogoś, kto przyjąłby jakąkolwiek odmowę czy wdawałby się w dyskusje na temat przedmiotowego traktowania stażystów. Zamiast tego obdarzyła go spojrzeniem, po czym bez słowa obróciła się na pięcie, zaczynając dreptać korytarzem - bez wątpienia w kierunku swojego oddziału.
- Chodź, chodź, nie stój tu jak słup soli. Zrób użytek z tych swoich długaśnych nóg - rzuciła w eter, nawet się nie odwracając; bez wątpienia uznała, że to wystarczy, by młodzieniec podążył za nią, bowiem niemal od razu zaczęła przechodzić do konkretów. - Mamy pacjenta. Podrzucili nam go BUMowcy po tym jak to go znaleźli gdzieś na skraju Nokturnu. Klasyczny przypadek łyknięcia jakiegoś świństwa, chciałoby się rzec. Tyle tylko, że biedaczyna jest zupełnie skołowany. Pokręcony jak świński ogonek. Nie reaguje na standardowe odtrutki. Nie jest w stanie nam powiedzieć, co przyjął ani jak się nazywa. To znaczy... ...mówi... ...na pewno mówi i to całkiem dużo. Na początku nawet sądziliśmy, że z sensem... ...prócz braku kluczowej informacji, co przyjął, rzecz jasna... ...ale potem poinformował nas, że nazywa się Mary i sprawa się trochę skomplikowała. Oczywiście, moglibyśmy uznać, że to skrót. Marcus, Martin, Marvin, Marshall... ...sam rozumiesz, mój drogi - trajkotała, zawzięcie przebierając krótkimi nóżkami. - Otóż nie. Nasz Mary to nie Marvin. To Mary. Mary Poppins - zakomunikowała, zdecydowanie nie zastanawiając się nad tym czy Lupin zrozumie odniesienie. - Nie ma dokumentów a różdżka, którą przy sobie miał zdecydowanie nie należała do niego, tylko do jakiejś czarownicy i to też nie żadnej Mary. Tym bardziej nie Poppins. Przynajmniej z tego, co nam zakomunikowano, bo Ministraki zarekwirowały ją w celu dalszych wyjaśnień - zakończyła zdyszanym głosem, samym jego tonem dając do zrozumienia, co sądzi o zabieraniu pacjentom różdżek (nawet nie ich) i podrzucaniu ich na oddział bez możliwości sprawdzenia ostatniego zaklęcia, jakie zostało rzucone.
Magipielęgniarka wreszcie pokonała wszystkie schody prowadzące piętro niżej, przystając zdyszana przy drzwiach i otwierając je przed Cameronem. Gestem dłoni zachęciła go, aby wszedł tuż przed nią.
- Um-dittle-ittl-um-dittle-I! - Rozległo się niemal od razu, praktycznie od progu - głośne, radosne i zdecydowanie śpiewające.
Dochodziło od strony pierwszej sali tuż po wejściu na oddział, której drzwi były szeroko otwarte.
- Um-dittle-ittl-um-dittle-I! Um-dittle-ittl-um-dittle...bllll...ech! - Nie trzeba było być zbyt spostrzegawczym ani nawet znajdować się w pomieszczeniu, by wiedzieć, co się stało.
Barbara posłała znaczące spojrzenie w kierunku młodego Lupina, ruchem ręki kolejny raz poganiając go do wejścia na salę, z której niemal w tym samym momencie rozległo się neutralne, choć może trochę zmęczone:
- Panno Sprout, poprosimy tu ponownie - to był naprawdę uroczy pierwszy wieczór po tygodniowym urlopie.
A co do uroczej Mary Poppins? Mary miała co najmniej metr dziewięćdziesiąt pięć, wytatuowane ramiona, mięśnie zapaśnika-wioślarza i łysą głowę. Siedziała w pościeli na łóżku, nic nie robiąc sobie z niedawnego zwrócenia kolacji, gotowa zacząć ponownie śpiewać na całe gardło.
Za to położone piętro niżej Zatrucia eliksiralne i roślinne? Oj, bez wątpienia miały naprawdę ciekawy wieczór. Wystarczyło bowiem znaleźć się w części przedsionka należącego do oddziału, by przekonać się, że praca na nim szła wręcz śpiewająco. Nie uprzedzajmy jednak faktów, dobrze?
- Ty, ty, ty - zwielokrotnione słowo wydostawało się z ust magipielęgniarki truchtającej pustym korytarzem. - Ty, tak ty, młody! Zatrzymaj się na chwilę, jeśliś łaskaw! - Wydyszała nie przestając poskrzypywać klapkami o śliską, bez wątpienia niedawno umytą podłogę, jednocześnie decydując się zacząć machać ręką w powietrzu, aby jeszcze bardziej zwrócić na siebie uwagę. - Na łaskawą Morganę, przysięgam, macie coraz dłuższe nogi! - Sapnęła pod nosem, bardziej do siebie niż do młodego chłopaka, wreszcie doganiając Camerona, który wedle ogólnie przyjętych standardów może i był raczej średniego męskiego wzrostu, ale przy jej metrze pięćdziesiąt w kapeluszu mógł się wydawać długonogim gigantem.
Niziutka i jeszcze bardziej pulchniutka czarownica (taka z gatunku łatwiej przeskoczyć niż obejść jak zresztą lubiła żartować) zamilkła na ułamek sekundy. Machnęła ręką, ewidentnie dając Lupinowi do zrozumienia, że miał się nigdzie nie oddalać. Po czym pochyliła mocno lokowaną blond głowę, starając się odzyskać dech w piersiach. Była niemal tak samo soczyście różowa na twarzy, co na wręcz obrzydliwie świńskoróżowym kitlu. Zdecydowanie łamiącym przynajmniej część wytycznych odnośnie ubioru służbowego personelu Munga, jednak jakimś cudem uchodziło jej to płazem już od niemal dwóch dekad.
Identyfikator przyozdobiony akwarelowymi kwiatkami głosił: Barbara Pettigrew, Starsza Magipielęgniarka, Zatrucia eliksiralne i roślinne.
Potrzebowała co najmniej minuty, żeby unieść wzrok na młodego człowieka, jednocześnie niemalże uderzając go przy tym lokowaną głową. Fryzura, której mogłaby jej pozazdrościć sama Dolly Parton, nawet nie drgnęła. W przeciwieństwie do Barb, która zachybotała się na nogach, ledwo utrzymując równowagę.
- Urazy pozaklęciowe, tak? - Wyrzuciła z siebie głosem wprawionego konesera tanich wyrobów tytoniowych, nawet nie czekając na odpowiedź. - Wyśmienicie. Wybornie. Potrzebuję cię... ...ze mną. Najlepiej już teraz - zakomunikowała bez pardonu, jednocześnie rozglądając się dookoła.
Najwyraźniej uznała, że skoro ten młody człowiek mógł pałętać się po korytarzu, ewidentnie nigdzie nie spiesząc to miała święte prawo go zaczepić, zamierzając zaangażować go w coś, o czym nawet mu nie odpowiedziała. Jeszcze nie, bo z pewnością zamierzała to zrobić. Wyglądała na gadułę.
Jednak w tej chwili rozglądała się po oddziale, wypatrując kogoś jeszcze, a gdy dostrzegła jedną ze starszych uzdrowicielek, zamachała ręką w jej kierunku.
- Marlene, kochanieńka, pożyczam! - Zakomunikowała, jednocześnie machając ręką w kierunku Camerona, ewidentnie mając na myśli właśnie jego.
Nie pytała go o zdanie, nie wyglądała też na kogoś, kto przyjąłby jakąkolwiek odmowę czy wdawałby się w dyskusje na temat przedmiotowego traktowania stażystów. Zamiast tego obdarzyła go spojrzeniem, po czym bez słowa obróciła się na pięcie, zaczynając dreptać korytarzem - bez wątpienia w kierunku swojego oddziału.
- Chodź, chodź, nie stój tu jak słup soli. Zrób użytek z tych swoich długaśnych nóg - rzuciła w eter, nawet się nie odwracając; bez wątpienia uznała, że to wystarczy, by młodzieniec podążył za nią, bowiem niemal od razu zaczęła przechodzić do konkretów. - Mamy pacjenta. Podrzucili nam go BUMowcy po tym jak to go znaleźli gdzieś na skraju Nokturnu. Klasyczny przypadek łyknięcia jakiegoś świństwa, chciałoby się rzec. Tyle tylko, że biedaczyna jest zupełnie skołowany. Pokręcony jak świński ogonek. Nie reaguje na standardowe odtrutki. Nie jest w stanie nam powiedzieć, co przyjął ani jak się nazywa. To znaczy... ...mówi... ...na pewno mówi i to całkiem dużo. Na początku nawet sądziliśmy, że z sensem... ...prócz braku kluczowej informacji, co przyjął, rzecz jasna... ...ale potem poinformował nas, że nazywa się Mary i sprawa się trochę skomplikowała. Oczywiście, moglibyśmy uznać, że to skrót. Marcus, Martin, Marvin, Marshall... ...sam rozumiesz, mój drogi - trajkotała, zawzięcie przebierając krótkimi nóżkami. - Otóż nie. Nasz Mary to nie Marvin. To Mary. Mary Poppins - zakomunikowała, zdecydowanie nie zastanawiając się nad tym czy Lupin zrozumie odniesienie. - Nie ma dokumentów a różdżka, którą przy sobie miał zdecydowanie nie należała do niego, tylko do jakiejś czarownicy i to też nie żadnej Mary. Tym bardziej nie Poppins. Przynajmniej z tego, co nam zakomunikowano, bo Ministraki zarekwirowały ją w celu dalszych wyjaśnień - zakończyła zdyszanym głosem, samym jego tonem dając do zrozumienia, co sądzi o zabieraniu pacjentom różdżek (nawet nie ich) i podrzucaniu ich na oddział bez możliwości sprawdzenia ostatniego zaklęcia, jakie zostało rzucone.
Magipielęgniarka wreszcie pokonała wszystkie schody prowadzące piętro niżej, przystając zdyszana przy drzwiach i otwierając je przed Cameronem. Gestem dłoni zachęciła go, aby wszedł tuż przed nią.
- Um-dittle-ittl-um-dittle-I! - Rozległo się niemal od razu, praktycznie od progu - głośne, radosne i zdecydowanie śpiewające.
Dochodziło od strony pierwszej sali tuż po wejściu na oddział, której drzwi były szeroko otwarte.
- Um-dittle-ittl-um-dittle-I! Um-dittle-ittl-um-dittle...bllll...ech! - Nie trzeba było być zbyt spostrzegawczym ani nawet znajdować się w pomieszczeniu, by wiedzieć, co się stało.
Barbara posłała znaczące spojrzenie w kierunku młodego Lupina, ruchem ręki kolejny raz poganiając go do wejścia na salę, z której niemal w tym samym momencie rozległo się neutralne, choć może trochę zmęczone:
- Panno Sprout, poprosimy tu ponownie - to był naprawdę uroczy pierwszy wieczór po tygodniowym urlopie.
A co do uroczej Mary Poppins? Mary miała co najmniej metr dziewięćdziesiąt pięć, wytatuowane ramiona, mięśnie zapaśnika-wioślarza i łysą głowę. Siedziała w pościeli na łóżku, nic nie robiąc sobie z niedawnego zwrócenia kolacji, gotowa zacząć ponownie śpiewać na całe gardło.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down